3 książki Matthew Quicka + konkurs

Wydawnictwo Otwarte tej jesieni zafundowało niezły prezent wielbicielom Matthew Quicka, autora „Poradnika pozytywnego myślenia”. Trzy książki, trzy piękne okładki, trzech różnych bohaterów w wieku nastoletnim… Jednak czy to książki tylko dla młodzieży, czy też każdy może odnaleźć w nich coś dla siebie? Chętnie podzielę się swoimi odczuciami…

matthewquick

Niezbędnik obserwatorów gwiazd

Nastoletni Finley wiedzie niezbyt fascynujące życie w małej miejscowości, z której każdy młody człowiek pragnie jak najszybciej się wyrwać. Chłopak wydaje się być bardzo dojrzały jak na swój wiek, co wiele mówi nam o jego życiowej sytuacji. Mieszka z tatą i niepełnosprawnym dziadkiem, a jego jedyną radością jest ukochana dziewczyna Erin oraz koszykówka. Pewnego dnia w życie Finleya wkracza nie do końca proszony gość… Czy wniesie on do życia bohaterów pozytywne, czy negatywne wydarzenia? Tego dowiecie się oczywiście z książki 🙂

Finley

„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to wciągająca historia, od której trudno się oderwać. To piękna opowieść o pasji, przyjaźni, miłości i nadziei – wartościach, które są ważne w każdym momencie naszego życia. Dlatego to książka nie tylko dla młodzieży, jestem pewna, że każdy wyniesie z niej coś cennego.

Wybacz mi, Leonardzie

Leonard

Leonard Peacock w dniu swoich osiemnastych urodzin zachowuje się co najmniej dziwnie. Goli głowę na łyso, pakuje w różowy papier prezenty dla przyjaciół, po czym wychodzi z domu z zamiarem popełnienia morderstwa, a następnie samobójstwa. Skąd takie zachowanie i jak dalej potoczy się ta historia? Czy Leonard to zły człowiek, czy może to jego wrażliwość doprowadziła go do tak skrajnych emocji? Zapewniam, że jeśli książka ta trafi w Wasze ręce, nie spoczniecie dopóki nie poznacie motywów postępowania Leonarda.

Prawie jak gwiazda rocka

Na koniec moja ulubiona z tych trzech książek. Amber ma 17 lat, ale jak na tak młodą osobę ma już spory bagaż doświadczeń życiowych. Mieszka z mamą w szkolnym autobusie, ale nie traci pogody ducha i jest osobą niesamowicie aktywną i otwartą. W jej życiu ogromną rolę pełnią ludzie – Chrystusowe Diwy z Korei, podopieczni Domu Spokojnej Starości, znajomi z koła marketingowego… Amber nie traci czasu na użalanie się nad sobą – jest wszędzie tam, gdzie ktoś z jej przyjaciół jej potrzebuje. 

amber

Nie jest to jednak książka o perypetiach pewnej nastolatki. Początkowo tego się spodziewałam, ale bieg wydarzeń wbił mnie w fotel. Dawno żadna książka nie obudziła we mnie tylu emocji! Serdecznie Wam polecam tę lekturę, jestem pewna, że Was nie zawiedzie.

Konkurs

Bardzo bym chciała troje z Was obdarować zestawem tych trzech książek. Jako że są one o młodzieży, to w pytaniu konkursowym też chciałabym nawiązać do wieku młodzieńczego ;). Pytanie brzmi:

Która z lektur szkolnych była Waszą ulubioną i dlaczego?

Może jest jakaś, do której chętnie wróciliście też w dorosłym życiu? Jestem bardzo ciekawa odpowiedzi! Zostawiajcie je w komentarzach, czekam na nie do końca dnia 12 października 2014. Wraz z Wydawnictwem Otwartym nagrodzimy 3 najciekawsze komentarze.

Zwycięzców ogłoszę w tym poście oraz na moim fanpage’u kilka dni po zakończeniu konkursu.

Powodzenia!

Wyniki

Cała trójka już się do mnie zgłosiła – gratuluję i dziękuję za udział w konkursie 🙂

 

 

 

Kategorie: Czas wolny, Kultura

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.

  • lektury szkolne… czy ktoś je czytał?
    żartuję 😉 dla mnie większość lektur to była męczarnia… książki nie wiadomo o czym były,komletnie nic nie wnosiły do mojego życia. tak było do czasu kiedy zaczęliśmy czytać literaturę powojenną. „Medaliony” Nałkowskiej – czytając tę książkę płakałam. to była książka o prawdziwych ludziach, prawdziwych zdarzeniach. nie pojęte dla mnie było jak można być tak złym. „ludzie ludziom zgotowali ten los” to chyba jedyny cytat który pamiętam do dziś…. piękna książka a równocześnie „straszna”…

  • Okładki doprawdy niezwykłe.

  • Dla mnie odpowiedź na to pytanie jest prosta – „Chłopi” W. Reymonta w liceum. Pochłonęłam wszystkie tomy w dwie noce. Zadziwiające, jak taka „stara” książka, napisana dziwnym językiem może wciągnąć w swój świat, przedstawić problemy tamtych czasów w świetle zrozumiałym i adekwatnym do czasów dzisiejszych 🙂 Relacje międzyludzkie, związki, małżeństwa, zdrady, realia panujące na wsi, a wszystko połączone w jedną wielką fabułę.
    Natomiast z nieco wcześniejszej młodości to chyba „Ten Obcy” Ireny Jurgielewiczowej. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już dzisiaj dokładnie o czym była ta książka, ale pamiętam, że bardzo mnie urzekła 🙂 Taka typowo dla młodzieży, o ich problemach, pierwszych miłościach, przyjaźni, przygodach. Tak, była fajna 🙂

  • Zdecydowanie „Inny świat” Grudzińskiego. Nigdy nie lubiłam, jak ktoś narzucał mi co mam czytać, zwykle buntowałam się przy lekturach, preferowałam inne pozycje. Ta jednak mnie poruszyła, sprawiła, że zainteresowałam się tematyką wojenną, zaczęłam czytać inne książki opisujące tamten okres. I nie ukrywam, że jest to jedyna szkolna lektura, do której wracam co jakiś czas i o którą pamiętam, jako jedną z najlepszych jakie czytałam.

  • Pan Tadeusz. Dlaczego? Mam z tą lekturą mile i niemiłe wspomnienia. Miłe to te, że przyniosła mi szczęście na maturze pojawiając się na czesci pisemnej. Niemiłe, a raczej przykre wydarzenie to gdy podczas emitowania filmu w tv przerwali mniej więcej w połowie by poinformować o śmierci Jana Pawła II. Tak naprawdę to tyłka ta lektura zapadła mi w pamięci. Reszta jakoś się ulotnIła.

  • „Granica” Nałkowskiej – czytałam ją w sumie 4 razy, 2x w gimnazjum, 2x w liceum, ostatni tuż przed maturą, na której – na moje szczęście – się pojawiła. 🙂 Od gimnazjum właśnie zaczęłam interesować się psychologią, a ta książka była dla mnie idealnym materiałem pod studium przypadku :> zboczenie takie od maleńkości… 😉

  • Moją ulubioną lekturą były „Opowiadania” Tadeusza Borowskiego. Historią obozów koncentracyjnych interesowałam się chyba zanim skończyłam 12 rok życia, stąd te opowiadania przeczytałam wcześniej niż planował to program szkolny. Były pierwszą tak poruszającą i wstrząsającą lekturą w moim życiu. I jednocześnie jest to książka, która dotychczas miała największy wpływ na moje życie, gdyż od czasu gdy ją poznałam, czytałam wszystkie wspomnienia więźniów KL Auschwitz do których mogłam dotrzeć, podjęłam studia historyczne i obroniłam pracę magisterską traktującą o zagadnieniu obozu. To jedna z najważniejszych lektur szkolnych, dająca podstawę do próby zrozumienia byłych więźniów obozu oraz przestrzegająca przed jakąkolwiek próbą oceniania ich zachowań w obozie i poza nim po zakończeniu wojny.

