Czy polska służba zdrowia może być lepsza?

Pod jednym z moich ostatnich wpisów w komentarzach wywiązała się rozmowa na temat polskiej służby zdrowia, traktowania pacjenta i dawania koperty za lepsze traktowanie. Zainspirowało mnie to do napisania pewnego apelu do Was wszystkich… Bo że w polskiej służbie zdrowia jest wiele do poprawienia to wiedzą chyba wszyscy… Ręka do góry komu chociaż raz mocno podskoczyło ciśnienie podczas wizyty w szpitalu lub przychodni. I druga ręka do góry kto po tym jak został źle potraktowany zgłosił to do np. do dyrekcji danej placówki. No właśnie, mam wrażenie, że tę drugą rękę podniosłoby mniej osób… I o tym właśnie chcę dzisiaj napisać, bo wydaje mi się, że zdecydowanie za często zaciskamy zęby i wychodzimy z podkulonym ogonem. To, że wyżalimy się na kogoś w internecie czy do naszych bliskich to trochę za mało, bo w żaden sposób nie wpłynie to na poprawę sytuacji. Dlatego apeluję – przestańmy dawać przyzwolenie na złe traktowanie pacjentów i na złe wykonywanie swoich obowiązków zawodowych przez osoby pracujące w służbie zdrowia. 

Przyznam, że sama nie raz porażona np. chamstwem jakiejś osoby po prostu milczałam, wychodziłam z gabinetu i zwyczajnie w dane miejsce już nie wracałam. Ale to za mało! W pewnym momencie przelała się czara mojej goryczy i teraz już nie będę odpuszczać. Oto kilka przykładów z mojego życia:

  1. Wizyta u lekarza pierwszego kontaktu po tym, jak dermatolog powiedział mi, że moje problemy z cerą to problem hormonalny i muszę iść do endokrynologa. „Pani doktor” na moją prośbę o skierowanie do endokrynologa reaguje parsknięciem i komentarzem, że z trądzikiem to powinnam iść na solarium a nie jej głowę zawracać. Skierowania wypisać nie chciała, ale zapowiedziałam, że nie wyjdę z gabinetu dopóki tego nie zrobi. Nie reagując na jej chamskie odzywki siedziałam i czekałam. Skierowanie wypisała i dosłownie rzuciła nim we mnie bez słowa. Zadowolona z siebie poszłam do domu… 
  2. Niestety przyszło mi jeszcze spotkać się z tą samą „panią doktor” po dość paskudnym zwichnięciu nogi… Podczas pierwszej wizyty była bardzo miła, nakazała leżeć przez cały miesiąc, ale L4 wypisała tylko na 2 tygodnie. Po 2 tygodniach kazała wrócić po kolejne zwolnienie. Wróciłam, ale wtedy „pani doktor” nie była już w dobrym humorze. Nie pamiętam już jak dokładnie do tego doszło, że rozmawiałam z nią na korytarzu i nagle zaczęła się na mnie z jakiegoś powodu drzeć. Wtedy już chyba miarka się przebrała i poprosiłam o interwencję gdzieś tam w pobliżu kręcącą się panią dyrektor. Kiedy ta do nas podeszła, ton „pani doktor” natychmiast się zmienił. Z tą samą „lekarką” podobne przygody miała moja babcia, oczywiście też nic z tym nie zrobiła. 
  3. Standardowa, co-pół-roczna wizyta u endokrynologa. W szpitalu na Karowej nigdy nie wiadomo na jakiego lekarza się trafi… Ja tego dnia trafiam na jakiegoś wiekowego pana, który nie odzywa się ani słowem. Nie pyta z czym przychodzę, nie zagląda w moją kartę… Proszę więc aby sprawdził moje wyniki ostatnich badań i je zinterpretował. Starszy pan nie potrafi obsługiwać komputera. Znika na 10 minut aby wezwać kogoś do pomocy. Osoba ta znajduje wreszcie w systemie moje wyniki… Lekarz mi je czyta bez żadnego komentarza, ale uparcie proszę o interpretację. Na to lekarz odpowiada, że wyniki są złe i jego zdaniem jestem już chora na cukrzycę. Ciekawa diagnoza, zważywszy, że wydał ją ginekolog… Próbowałam dopytać co w tych wynikach o tym świadczy, ale pan doktor powiedział, że się na tym nie zna (nie przeszkadzało mu to jednak w postawieniu poważnej diagnozy). Kazał mi udać się do prywatnego diabetologa i podał namiary na swojego znajomego. A następnie popatrzył na mnie z wyrazem twarzy „czego pani jeszcze chce?”. Wyszłam z gabinetu wkurzona z mocnym postanowieniem napisania skargi na tego pseudo lekarza. Czekałam pół roku na wizytę, z której NIC nie wyniosłam. Niestety w końcu odpuściłam, o skardze zapomniałam…
  4. Wakacje. Kończę ostatnie posiadane opakowanie pigułek, idę do ginekologa po receptę na kolejne. No i klops, ginekolog na urlopie. Jadę więc na Karową, czyli do źródła gdzie w ogóle mnie w te pigułki wpakowano… Na standardową wizytę nie ma szans, ale miłe panie w recepcji mówią, że w tej awaryjnej sytuacji lekarz pewnie przyjmie mnie na 2 minuty aby wypisać mi tę receptę. Muszę tylko go to zapytać. Kiedy wchodzę między pacjentami do gabinetu aby zapytać czy przyjmie mnie na końcu kolejki, dostaję dosłownie opieprz. Obrywa mi się za to ile on ma pacjentów, ile to on ma pracy na oddziale itd. Ok, wszystko rozumiem, ale to nie jest moja wina.  Czas opierdolu – nie przesadzam – co najmniej 2 minuty. W tym czasie spokojnie wypisałby mi tę cholerną receptę. Podkulam ogon, pytam czy coś mi się stanie jak wydłużę przerwę między opakowaniami o 4 dni, otrzymuję odpowiedź że (cytuję) „dziury w niebie nie będzie”. Ok. Wydłużam więc przerwę między pigułkami, skoro lekarz od hormonów powiedział, że nic się nie stanie no to chyba mogę mu zaufać. Po kilku dniach wraca mój ginekolog, zdobywam receptę, łykam pierwszą pigułkę… I zaczyna się koszmar. 4 dni wyjęte z życiorysu przez mdłości – gorzka herbata, łóżko i miska obok niego stają się moimi najlepszymi przyjaciółmi.

I po tej czwartej historii przelała się czara goryczy… Kiedy ktoś szkodzi mimo że jego rolą jest pomaganie, to jest dla mnie najważniejszy sygnał, że trzeba coś z tym zrobić. Nasmarowałam maila do dyrekcji i rzecznika praw pacjenta szpitala na Karowej… Opisałam obie sytuacje (punkt 3 i 4). Kiedy po tygodniu nie otrzymałam odpowiedzi, przypomniałam o sobie. W końcu po jakimś czasie otrzymałam drogą elektroniczną odpowiedź o takiej treści. Czy faktycznie lekarze ci dostali upomnienia? Nie wiem. Wierzę, że tak, ale później już na nich nie trafiłam, więc trudno to zweryfikować (szczerze mówiąc mam nadzieję, że już tam nie pracują). Mam też nadzieję, że inne traktowane w ten sposób pacjentki również piszą skargi. 

Ok, ja naprawdę wszystko rozumiem. Pracownicy służby zdrowia są grupą szczególnie narażoną na wypalenie zawodowe, to fakt. Ich zarobki może też nie są adekwatne do tego, ile mają pracy i jak długą drogę muszą przejść aby wykonywać ten zawód. Ok, szpitale czy przychodnie często zatrudniają za mało osób, pracownicy są przemęczeni… Ale to nie jest wina pacjentów i pacjent nie może ponosić konsekwencji takiego stanu rzeczy! Jeśli lekarz przelewa swoją frustrację na pacjentów to tym bardziej jego przełożeni powinni o tym wiedzieć… Być może pośrednio to właśnie oni się do tego przyczyniają.

Dlatego jeszcze raz proszę – nie dawajcie przyzwolenia na złe traktowanie. Piszcie skargi, zwracajcie się bezpośrednio do przełożonych… Niektórym może się przydać zimny prysznic. Zresztą pamiętajcie, że czasami dyrekcja może potrzebować więcej sygnałów aby poważnie potraktować jakąś skargę. Jednorazowe zażalenie może wyglądać mało wiarygodnie, ale jeśli w ciągu miesiąca wpłynie na jedną osobę kilka skarg, może da to komuś do myślenia i zostaną wyciągnięte jakieś konsekwencje? 