  • Jak przeczytałam pytanie konkursowe, nie musiałam myśleć ani sekundy – Jostein Gaarder „Świat Zofii”. Dostałam ją chyba na któreś zakończenie roku…. Pamiętam, że na okładce mojego wydania widniał napis, że jest to podróż w głąb historii filozofii. No już chyba bardziej 12- latki nie można zniechęcić do lektury. Tak czy inaczej, akurat nie były to najbardziej ekscytujące wakacje mojego życia, więc zaczęłam czytać nową zdobyć. I wiecie co…? Odpłynęłam. Książka NIESAMOWITA. Opasły tom połknęłam w tydzień. Jest to historia małej dziewczynki, która otrzymuje listowny kurs filozofii. Język i sposób w jaki autor napisał tę powieść jest po prostu tak przystępny, że nagle Platon i cała reszta zaczyna mówić „po naszemu” 🙂 A t, co dzieje się na koniec!!! To już sami musicie się przekonać – ja zbierałam szczękę z podłogi. PS> Jak sobie przypomnę kto pożyczył ode mnie tę książkę i do tej pory jej nie oddał to zaciukam długopisem -_- Aha… jakbyś pytała o literaturę lat późniejszych to Zafon z serią Cień wiatru, Gra Anioła i Więzień nieba 😛

  • Zdecydowanie Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren, jakże się chciało przezywać te wszystkie przygody dzieciaków z osady 🙂 ach chyba sięgnę po tą książkę :))

  • Zawsze miałam dość nietypowe podejście do lektur – większość mi się podobała i pochłaniałam je zawsze już w wakacje poprzedzające rok szkolny. Jednak od zwykłego zauroczenia do prawdziwego zachwytu daleka droga. Pamiętam, że w czasach licealnych największe wrażenie zrobiły na mnie dwie książki – wspomniany przez Elizę „Inny Świat” Grudzińskiego i „Dżuma” Camusa. Choć teoretycznie zupełnie różne, tak naprawdę traktują o tym samym – o walce ze światem i z samym sobą. Co ciekawe, o ile podobają mi się też wszystkie inne pozycje Grudzińskiego, które czytałam, o tyle u Camusa nie jestem w stanie przejść przez nic innego! Chyba z 10 razy zabierałam się do przeczytania „Upadku” i zawsze poddawałam się po niespełna 50 stronach. Myślę, że w jakimś stopniu przekłada się to na fenomen „Dżumy”, jest to dzieło jego życia, najbardziej przemyślane i wciągające do granic możliwości. Obowiązkowo wracam do niej co kilka lat i oby takich lektur, zmieniających dużo w prymitywnym młodzieńczym umyśle (:D), było jak najwięcej!

  • „Mistrz i Małgorzata” – genialna książka. To była chyba jedyna lektura szkolna, która tak mnie wciągnęła, że „połknęłam ją w całości” czytając bez większych przerw. Najlepsza była jej absurdalność, czytając ją momentami wybuchałam śmiechem, bywały też momenty, że zastanawiałam się czy faktycznie autor tak napisał, czy tylko ja dostałam taką dziwną wersję książki… Były cytaty, które mnie zachwycały, szokowały, śmieszyły i wtedy dzieliłam się nimi z bliskimi (szybka wiadomość do brata na facebooku) i koleżankami z klasy („Weź sobie otwórz na X stronie i przeczytaj X linijkę, padniesz…”). Myślę, że każdy kto uważa, że spis lektur szkolnych zawiera same nudne i nieciekawe pozycje, powinien przeczytać tą książkę.

  • Ciężko się zdecydować bo jest kilka lektur, które naprawdę lubię i będę do nich wracać, więc opiszę pierwszą, którą pokochałam czyli „Anię z Zielonego Wzgórza”. Zestaw sześciu książek z serii o Ani dostałam na komunię i od tamtej pory rudowłosa dziewczynka była moją najlepszą koleżanką. Uwielbiam jej przygody kończące się zielonymi włosami albo upiciem Diany, marzenia o bufiastych rękawach i scenę, w której dostaje od Gilberta cukierka-serduszko. Zanim omawialiśmy pierwszą część w szkole, czytałam kilkanaście ją razy i do tej pory pamiętam to uczucie, kiedy okazało się, że nie mogę sobie przypomnieć imienia, która Ania nadała swojej pelargonii (do końca życia zapamiętam, że była to Jutrzenka). Całymi godzinami marzyłam o takiej „przyjaciółce od serca” jak bohaterka powieści L.L.Montgomery, a nawet kupiłam sobie porcelanową laleczkę z rudymi warkoczykami i w słomkowych kapeluszu, aby zawsze przypominała mi moją miłość do Ani.

  • (Komentarz poza konkursem, do usunięcia.)
    Droga zarządzaczko swoim życiem – nazwisko „Quick” odmienia się bez apostrofu! Jak klik-klika, tak Quick-Quicka 🙂

    • Dziękuję 🙂 nie znam za bardzo tych zasad, więc pisałam raz tak raz tak… Teraz będę mądrzejsza! 😀

      • A ja myślałam, że nazwisk nie odmienia się wcale, tylko imię je poprzedzające.

  • Lektury szkolne czytałam dość wybiórczo. Pozwoliłam sobie po prostu „przelecieć” „Krzyżaków” czy „Potop” (przepraszam Panie Sienkiewicz!), „Pan Tadeusz” również nie wzbudził we mnie zbyt wielkich emocji. Były jednak książki, które czytałam z zapartym tchem – „Cierpienia młodego Wertera”, „Kordian”, „Konrad Wallenrod” czy moja ukochana… „Lalka” Bolesława Prusa. Dlaczego ukochana? Bo wpadłam w dziwne, choć oczywiście pozytywne, zauroczenie Stanisławem Wokulskim, który tak świetnie łączył w sobie cechy romantyka i pozytywisty. Był człowiekiem zdolnym i pracowitym, a jednocześnie uczuciowym i niestety nieszczęśliwie zakochanym w Łęckiej… ach co to był za facet! Już po przeczytaniu książki, przygotowując się do matury (na prezentacji nie zabrakło oczywiście wątku o Wokulskim), odkryłam zdjęcia Jerzego Kamasa wcielającego się w tę postać, w związku z czym jeszcze lepiej go „zwizualizowałam”. No cóż… Przyznam, że fajnie było czasem rozmyślać o takim wyidealizowanym Wokulskim. Wciąż od czasu do czasu wracam do tej postaci, przeczytam jakiś artykuł, obejrzę urywek filmu (z Kamasem w roli głównej powstał akurat serial), pomyślę… choć z większym już dystansem, dzięki czemu dostrzegam, że Wokulski był trochę… jakby to trafnie ująć… naprzykrzający się. Warto zwrócić uwagę na to, że wiele kobiet zniechęciłoby się do znajomości jeszcze bardziej, gdyby trafiło na tak namolnego i osaczającego je mężczyznę. Ale w czasach liceum ma się inne ideały i bardziej docenia się takich wyjątkowych bohaterów pośród wszystkich innych, jeszcze bardziej szalonych i dziwacznych. Podsumowując – „Lalka” była zdecydowanie moją ulubioną lekturą szkolną i myślę, że jeszcze do niej kiedyś wrócę. Oczywiście już z innym spojrzeniem na świat i kreacje bohaterów.

  • U mnie w liceum nie było mowy, żeby nie przeczytać jakiejś lektury, jeżeli chciało się przetrwać. Dlatego też przeczytałam raczej wszystkie. A moją ulubioną był znienawidzony przez większość osób ,,Potop”. Pamiętam, że jako jedna z 4 osób, które przeczytały prowadziłam dyskusje z nauczycielką. Jednak najchętniej powróciłabym do ,,Lalki”. Przeczytać ją tak na luzie, bez zaznaczania milionów cytatów, bez analizowania i interpretowania losów bohaterów, bez strachu o co prof. I.G-Cz. może zapytać. Przeczytać ją, w pamięci mają co wtedy działo się na lekcjach, wrócić na chwile do tych lat, gdzie wchodząc do tej klasy nie wiedziało się czy wyjdzie się cało. Lektury to dobra rzecz była! 🙂

  • Dobrze. Wróćmy zatem do czasów, gdzie jeszcze chętnie czytałam lektury, czyli do podstawówki. Lektura, która przyszła mi na myśl, to ‚Pan Samochodzik i Księga Strachów’ (znana też jako ‚Pan Samochodzik i dziwne szachownice’) napisana przez Zbigniewa Nienackiego. Książka ta z początku wydała mi się dziwna – jaka księga strachów, co to za pseudonim ‚Pan Samochodzik’? Ale jako posłuszne dziecko czytałam książkę dalej… I przepadłam! Zagadki, niejasne sytuacje, piękne okolice, historia Polski przedstawiona w ciekawy sposób – to wszystko sprawiło, że książkę pochłonęłam. I choć nie pamiętam o czym dokładnie była, utkwiła mi ona w pamięci. Pózniej kontynuowałam przygodę z Panem Samochodzikiem i w wakacje tygodniowo czytałam średnio 5 książek, czasem więcej. W bibliotece podbijałam statystyki – panie się bardzo cieszyły 😀
    Jak tak sobie myślę, to chyba wrócę do tej serii. Zawsze uczyłam się z tych książek czegoś pożytecznego. Bo np. skąd w 4 klasie podstawówki bym wiedziała, że jeżeli chcę kogoś porwać, to aby go uciszyć, muszę użyć waty z chloroformem? 😀

  • Szkolne lektury-pierwsza moja myśl to zdecydowanie „Medaliony” Zofii Nałkowskiej. Kilka historii, które zmieniły mój pogląd na świat, zaciekawiły tematem wojny i okupacji, ale przede wszystkim uwrażliwiły mnie i sprawiły, że naprawdę zaczęłam doceniać „mój świat”.
    Pani Dominika wspomniała o „Ani z Zielonego Wzgórza”, ja oczywiście też ją lubię-nawet mam to samo imie 😉 Ale szkolna bibliotekarka w podstawówce namówiła mnie na „Emilkę” tej samej autorki. To trylogia opowiadająca o życiu Emilki, jako małej dziewczynki, nastolatki i dorosłej kobiety. Przeczytałam je wszystkie w trzy dni (dla 9-latki to nie lada wyczyn), mama musiała mi je kupić i wracam do nich do dziś. Dzięki Emilce kocham czytać i marzyć. Polecam ją wszystkim! I jeśli kiedyś będę miała córkę, to na pewno namówię ją do przeczytania tej świetnej opowieści.

  • Oczywiście pozdrawiam 😉

  • D.

    Moją ulubioną lekturą szkolną było „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej- przeczytana niejako z przymusu, w trakcie przygotowań do rozszerzonej matury z języka polskiego. Początkowo podchodziłam do niej niechętnie- nie była ona w podstawowym spisie lektur, pisana niezachęcającym językiem. Wraz z upływem kartek polubiłam bajeczne opisy, które wcześniej wydawały mi się zbyt długie i nudne. Wczułam się w historie bohaterów- jako typowa 19-latka zachwycałam się, wzruszałam, niekiedy oburzałam. Krzywda, miłość, romantyczny mezalians- przepis na wciągającą lekturę dla nastolatki. Czy dzisiaj powróciłabym do niej? Przy odrobinie czasu tak. Chyba najbardziej dla szczęśliwego happy endu- lubię książki, które na moment odrywają od rzeczywistości.

  • Moją ulubioną lekturą szkolną są zdecydowanie „Dzieci z Bullerbyn”. To od tej książki zaczęła się moja przygoda z czytaniem. Do dzisiaj książka ta zajmuje honorowe miejsce w mojej biblioteczce, mimo że na karku już 25 lat 😉 Wydanie które posiadam pamięta chyba wiele, bo zostało kupione jeszcze przez moją mamę jako dziecko w antykwariacie. J sama planuje przekazać ją dalej moim dzieciom 🙂 A dlaczego właśnie ta książka? Przede wszystkim za piękny obraz Szwecji, za szwedzkie tradycje i obyczaje, za łowienie raków, pieczenie pierniczków na święta i oczywiście święto Św. Łucji. A także za imiona bohaterów, które do tej pory potrafię wymienić bez zająknięcia. Od 5 lat uczę się szwedzkiego i moim największym marzeniem jest przeczytać tą książkę w oryginale oraz wyjechać do Szwecji i poznać właśnie takie piękne małe wioski jak ta z książki. Jako mała dziewczynka byłam w stanie oddać wszystko żeby chociaż na jeden dzień stać się taką małą Lisą 🙂 Astrid Lindgren to dla mistrzyni!

  • Mimo, że uwielbiam czytać książki to lektury w większości były dla mnie nie do przebrnięcia. Mam jednak taką, którą czytałam już chyba kilkanaście razy, mam ją na swojej półce i często do niej wracam. Tą książka jest „Mała księżniczka” Frances Hodgson Burnett. Po prostu ją uwielbiam. Moja wyobraźnia podąża za wyobraźnią Sary. Dzięki niej zaczęłam czytać całą klasykę dziecięcą czyli książki Astrid Lindgren czy Lucy Maud Montgomery. Nie uważam, że są to książki tylko dla dzieci. Częściej sięgam właśnie po te książki niż po kryminały czy sensacyjne dla dorosłych. Klasyka dziecięca i młodzieżowa porusza wiele istotnych i uniwersalnych tematów i wcale nie jest tylko dla dzieci.

  • Patrząc na podstawówkę to moją ulubioną lekturą była książka „Dzieci z Bullerbyn”. To chyba jedyna książka, którą przeczytałam tak dużo razy 🙂 Potem większość lektur nie była dla mnie interesująca, aż w końcu czytałam pierwszą lekturę z liceum. Mistrz i Małgorzata – inna niż wszystkie lektury. Mimo, że czytanie jej nie jest najłatwiejsze to jest z pewnością książką, którą warto przeczytać 😉

  • Może uznacie mnie za wariatkę, ale ja dziś z miłą chęcią wróciłabym do lektury z trzeciej podstawówki a była to: „Dzieci z Bullerbyn”. Pamiętam, że czytałam ją z otwartymi ustami, i kiedy mieliśmy ją omawiać ja już miałam ją przeczytaną drugi raz.Z kartkówki rzecz jasna dostałam piąteczkę. I choć ciężko mi było czytać książki, bo rzecz jasna na dworze się działo tyle fajnych rzeczy, to ta okazała się być moim ulubieńcem.DO dziś pamiętam urodziny głównej bohaterki Lisy, były to jej ósme urodziny, gdzie na prezent dostała pokój, bo wcześniej mieszkała z braćmi. I ten pokój urządzony był jak z mojego najpiękniejszego snu, różowe tapety, białe mebelki, firaneczki w oknach, które zostały zrobione przez jej mamę. To jest niesamowite, jak bardzo ta książka wpłynęła na moje życie, ponieważ dzięki niej przekonałam się jako dziecko do czytania książek, teraz pochłaniam wszystko co mi po rękę wpadnie. Pokazała jak może być wspaniałe dzieciństwo. I dała mi wskazówki jak powinno wyglądać dzieciństwo moich dzieci, na które wciąż czekam….
    Pozdrawiam gorąco :**

  • Hmm…zastanawiając się nad odpowiedzią konkursową doszłam do wniosku, że mam słabość do opasłych tomiszczy, które wymagają cierpliwości i nieco poświęcenia podczas lektury. Najlepszym tego dowodem jest to, iż moją ulubioną lekturą z czasów podstawówki byli „Krzyżacy”-nie, nie pomyliłam się, autentycznie lubiłam Sienkiewicza! Niestety nie pamiętam już dziś dokładnie, co konkretnie mnie w powieści zafascynowało, ale wiem za to, że robiłam siostrze sesję zdjęciową, charakteryzując biedne dziecko na Danuśkę, a siebie fotografowałam z książką w ręku, hmm…
    Przechodząc do teraźniejszości, moje trzy ukochane lektury do „Zbrodnia i kara”, „Lalka” oraz „Mistrz i Małgorzata”. Każda z nich obszerna i niełatwa w odbiorze, a jednak podbiły moje czytelnicze serducho. Ostatnia z nich oczarowuje niezwykłym kunsztem literackim Bułhakowa, i chociaż trudno jest momentami połapać się w zawiłych losach moskiewskiej śmietanki towarzyskiej, pomiędzy którą wkracza Woland i jego przeurocza świta. Jestem pełna podziwu dla autora! Stworzył arcydzieło. „Mistrz i Małgorzata” to źródło wiedzy na temat reżimu rozprzestrzeniającego się na terenie kraju, w którym akcja ma miejsce oraz niesamowita opowieść poruszająca wyobraźnię. „Lalkę” i „Zbrodnię i karę” czyta się już zdecydowanie łatwiej, lecz ta pierwsza poraża objętością. Polubiłam je przede wszystkim za możliwość odnalezienia cząstki siebie w poszczególnych postaciach i to, że naprowadziły mnie na wiele refleksji dotyczące otaczającej mnie rzeczywistości.
    Myślę, że każdą z powyższych przeczytam kiedyś raz jeszcze, by móc skonfrontować swoje przemyślenia na ich temat.(A przynajmniej mam nadzieję, że mi się to uda :>)