Na końcu muszę to dodać – mimo wszystko moim zdaniem w polskiej służbie zdrowia wiele się poprawia. Dlatego tym bardziej nie chcę zwalać tego co złe na system. Jest wielu lekarzy, którzy pokazują, że DA SIĘ po ludzku podejść do pacjenta, okazać mu troskę, pomóc w awaryjnej sytuacji… Pewnie nie da się z lekarza buraka zrobić lekarza anioła, ale pamiętajmy, że jest też coś po środku. I nic poniżej tego środkowego poziomu nie powinno być akceptowane. 

Co o tym myślicie? Jak reagujecie w takich sytuacjach? 

Kategorie: Różne

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.

  • Ja mam wrażenie, że celem polskiej służby zdrowia jest leczyć a nie wyleczyć. A sytuacje, które opisałaś są bardzo przykre. Co do skarg, to się zgadzam i bardzo poprawiła mi się ta świadomość po szkole rodzenia, gdzie położna co zajęcia przypomina nam, że mamy takie prawo, gdyby w czasie porodu coś nam się nie spodobało. I właśnie nie chodzi już o nas czy dochodzenie odszkodowania, tylko o to, by te osoby miały świadomość, że robią coś nie tak. Że nie ma przyzwolenia na takie zachowanie i traktowanie pacjentów. Dlatego postanowiłam sobie, że teraz gdy zdarzy mi się taka sytuacja będę od razu reagować.

    • To nie wrażenie, system lecznictwa tak właśnie działa, żeby jedynie leczyć choroby przewlekłe…

    • AfterKorpo

      Aniu, niektórzy lekarze nawet mówią wprost, znam osobę, która kiedy sama sobie trafną diagnozę postawiła usłyszała od lekarza to o czym piszesz w pierwszym zdaniu. WPROST. Mnie z kolei jeden lekarz, którzy nie umiał wyleczyć z dolegliwości, a kiedy naciskałam i sama sugerowałam pewne sprawy skierował do psychiatry twierdząc, że choroba ma podłoże psychiczne. Mnóstwo godzin w sieci, skierowanie wymuszone od innego lekarza i bach okazało się, że miałam rację. Szkoda tylko, że powinno to wyglądać zupełnie inaczej.

      • No tak u mnie sytuacja identyczna jak u Ciebie – zwalanie winy na psychikę znam aż za dobrze. Do mojej choroby 95% lekarzy nie podeszło poważnie, kierowali mnie do psychologa i psychiatry mimo że upierałam się, że moja choroba nie ma podłoża psychologicznego (psychika siadła mi raczej od problemów ze zdrowiem – fizycznych problemów). Wystarczył odpowiedni lek i jestem o 70% zdrowsza więc sorry – to nie placebo tak doskonale działa. Niestety nie mając wiedzy na temat „nowych” chorób w większości przypadków zwalają na psychikę bo za Chiny się nie przyznają, że nie mają pojęcia na ten temat, a już na pewno nie pokierują do innego lekarza, który mógłby coś więcej wiedzieć. Do lekarzy już nie chodzę i mam nadzieję, że jeszcze długo nie będę musiała bo przepraw z nimi też miałam wiele…

        • Też się z tym spotkałam… Jeśli nie potrafią nic poradzić, nie chce im się leczyć to twierdzą, że to ma podłoże psychiczne :/ Nie raz przez to przechodziłam i do takiego lekarza po prostu już więcej nie poszłam…

  • Ja trochę o tym co, nam pacjentom się należy. Powiem szczerze, że dopiero w drugiej ciąży dowiedziałam się, że należą mi się dwie godziny z dzieckiem, czyli ten pierwszy najważniejszy kontakt matki z dzieckiem. Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej każdej matce przysługuje kontakt z dzieckiem, skóra do skóry, który trwa nie 5 czy 10 minut, ale dwie godziny. I wywalczyłam ten czas.

    • O, nie wiedziałam, że są takie przepisy 🙂 może komuś przyda się ta informacja.

    • Brawo!!:)

      To, ze wiemy o swoich prawach bardzo mało, to druga strona medalu;/

    • AfterKorpo

      Ale czy mówimy o czasie na sali porodowej? Bo kiedy ja przytulałam swoje dziecko, które było wciśnięte pod koszulę w niemiłosierny upał położne krzyczały wręcz na męża, żeby się pospieszył z ciuszkami, bo dziecko marznie. Choć znałam to prawo zgłupiałam i pozwoliłam sobie zabrać dziecko i ubrać po kilku minutach. W sumie biorąc pod uwagę ilość pacjentek w stosunku do ilości sal nie wyobrażam sobie, żeby w sali porodowej pozwalano zostać aż dwie godziny? Jak to dokladnie wygląda?