  • Zdecydowanie „Awantura o Basię”. Pamiętam, że była to pierwsza książka, którą wypożyczyłam ze szkolnej biblioteki, która była dla mnie tak przerażającym miejscem, że jeśli nie musiałam, to tam nie wchodziłam. Zupełnie inaczej było z biblioteką, o, tam byłam częstym gościem. Ale miało być o lekturze… „Awantura o Basię” wpadła mi w ręce, gdy miałam 10 lat i mało co jej nie straciłam, bo pani w bibliotece powiedziała, że to będziemy czytać za rok. Ale ja tak bardzo chciałam… Z okładki uśmiechała się do mnie smutna dziewczynka w czerwonym bereciku i miałam wrażenie, że jej równie mocno jak mnie zależy, żebyśmy się przy okazji tej lektury spotkały. I spotkałyśmy się. Tuż po dzwonku. W ostatniej ławce w czasie lekcji matematyki. Przygody Basi, do których rozpoczęcia przyczyniła się szklanka mleka bodajże, wciągnęły mnie do tego stopnia, że nie zdążyłam nawet zapisać, co było zadane. Basia towarzyszyła mi przez długi czas, po dobrych kilku tygodniach mogłam z pamięci cytować niektóre fragmenty. A potem… Potem zmienił się kanon lektur i moja mała przyjaciółka przepadła, razem z wieloma innymi wspaniałymi lekturami. Po wielu latach od pierwszego spotkania wciąż wracam do niej z sentymentem. Dlaczego miałoby być inaczej? To Basia odczarowała upiorne wrażenie szkolnej biblioteki i przekonała mnie, że kryje się tam wiele jej dobrych koleżanek i kolegów. Wystarczy po nich sięgnąć.

  • „Kamienie na szaniec”. Przepłakałam całą… I film też (tą pierwszą ekranizację). Celebrujesz godzinę W, pamiętasz o Powstańcach więc myślę, że zrozumiesz czemu TEJ ksiażce oddałam całe serce. Choć ja bym raczej nie potrafiła być tak dzielna jak te dzieciaki i a teraz kiedy jestem dorosła bardziej rozumiem postawy ich Rodziców (chyba szybciej przywiązałabym Chrześniaka do kaloryfera niż pozwoliła iść na akcję zbrjną…). Ale ta historia (jak zresztą większość historii wojennych) nadal mnie porusza i czytając ją jestem dumna, że jestem stąd, z Polski. Mimio, że mamy chory sytem lecznictwa, absurdalne zarobki i koszmarnie dziurawe drogi. Tak poprostu.

  • Ewa

    Dzieci z Bullerbyn..książka pokazuje jak ważna jest rodzina oraz przyjaciele.Dzieci wiedzą że mają obowiązki z których muszą się wywiązywać ale maja także czas na zabawe…rodzina,przyjaciele,zwierzęta,przygody,życie na wsi …uwielbiam i często wracam do lektury 🙂

  • Myślę, że lektury z zasady nie czyta się zbyt przyjemnie, bo nie do każdego przemawiają, dlatego najlepiej wspominam te z podstawówki. Najbardziej zapadł mi w pamięci „Ten Obcy” Ireny Jurgielewiczowej. Po dziś dzień pamiętam, jak drżącą ręką przekładałam kolejne strony, aby dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest Zenek i co czuje do Uli. Ciągły rozwój akcji potęgował podekscytowanie i jestem pewna, że gdyby książka ta kiedyś jeszcze wpadła w moje ręce, pochłonęłabym ją podczas jednego wieczoru, z zapartym tchem śledząc losy bohaterów i wreszcie płacząc, że to już koniec.

  • „Spotkanie nad morzem” – to piękna historia, która stała się pierwszą lekturą, którą przeżywałam i która dodała mi nadziei, kiedy również jak Elza – niewidoma dziewczynka – byłam niechętnie przyjmowana w gronie rówieśników. Ta książka w dużym stopniu wpłyneła na mnie – nie trzeba za wszelką cenę mieć jak najwięcej przyjaciół. Będąc sobą, z czasem miałam małe grono znajomych. Z wielkim sentymentem do tej książki wracam i dziękuję za serce, jakie w nią włożyła Pani Jadwiga Korczakowska.

  • ‚ W pustyni i w puszczy ‚, zdecydowanie!
    Historia Stasia i Nel urzekła mnie kiedy miałam 11 lat. Nie potrafiłam sobie wyobrazić jak takie młode osoby mogłyby wytrwać na pustyni tak długo kiedy MOIMI problemami było czy dostanę dobrą ocenę i czy dzieciaki mnie polubią. Potrafiłam płakać i śmiać się jednocześnie, gdy wspólnie z bohaterami przeżywałam książkowy świat. Współczułam Nel, przez co chciałam jak najszybciej przebrnąć przez środek, by znalazła się w ‚ happy endzie ‚. Nigdy tak szybko i tak bardzo chętnie nie przeczytałam żadnej lektury 🙂 Zatapiając się w ich świecie będąc dzieckiem próbowałam zrozumieć skąd czerpali tyle siły żeby przebrnąć przez ten cały bałagan, tak mocno się wczuwałam, że pamiętam jak moja mama powtarzała mi ‚ Sara, to tylko książka, to nie jest prawdziwy świat ‚ na co odpowiadałam jej ‚ ale mamoooo… ty nie rozumiesz, oni cierpią, a ja ich nie umiem zrozumieć…. ‚ Hehe, naprawdę niesamowite co potrafią zrobić z tobą książki, zwłaszcza w młodym wieku. Tak, właśnie to jest moja ulubiona lektura szkolna i jedyna tak wspaniała i wyjątkowa dla mnie 🙂
    Pozdrawiam cieplutko, Sara 😉

  • Przyznaję z ręką na sercu że przeczytałam WSZYSTKIE szkolne lektury 🙂 Uwielbiałam język polski a książki wręcz pochłaniałam. Czasem jak mama gasiła mi światło to potrafiłam siedzieć do 3.00 nad ranem z latarką pod kołdrą haha. W wielu lekturach się zakochałam ale jeśli miałabym wybrać jedną to byłby to „Mały Książę”. Mistrzowski język, cudowna historia, piękne przesłanie! Pamiętam że mieliśmy wtedy napisać wypracowanie „Co z Małego Księcia zabierzemy w dorosłe życie?” Zostawiłam je sobie na pamiątkę i dziś mając 26 lat, kiedy czasem mam okropny dzień czytam je sobie. Mając naście lat i będąc pod wrażeniem tej książki pisałam o tym co mnie w niej zafascynowało, o czym chciałabym pamiętać – o sile prawdziwej przyjaźni, odpowiedzialności za to co „oswoiliśmy”oraz że miłość wymaga cierpliwości. Na końcu mojej rozprawki napisałam: „Jeśli tylko nie zapomnimy o naszym dzieciństwie i nadal będziemy mieli w sercu obraz dziecka nasze życie stanie się łatwiejsze a każdy dzień będzie niespodzianką od losu…” Oj tak się rozpisałam że chyba jutro po raz kolejny pójdę do biblioteki i zatopię się w „Małym Księciu” 🙂
    Pozdrawiam, Kinga

  • Dzięki klasie humanistycznej przerobiłam wiele lektur rozpoczynając na mistycznej „Boskiej Komedii”, przechodząc przez realistyczny świat Wokulskiego, a kończąc na poezji Herberta. Książka, która zrobiła na mnie największe wrażenie i do której będę wracać nawet będąc siwą staruszką z mnóstwem wnuków to „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego. To dzięki tej lekturze (do której notabene zabierałam się długo. Bo gruba, bo dziwne wydanie, bo co to za tłumaczenie) pokochałam Petersburg, oczarowała mnie Rosja. Od przeczytania historii Raskolnikowa zupełnie inaczej patrzyłam na swoje życie, a twórczość Fiodora tak bardzo mnie wciągnęła, że zaczęłam studiować jego prace oraz poznawać coraz to nowszych rosyjskich pisarzy. To śmieszne jak jedna książka potrafi odmienić życie i obudzić w człowieku pasje, o której wcześniej nie miał pojęcia.