      • Magda Motrenko

        To z ubieraniem dziecka to jakaś mocna ściema – przecież równe dobrze można przykryć dziecko (razem z matką) i będzie mu jeszcze cieplej. Ja miałam cesarskie cięcie, więc poza możliwością dotknięcia zaraz po wyjęciu, dopiero po zszyciu mogłyśmy być z córką blisko. Ale w sali pooperacyjnej była w samym pampersie i nieumyta, i dostałam ją od razu na brzuch, pod kołdrę. I tak sobie dalej razem spałyśmy. Ona się nie potrafiła ruszać, ja nie byłam w stanie przez znieczulenie, więc leżałyśmy. Dopiero dużo później ktoś się zainteresował, że właściwie to trzeba ją zważyć i ubrać.

      • Mnie przewieźli po prostu razem z dzieckiem na salę. Przykryli nas prześcieradłem i leżeliśmy tak ze dwie godziny. Dopiero po tym czasie zabrali mi synka i umyli.

  • May

    Cóż, na temat lekarzy mogłabym powiedzieć wiele. Poszłam do reumatologa, bo mam 22 lata (wówczas 21), bolą mnie kości i stawy od dzieciństwa, muszę „strzelać” ze stawów żeby normalnie funkcjonować (kiedy nie „wystrzelam” ich jak należy, czuję ból – jeśli nie „strzelę” w stopie – nie mogę na nią stanąć, w karku – nie mogę ruszać głową, w palcach – nie ma mowy o ruszaniu nimi itp). Kiedy to powiedziałam, pani dochtór parsknęła, powiedziała, że dla niej to śmieszne, po co ja w ogóle strzelam tymi kośćmi, to dla niej dziwne i nienormalne. Tłumaczę, dlaczego tak jest – pani dochtór się powtarza, że to śmieszne. Jedyne co stwierdziła, to że skoro przy schylaniu się nie dotykam koniuszkami palców ziemi a jestem w stanie położyć całe dłonie, to znaczy, że mam zbyt elastyczne stawy i to nie jest normalne (w szkole dostawałam za to 6, nigdy nie byłam dobra z wfu pomijając gimnastykę właśnie a teraz się dowiedziałam, że to nienormalne, no proszę!). Poszłam do ginekologa w tej samej przychodni, po tabletki. Stwierdził, że byłam u niego ostatnio rok temu, że albo jestem jego pacjentką i chodzę do niego regularnie, albo mam się u niego nie zjawiać. Cóż, wszystko fajnie, ale na wakacje (3 mies.) przebywałam u siebie w domu, na co dzień studiuję w Łodzi, dokąd mam 200 km, a weekendy głównie spędzam u chłopaka, który mieszka 250 km od mojej rodzinnej miejscowości. Pytam go, jak on sobie to wyobraża, skoro kursuję między trzema województwami, czy mam olać studia, czy chłopaka specjalnie po to, żeby dostać od niego tą receptę? Po tym pytaniu był już bardziej uprzejmy.
    Ostatnio miałam wycinane migdałki i już się bałam jak będzie w szpitalu. Na szczęście miło się zaskoczyłam – lekarze i pielęgniarki mili, uprzejmi, zainteresowani. Jedyne na co narzekałam tam to jedzenie (cóż, migdałki mi wycięli a ja dostaję na śniadanie chleb i kiełbasę, choć powinnam jeść same jogurty), poza tym – brak zastrzeżeń. To mi przywróciło wiarę w naszą służbę zdrowia 🙂

    • May Ty najpewniej chorujesz na zespół hipermobilności stawów, rzuć okiem na post na moim blogu o tym, może coś Ci pojaśni, chyba że już wszystko wiesz co i jak i to inna choroba.

      • May

        Wow, dzięki za info! W tej chwili dosłownie rzuciłam notatki i biegnę na Twojego bloga, chętnie się dowiem co to i czy przypadkiem mi nie dolega.