  • Ewa

    ja mam pytanko, jak ty to robisz, że tobie się chce? Bo mnie się nigdy nie chce. Wracam z pracy, zjem coś, tv, komp, spać…A chciałabym mieć taką energię, żeby to samoistnie wychodziło ode mnie, że robię to, tamto, ide tam…a mnie się po prostu nic nie chce, super komfort odczuwam jak mogę spać w moim łóżeczku najdroższym przykryta kołderką po uszy…jak tu się zmobilizować do uprawiania sportu, koło mnie nie ma nawet żadnych fajnych zajęć, jedynie ścianki wspinaczkowe są ale nikt nie chce ze mną iść… nie mam kompletnie pomysłu na nic, takiej iskry, werwy, życie mi umyka, upływa na nic nie robieniu, każdy dzień jest taki sam!!!! poradź cos prosze. Czytam twoją stronkę od roku czyli od czasu kiedy postanowiłam coś ze sobą zrobić, ale na czytaniu sie u mnie kończy…jak pokonać wielkie lenistwo???

    • Moim zdaniem kluczem do takiej życiowej motywacji jest znalezienie tego, co lubi się robić. Trudno jest się zmusić do robienia czegoś, co nie sprawia nam przyjemności. Próbowałaś różnych rzeczy? Rolek, biegania, odkrywania swojej okolicy na rowerze? A jeśli nie ma fajnych zajęć to może jakiejś aktywności w domu, przed YouTube? Może nordic walking albo zwykłe, energiczne spacery z jakąś koleżanką? Możliwości jest mnóstwo, najpierw jednak trzeba się zmusić aby jak najwięcej z nich sprawdzić na sobie, a jak już znajdziesz coś, co lubisz, to motywacja do robienia tego przyjdzie sama, zupełnie naturalnie. Ale pierwszy krok jest najtrudniejszy i czasami naprawdę trzeba mocno wziąć się w garść aby go wykonać. Teraz jak się ochłodzi na pewno wyjście poza swoją strefę komfortu będzie trudniejsze, ale nie niemożliwe…
      Mnie oczywiście też się czasami nie chce i czasami temu ulegam… Ale nie można pozwolić lenistwu zawładnąć naszym życiem. Zresztą mam wrażenie, że kiedyś postępowałam podobnie do Ciebie, mnie do zmian zmobilizowała chęć zadbania o swoje zdrowie.

      A może Twój problem leży głębiej, może brakuje Ci motywacji, bo coś Ci ją odbiera, np. nielubiana praca albo coś w tym stylu. Warto się nad tym zastanowić i dążyć do zmian. Trzymam kciuki 🙂

  • Z lekturami było u mnie bardzo ciężko, na samej prezentacji maturalnej skorzystałam jedynie z 4 wersów Pana Tadeusza, wszystko inne było spoza szkolnego kanonu, a lubianą przez wielu Lalkę odpuściłam po pierwszej stronie 😛 Gdybym musiała wybrać jednak lekturę to sięgnęłabym po jedną z poziomu rozszerzonego – Mistrza i Małgorzatę (do tej pory się zastanawiam czy bym ją przeczytała, gdybym załapała się na stary system – czyli była o te 2 miesiące starsza:p). Była to pierwsza książka, która przeniosła mnie w totalnie inny świat. Gdzie byłam naocznym świadkiem wszelkich wydarzeń, czułam zapachy, doskwierał mi upał gdy jechałam tramwajem, piłam lemoniadę, a na kolanach siadał mi czarny kot. Magia nie została tylko w zapisanych wersach, ta książka po prostu żyła.
    Jeżeli zaś mogłabym wybrać coś spoza lektur, to z pewnością byłyby to „Pamiętniki Adama i Ewy” Marka Twaina. Różnice między mężczyzną, a kobietą w pigułce. Przedstawione w niezwykle zabawny sposób. Mój pierwszy „poradnik”, z którego dowiaduję się, że z facetem to się jednak ciężko dogadać. A może raczej jemu ciężej ze mną. Jednak mimo to, jego raj jest gdziekolwiek tam, gdzie jestem właśnie ja. A mój, gdzie on. Zdecydowanie jedna z najpiękniejszych historii jakie do tej pory przeczytałam i czasem lubię do niej wracać 🙂

  • „Ten obcy”. Zszokował mnie fakt, że chłopak kochał swojego ojca mimo, że był pijakiem i się nim nie zajmował tak jak powinien. Okazało się, że choć to rodzice powinni kochać dzieci bezinteresownie i robić wszystko dla nich, to jednak, to dzieci kochają tak rodziców. Ja swoich nie kochałam. Czułam do nich żal, że jestem „takim obcym”. Miałam potem duże wyrzuty sumienia.

  • Widzę, że już kilka osób opisało „Dzieci z Bullerbyn” i być może żeby się wyróżnić należałoby wspomnieć o innych lekturach. O psie jeżdżącym koleją, nad którego losem przepłakałam wiele godzin. O Raskolnikowie, który na Siennym placu karnawałowym padł, żeby wyznać swoje grzechy, a ja przez niego poszłam studiować filologię rosyjską. O Szatanie z 7-ej klasy, bez którego nie byłoby mojego filmowego (o ironio) bloga.
    Mimo to, Dzieci z Bullerbyn pozostają najważniejszą z książek i to o nich muszę napisać. Wystarczyłoby powiedzieć, że to pierwsza książka jaką przeczytałam samodzielnie (w czasie leżakowania w przedszkolu). Pierwsza literacka przygoda i pierwsza literacka konspiracja przed czujnym okiem pani przedszkolanki, muszą zapadać w pamięć. Ale książka Astrid Lindgren to nie tylko to. To, chociaż może to zabrzmieć dziwnie, książka najlepiej opisująca moją małą ojczyznę, moje dzieciństwo i mój dom. Musicie zrozumieć jedną rzecz – u nas na Krajnie nie mamy Wielkiej Patriotycznej Misji. Omijały nas powstania, a pierwszy rozbiór do maksimum skrócił czas cieszenia się Polskością. Najbliższą nam ojczyzną pozostaje więc ojczyzna mała, lokalna. Edukacja, jednak, rozczarowuje nas ignorowaniem naszej lokalności. Uczymy się o północnych sąsiadach – Kaszubach, o południowych – Wielkopolanach, a o Krajnie, regionie naznaczonym tak strasznym rozdarciem, że jego symbole są w barwach żałobnych, nie uczymy się na lekcjach polskiego, historii czy geografii wcale. Trudniej nam utożsamiać się z bohaterami Kamieni na Szaniec, nie rozumiemy anty-niemieckiej wymowy wielu lektur, nie znamy tramwajów, kin czy miejskiego pędu. Mniej dziwi więc to, że szwedzka osada Bullerbyn stała się dla krajeńskich dzieci końcówki lat 80-tych namiastką „swojości”. Swoje były lasy, swój był śnieg, nie raz po kolana, pokonywany w drodze do szkoły. Swoje były więzi rodzinne, przyjacielskie czy sąsiedzkie. Dziś, już z perspektywy Poznania, patrzę na swoją rodzinną Krajnę jak na wyidealizowane Bullerbyn właśnie. A co jakiś czas dzwonię i mówię, że niedługo odwiedzę Zagrodę Północną. I bardzo lubię kiełbasę dobrze podsuszoną.

  • Moja ukochana lektura szkolna to „W pustyni i w puszczy” H. Sienkiewicza. Była pierwszą książką podróżniczą, jaką przeczytałam i zdecydowanie jest odpowiedzialna za moją miłość do podróży i przygód. Niesamowicie rozbudziła moją wyobraźnię przez świetne opisy afrykańskiej przyrody, więc nidgy nie potrafiłam zrozumieć marudzenia innych, że jest nudna i przydługa. Od czasu jej przeczytania, Afryka jest na szczycie mojej listy życzeń

  • Lektury szkolne czytałam wszystkie i zawsze, z mniejszym lub większym zapałem. W szkole podstawowej zakochałam się w postaci Ani z Zielonego Wzgórza. Być może dlatego, że była moim zupełnym przeciwieństwem, a ten jej zapał do marzeń imponował dziewczynce, która wychowywała się w twardej rzeczywistości niezbyt przyjemnej dzielnicy na obrzeżach dużego miasta. W liceum owo realistyczne podejście do otaczającego świata, przykrywające wstydliwy sentymentalizm, pchnął mnie w ramiona Cezarego Baryki. Do obu lektur wróciłam po kilku latach, w przypadku Ani – poznałam dalsze jej losy, zapisane jej przez Autorkę. Jej i jej dzieci. I w trakcie czytania ostatniej części ryczałam okrutnie na wieść o losach rodziny. W Baryce natomiast się odkochałam 😉

  • Uwielbiam czytać książki, choć nie wszystkie lektury mnie zachwyciły. Część wręcz przeciwnie. Jednak było kilka, które przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. „Ania z Zielonego Wzgórza” i „Dzieci z Bullerbyn” są dość oczywiste, więc tylko o nich napomknę. Zakochałam się natomiast w „Nad Niemnem”, choć nie przypomnę sobie czy była to lektura obowiązkowa za moich czasów. Zaczęło się od tego, że moja kochana Mama zachwycała się tą książką, była nawet jej ulubioną. W domu rodzinnym mam taką stareńką wersję w trzech tomikach i tę właśnie czytała moja Mama. Ja natomiast będąc kiedyś w antykwariacie wypatrzyłam ładnie wydaną wersję w brązowej skóropodobnej okładce i tak oto trafił mi się w ręce własny egzemplarz. Nie wiem ile razy przeczytałam tą książkę, ale wiem, że zrobię to jeszcze nieraz. Nawet opisy przyrody mnie tak bardzo nie drażnią. Czego nie mogę niestety powiedzieć o historii o Janie i Cecylii, którą można przeczytać raz i wystarczy 😀 Drugą lekturą, którą sobie upodobałam są „Chłopi”. W liceum mieliśmy się zapoznać tylko z jedną częścią, chyba Zimą, ale ja przeczytałam całą i bardzo mi się podobała. Tutaj chyba uwidacznia się moje zamiłowanie do wsi. „Chłopów” wybrałam sobie nawet jako jedną z lektur na maturę.

  • O jak ja nie lubiłam czytać lektur… Mam jednak swoją ulubioną, którą na pewno nie lubi wiele osób.. To „Ferdydurke” Gombrowicza. Jest tak zakręcona i nieprzewidywalna, że nie mogłam się od niej oderwać. Nie potrafiłam przestać czytać, kiedy wszyscy naokoło mówili, że to najgłupsza książka jaką czytali. A mi to zupełnie nie przeszkadzało. Wręcz napędzało moje silniki 😀 I do tej pory jest to jedna z moich ulubionych książek!! :))

  • Tych wczesnych nie pamiętam, choć na pewno podobali mi się „Chłopcy z placu broni”. Ale moim hitem na zawsze będzie „Quo Vadis” i „Zemsta” – obie czytane kilka razy 🙂 Podobała mi się też „Lalka” i jeszcze kilka innych lektur, poza Żeromskim i „Nad Niemnem”. Przez to nie dałam rady przebrnąć 😉

  • Hmm… Ulubiona lektura szkolna. Dla mnie to ciężki temat, gdyż jestem 7 miesięcy przed maturą i każda z lektur powinna być „tą ulubioną” 🙂 Ale jeśli chodzi o taką, którą przeczytałam jednym tchem, którą przeczytałabym jeszcze sto razy i która zajmuje honorowe miejsce w mojej biblioteczce to „Mały Książę” Antoine’a de Saint-Exupéry’ego. Jest ona idealną „bajką na dobranoc”, czytałam ją młodszemu bratu, który był zasłuchany, jakby słuchał swojej ulubionej piosenki 🙂 Antoine porównał idealnie świat dzieci ze światem dorosłych, za każdym razem gdy ją czytam raz mam uśmiech na twarzy, a drugim razem łzy w oczach. Żadna książka (lektura!) nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Zaraz pewnie wyłączę komputer, usiądę w wygodnym fotelu, z kubkiem kawy i „Małym Księciem” w ręku spędzę swoje poniedziałkowe popołudnie 🙂
    Pozdrawiam gorąco 🙂

  • Ciężko jest wybrać jedną ulubioną lekturę ze szkolnych lat. Kocham książki od dziecka i z reguły w każdej doszukiwałam się czegoś, co mnie łapało za serce. Uwielbiałam Trylogię Sienkiewicza, „Nad Niemnem” Orzeszkowej, „Chłopów” Reymonta. Nielubiane przez większość opisy przyrody dla mnie były popisem pięknego władania polszczyzną – uważam, że mamy piękny język i żal mi, że teraz już nie używa się tak bogatego słownictwa. Literatura to przecież nie tylko treść, ale także forma, w której można się rozsmakować, ale którą można się również zadławić  Bardzo duże wrażenie wywarły na mnie „Kamienie na szaniec” Kamińskiego, a potem wszystkie inne pozycje dotyczące tematyki wojennej. Myślę, że powinny być czytane przez każdego, bardzo często, zwłaszcza przez polityków, aby pamiętali do czego mogą doprowadzić ich nierozważne decyzje. Bardzo podobało mi się „Ferdydurke” Gombrowicza – lubię satyrę, groteskę i surrealizm, którymi nasycona jest każda strona tej fantastycznej książki. Bardzo podobało mi się w niej również zabawa słowotwórcza podjęta przez autora oraz rozważania o byciu sobą toczące się na kartach powieści. Zachwycił mnie również „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, ponieważ mieszał w sobie mnóstwo uwielbianych przeze mnie gatunków: powieść historyczną, baśń, fantasy, kryminał i satyrę. Mnóstwo książek mnie oczarowało, ale jak myślę o tym, która zajmuje najważniejsze miejsce w moim sercu to przypominam sobie jedną, czytaną wielokrotnie i za każdym razem tak samo cudowną, magiczną i radosną: „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Wiem, ze jestem mało oryginalna, ale do tej pory gęba mi się cieszy na wspomnienie Złego Szewca, który przyszedł uratować dzieci wzywające pomocy podczas zabawy w piratów na zalanej łące oraz ich wszystkich innych niesamowitych przygód, które w mojej opinii są opowieścią o tym, jak powinno wyglądać szczęśliwe dzieciństwo. Dużo osób narzeka na lektury, ale pewnie ominęło by mnie wiele smakowitych, literackich kąsków gdyby nie szkolny przymus 

  • Odpowiedź piszę otoczona stadem jesiennych biedronek, które upodobały sobie mój wrzos stojący od niedawna na parapecie, ale nie jest aż tak rozpraszające – powiedziałabym nawet że w takiej atmosferze jeszcze milej się wspomina dawne czasy i dawne, ulubione lektury 🙂 A mianowicie „Dżumę” Alberta Camusa, bo to była i wciąż jest moja najlepsza licealna lektura. Wciąż nie mogę trafić na książkę, która miałaby tak niesamowity klimat – jest ona mroczna, przejmująca, momentami drastyczna, ale pomimo tego nie jest dołująca ani zasmucająca. Autor przedstawia tytułową dżumę, nie tylko jako chorobę, lecz także jako zło tkwiące w człowieku, równie zaraźliwe i niebezpieczne. Jednak tym, co sprawia, że pomimo ciężkiej tematyki nie jest to dołująca opowieść o niesprawiedliwościach i okropieństwach tego świata jest przewijająca się przez całą książkę, i świecąca jak światełko w tunelu nadzieja, a także wiara w przyjaźń i dobroć drugiego człowieka. Tym, którzy pominęli ją podczas przygotowań do matury gorąco polecam, a tym, którzy ją czytali polecać chyba nie muszę 🙂

  • Uwielbiam czytać. Każda strona czytanej książki przenosiła mnie w zupełnie inny, nieznany świat. Z lektur szkolnych najcieplej wspominam „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza – za jej przewrotność, komizm i absurd 🙂

  • Mam nieco specyficzny problem w związku z książkami. Uwielbiam czytać je wszystkie, oprócz tych, które… ktoś mi każe przeczytać. Dlatego już w dzieciństwie pożerałam książki dużo wcześniej i więcej od rówieśników, ale gdy przychodziło do czytania lektury, to… po prostu nie mogłam. Blokowałam się. Znajdowałam miliony powodów by tego nie robić i „znielubić” daną książkę. W podstawówce to jeszcze nie było tak źle, bo czasem nam Nauczycielka czytała, a czasem Mama i jakoś przebrnęłam. W gimnazjum i w liceum było już znacznie gorzej, ale i to dało się przeżyć 😉 zresztą, nie o tym.

    Do dziś pamiętam, jak pewnego dnia, jeszcze w podstawówce, przyszłam jak zwykle na lekcje polskiego niezadowolona, bo wiedziałam, że dziś Nauczycielka powie nam, jaką lekturę będziemy musieli czytać. Lekcja zaczęła się, a ja, niezbyt słuchając, w myślach użalałam się nad sobą i przeklinałam te wszystkie lektury, przez które tracę czas. Mogłabym w zamian przeczytać coś, co by mi się naprawdę podobało. O, chyba zaraz w końcu powie, czym nas znów będzie katować – pomyślałam, i… bardzo się zdziwiłam! Tytuł, który podała jako naszą kolejną lekturę brzmiał: „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Ale jak to? To ten sam Harry Potter którego zdążyłam już wcześniej przeczytać co najmniej pięć razy? Ten sam, który wprowadził mnie w świat magii? Bez którego nie wyobrażam sobie mojego dzieciństwa?! No dobrze, może wtedy jeszcze moje dzieciństwo trwało i wtedy tak nie myślałam, ale zdecydowanie myślę tak teraz. 🙂 Wiem, że nie jest to standardowa lektura, dlatego cieszę się, że miałam to szczęście, że Nauczycielka wybrała ją dla nas. Zresztą, bardzo się zdziwiła, że brałam aktywny udział w jej omawianiu. 😉

    Naprawdę, dosłownie wychowałam się na tej książce – w sumie na całej serii, choć późniejsze części czytałam trochę później. Każdą z nich przeżywałam bardzo, nawet wtedy, gdy czytałam ją po raz kolejny. 🙂 Dlatego uzasadniając swój wybór skupię się na całej serii, a nie tylko na pierwszej części, jeśli pozwolisz 😉 inaczej nie umiem. Nawet nie wiem czy potrafię określić, za co ją uwielbiam, bo chyba za wszystko. Za genialnie przedstawiony, magiczny świat, czyli za Hogwart, pełen zagadek i niespodzianek, Pokątną, Peron 9 i 3/4, Norę, Hogsmeade… Z łatwością potrafiłam się „przenosić” we wszystkie te miejsca. Za świetne, charyzmatyczne postaci. Za wszystkie. Za Hermionę, którą zawsze chciałam być, za Neville’a, uroczego w swej niezdarności, za Freda i Georga (i ich dowcipy) i za Hagrida, cholibka. Za Snape’a. Ale także za Dursley’ów, Malfoy’a i Voldemorta. Za Umbridge też, chociaż była chyba nawet gorsza od tego ostatniego… I jeszcze za Quiddicha! I za Fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta! I za Hardodzioba i Zgredka! I za wszystkie zaklęcia i eliksiry! Nie mówiąc o tym, jak wiele wniosła ta lektura do mojego życia i światopoglądu. Mam nawet zeszyt z cytatami z HP, bo lubię do nich wracać. Naprawdę, nie ma to jak rada Dumbledore’a w związku z jakimś trudnym okresem w życiu 🙂 Te mniej serio też pomagają, na poprawę nastroju 😉

    „Witajcie w nowym roku szkolnym w Hogwarcie! Zanim rozpoczniemy nasz bankiet, chciałbym wam powiedzieć kilka słów. A oto one: Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw! Dziękuję wam!” A. Dumbledore

    Muszę przyznać, że pisanie tego komentarza było dla mnie niezwykle przyjemne. Chyba muszę niedługo znów całą serię przeczytać – nigdy mi się to nie znudzi 🙂 I właśnie dlatego ją kocham.

    Tak, nadal czekam na list z Hogwartu. I tak, mam prawie dwadzieścia lat.

  • Najbardziej podobała mi się zawsze „Ania z Zielonego Wzgórza”. Czytając ją w młodym wieku (czwarta, może piąta klasa szkoły podstawowej, szczerze, dokładnie nie pamiętam) zauważyłam, że życie wcale nie jest takie proste. Książka ukazuje codzienne problemy, ale też te gorsze, które mimo wszystko mogą się nam przydarzyć w każdym wieku. Po przeczytaniu jednej części, sięgnęłam po drugą z serii i tak przeczytałam ją całą, co było wtedy nie lada wyczynem. Z każdą częścią dochodziłam do nowych wniosków. Teraz wiem, że w życiu nie zawsze jest tak, jakby się tego chciało, ale mimo wszystko trzeba zaakceptować to, co się nam przytrafiło, bo być może to było właśnie najlepsze rozwiązanie. Trzeba czasem dokonywać wyborów, czy ważniejsza jest dla nas rodzina, bliscy, czy też czasem trzeba zrobić coś dla siebie. Książka pokazuje jak to jest stracić kogoś, ale zyskać kogoś nowego.

  • Jeżeli chodzi o mnie to nigdy nie lubiłam jak ktoś narzucał mi książki do czytania, ale dziękuję mojej pani od polskiego za to, że prawie zmuszała nas do czytania lektur, bo dzięki tym „przymusom” większość osób z mojej klasy chociaż przeczytała streszczenia. Wracając do tematu moją najbardziej ulubioną lekturą były ” Kamienie na szaniec”. Dlaczego? Ponieważ opowiadała ona o młodych, dzielnych ludziach. O czasach miłości, walki, śmierci. Nie zaprzeczam, że zakochałam się w 3 głównych bohaterach. ♥ Kocham tą książkę i co jakiś czas wracam do tej lektury.
    Pozdrawiam serdecznie 😀

  • A.

    Mam kilka ulubionych lektur szkolnych, ale zawsze powtarzam, że „Krzyżacy” Sienkiewicza na zawsze zmienili a wręcz ukształtowali mnie jako czytelniczkę. Dlaczego? Ponieważ przeczytałam tę książkę w 3 (!) dni, co więcej zapamiętałam masę szczegółów, na sprawdzianie w szkole dostałam jako jedyna 5 a to zaowocowało tym, że już zawsze sięgałam i sięgam po książki z przyjemnością. Książki pobudzają wyobraźnię, wpływają na osobowość (jak np. u mnie podniosły pewność siebie) a czasami nawet wywracają życie do góry nogami.

    Pozdrawiam, A.

  • Dużo osób twierdzi, że lektury są złe. Niektórym nie podoba się, że nie mogą sami wybrać książki, którą mają ochotę przeczytać. Inni narzekają, że książka za długa/za nudna etc.
    Ja jednak mam odmienne zdanie. Większość lektur mi się podobała i uważam, że gdyby nie one, wiele osób w ogóle nie czytałoby książek. Dzięki lekturom możemy poznać różne epoki, formy literackie, sposoby myślenia i styl autorów. Mimo tego, iż książki są „narzucone z góry”, wiele nas uczą, a czasem potrafią nawet wyrobić charakter.
    Wybrać jedną lekturę, która była moją ulubioną, jest naprawdę ciężko. Chętnie opowiedziałabym o kilku, bo prawie każda książka jest dla mnie w jakiś sposób wyjątkowa. Nawet gdy mam do czynienia z czymś naprawdę nudnym, staram się odnaleźć jakiś pozytyw i plus, bo raczej nie trafiam na książki, które nie miałyby w sobie niczego dobrego.
    Wahałam się między dwoma książkami: „Kamienie na szaniec” czy „Folwark zwierzęcy”. Obie książki wywarły na mnie wrażenie i skłoniły do poważnych refleksji. Na obu również płakałam. Naprawdę nie potrafię się zdecydować.
    Po przeczytaniu lektury „Kamienie na szaniec” przez kilka dni chodziłam przygnębiona. Bardzo to przeżywałam, ponieważ przez cały czas myślałam o tym, że ta historia zdarzyła się naprawdę. Zżyłam się z bohaterami i czułam, jakby byli moimi dobrymi przyjaciółmi. To, że zginęli, a nie byli fikcyjnymi postaciami, było po prostu ciężkie. Kamienie są świetną lekturą jak i książką samą w sobie. Jedną z najbardziej wzruszających jakie czytałam.
    „Folwark zwierzęcy” oprócz niesamowitą powieścią, jest również niezwykłą metaforą. Orwell opisał historię zwierząt, która tak naprawdę tak wiele mówiła o ludziach. Nie zagłębiając się w treść, można pomyśleć, że to taka tam historyjka o zwierzątkach. Tak naprawdę opowiada o ludzkich zachowaniach i o tym, co z nami potrafi zrobić władza. Dzięki tej lekturze możemy również dostrzec, że nie zawsze dobrze się żyło, a człowiek potrafi być okrutny dla swojego brata czy siostry.
    Popieram czytanie lektur. Cieszę się, że istnieje obowiązek zapoznania się z wieloma książkami. Nie uważam, że wszystkie lektury są dobrze dopasowane. Niektóre na pewno bym „wyrzuciła” i zastąpiła innymi. Mimo wszystko uważam, że powinniśmy dużo czytać i nie zrażać się do książek, które są tak zwanymi lekturami, ponieważ możemy trafić na perełkę.

  • Moim zdaniem najlepszą lekturą jaką przeczytałam jest „Oskar i Pani Róża” autorstwa Érica-Emmanuela Schmitta. Pomimo tego, że zawsze sceptycznie podchodzę do czytania lektur, które kojarzą mi się z niezrozumiałymi książkami, ta jedna skradła moje serce. Została ona napisana prostym, zrozumiałym językiem i w dodatku do tego opowiada piękną historię o nieuleczalnie chorym chłopcu i jego przyjaciółce Pani Róży, która przez ostatnie 12 dni jego życia pomaga mu „przeżyć” całe jego życie od dzieciństwa po starość. Myślę, że nie będę dalej streszczać fabuły, tylko gorąco zachęcam do przeczytania, jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił:). Książka przedstawi wam historię przyjaźni, miłości, pokaże prawdziwe szczęście i wywoła wiele emocji.

  • Moją ulubioną lekturą szkolną był oczywiście „Mały książę”. Mimo dorosłego wieku ta książka nadal mnie ujmuje. W książce możemy znaleźć poszukiwanie przez naszego młodego bohatera przyjaźni, który w tym celu udaje się w podróż na inne planety. Spotyka tam się z postaciami, które mają całkiem odmienną hierarchię wartości. Dla Króla liczyło się wyłącznie posiadanie władzy i moc wydawania rozkazów, Próżnego jedynie aby inni go podziwiali, Bankiera który uważał że gwiazdy na niebie są jego własnością. Ostatecznie do chłopca dociera iż jego największą przyjaciółką jest Róża którą wcześniej opuścił ponieważ drażniło go to iż jest ona ciągle niezadowolona.
    Przyjaźń nie polega jedynie na tym aby być ze sobą jedynie w dobrych chwilach, wtedy kiedy jesteśmy szczęśliwi, ale również w złych momentach kiedy jedno z nas cierpi lub ma problemy. Przyjaźń polega na wspieraniu się siebie nawzajem i podpieraniu się kiedy jedno z nas upada.

  • Ola

    Do głowy przychodzi mi kilka tytułów może dlatego, że jak byłam mała czytałam jak najęta. Przyznać jednak muszę, że zawsze ciekawsze były książki spoza listy tych obowiązkowych haha 😉 Ostatnio jednak, sama nie wiem skąd, poczułam potrzebę przeczytania na nowo „Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupéry. Czytałam ją bodajże w szkole podstawowej/gimnazjum i z perspektywy czasu myślę, że obecnie dałaby mi więcej. Ten cytat mówi sam za siebie: „…dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Piękne słowa, wspaniała powieść (jeśli można tak ją nazwać). O przyjaźni, o miłości i tym bardziej wydaje mi się, że równie dobra dla młodszych, jak i właśnie starszych. Kiedyś dała mi poczucie, jak ważna jest przyjaźń i drugi człowiek. Relacje, które sprawiają, że człowiek czuje się kochany, potrzebny. Teraz chcę przeczytać po raz kolejny, bo warto to sobie uświadamiać. Dla dziecka „kocham Cię” jest takie oczywiste, uczucia są wtedy takie szczere. Dorośli często zbyt szybko pędzą… zapominają, zaniedbują. Właśnie tak jest: ”
    Dorośli są zakochani w cyfrach. Jeżeli opowiadacie im o nowym przyjacielu, nigdy nie spytają o rzeczy najważniejsze. Nigdy nie usłyszycie:, „Jaki jest dźwięk jego głosu? W co lubi się bawić? Czy zbiera motyle?”Oni spytają was: „Ile ma lat? Ilu ma braci? Ile waży? Ile zarabia jego ojciec?” Wówczas dopiero sądzą, że coś wiedzą o waszym przyjacielu. Jeżeli mówicie dorosłym: „Widziałem piękny dom z czerwonej cegły, z geranium w oknach i gołębiami na dachu” – nie potrafią sobie wyobrazić tego domu. Trzeba im powiedzieć: „Widziałem dom za sto tysięcy złotych”. Wtedy krzykną: „Jaki to piękny dom!” „.
    Smutne… I dlatego dobrze jest mieć w domu tę książkę i od czasu do czasu po nią sięgnąć i pozwolić sobie na bycie dzieckiem, w znaczeniu dostrzegania małych rzeczy i doceniania tak oczywistych spraw.
    PS dziękuję Ci ! tym konkursem, pomyśleniem nad tym wszystkim, przypomniałam sobie o tym, co jest tak naprawdę ważne 🙂

  • Nie będę oryginalna, ale do mojego życia najwięcej wniosła lektura „Kamienie na szaniec”. Książka ponadczasowa, życiowa i rzeczywista. Powieść, którą powinien przeczytać każdy, kto choć po cześci czuje się Polakiem. Odwaga i braterstwo – te cechy towarzyszyły młodym ludziom podczas walki o wolność, o ojczyznę. Powieść na wskroś przepojona polskością. Piękna.

  • W.

    Widzę, że jedna z moich ulubionych pozycji pojawiła się już w komentarzach, mianowicie ‚Ten Obcy’. Ta powieść przekonała mnie, że lektury szkolne to nie bezsensownie dobrana lista mająca nam uprzykrzyć życie, a przemyślany i mądrze ułożony kanon, które każda pozycja ma nam dać choć jedną wskazówkę na co warto w życiu zwracać uwagę. ‚Ten Obcy’ pokazał mi jak to jest kochać mimo wszystko i bezinteresownie, jak to jest być wyobcowanym i odrzuconym, a z drugiej strony jakie wrażenie może wywrzeć aura tajemniczości. Omawianie tej lektury uzmysłowiło mi również dlaczego tak szczegółowo pracujemy nad książkami na języku polskim oraz jak wiele interpretacji, wrażeń i wniosków w jednej klasie może się pojawić. Czytać lubiłam od zawsze, choć z dystansem i niechęcią podchodziłam do lektur szkolnych (co po tej książce się zmieniło). Natomiast moja siostra nie lubiła czytać, była to dla niej kara. W nudne, deszczowe (w trakcie powodzi) popołudnie czytałam i wzdychałam do Zenka, kibicując jemu i Uli, czym zainteresowałam moją siostrę. Przepadła na noc z tą książką i od tej pory nie wyobraża sobie życia bez czytania. 🙂 Z tych wszystkich względów to moja ulubiona lektura. No ok, podkochiwałam się platonicznie w głównym bohaterze, ale to tylko dodatkowy plus dla tej książki za pierwszą miłość.