  • Ja znam to z 2 stron, bo moja mama pracuje w państwowej placówce. I możesz mi wierzyć lub nie, ale ona sama mówi, że to jest niestety też kwestia tego, że są lekarze, którzy już mają wiek emerytalny, ale siedzą i są zgorzkniali, bo chcą jak najwięcej mieć kasy. Moja mama chętnie by przekazała swoje obowiązki młodej osobie, która ma energię i zapał do pracy, ale co ona biedna może 🙁 Oczywiście nie oznacza to, że popieram złe traktowanie pacjenta przez lekarza, bo jak mi kiedyś jedna lekarka powiedziała: „czasem niektórym przydałby się przymusowy urlop” 😉

    • No właśnie 3 z opisanych przeze mnie przykładów dotyczą lekarzy w wieku bardzo mocno emerytalnym. Ta lekarka z 1 i 2 punktu miała już chyba z 80 lat. W tym wieku to już w ogóle nie powinno się wykonywać takiego zawodu… A najlepsza internistka na jaką w życiu trafiłam była niewiele starsza ode mnie. Żałuję, ze była tylko chwilowo na zastępstwo… Niestety wiek faktycznie ma tu spore znaczenie.

      • Ma ogromne znaczenie. A młodzi wolą prywatne placówki, bo ani nie ogranicza ich kontrakt z NFZ i nie muszą pilnować punktów (bo jak przekroczą to płacą z własnej kieszeni – SIK!), a i zarobki mają znacznie lepsze.Na moją mamę nie raz się pacjenci wydzierali, że ich nie może zapisać i zbiera biedna kobieta podwójny ochrzan, bo raz od pacjenta, drugi od kierownika „dlaczego pani nie zapisuję”. A dopiero potem jak przypomina kierowniczce „bo pani sama nam zabroniła mówiąc, że kontrakt zrealizowany” to tylko kierowniczka przytakuje, ale już za pracownikiem też się nie wstawi i nie powie, że miał racje i nie spróbuje zrozumieć. Bo po co – ona jest kierownikiem i z byle pacjentem rozmawiać nie będzie :/

  • Od roku jestem zmuszona korzystać z państwowej służby zdrowia nieco częściej, ale póki co mam farta i lekarz, który się mną zajmuje jest złotym człowiekiem Natomiast od LAT nie chodzę państwowo do ginekologa, internisty, dermatologa czy kogokolwiek. Nigdy. To, jakich idiotów się spotyka w przychodniach przerosło moje pojęcie tyle razy (niemal wpędzając mnie w znacznie poważniejsze problemy zdrowotnie, niż te, z którymi przyszłam, przez np. złą diagnozę lub zły dobór leków), że teraz leczę się tylko i wyłącznie prywatnie. Mam sprawdzonych specjalistów, chodzę po antykoncepcję raz na 6 miesięcy i nie ma opcji, żebym nie mogła sobie ogarnąć kolejnego opakowania, kiedy potrzebuję. Tak, wiem, że nie każdy może sobie na to pozwolić finansowo i w tej kwestii nie ma o czym dyskutować, ale ja już dawno wyszłam z założenia, że wolę być zdrowa i biedna, niż tracić czas, zdrowie, nerwy i wiarę w ludzi chodząc do państwowych przychodni.

    • Dla mnie w prywatnym leczeniu najgorsze są koszty badań. Ja zrezygnowałam z leczenia hormonów państwowo bo właśnie szkoda mi nerwów, ale leczenie hormonalne wiąże się z dość częstymi i licznymi badaniami i robienie ich prywatnie mocno jedzie po kieszeni :(. Staram się więc to jakoś łączyć – badania robić państwowo a na wizyty do lekarza chodzić prywatnie, ale to wszystko mocno wydłuża cały proces leczenia…

    • Warto poszukać prywatnej przychodni, która ma podpisany kontrakt z NFZ. Czasem są tam lepsi lekarze, a często przynajmniej mniejsze kolejki i lepsze warunki.

  • Wydaje mi się, że ludzie nie zgłaszają skarg, bo pomimo wszystko w naszym kraju traktuje się lekarzy trochę jak Bogów. Każdy wysłucha i wyjdzie z gabinetu nie pisnąwszy słowem, a dopiero później się denerwuje. Dopiero kiedy tak jak napisałaś przelewa się czara goryczy, człowiek zaczyna mocniej reagować. Jak dla mnie, najbardziej irytujące jest jawne wykorzystywanie przestrzeni i sprzętu publicznego do prywatnych celów. Już nikt się nie szczypie z tym, że robi gastroskopię „prywatnie” w publicznym szpitalu. Przyzwolenia na takie działania tylko nakręcają lekarzy, którzy nie widzą już żadnych barier, a co gorsza często traktują w tedy osoby, które leczą się publicznie niestety gorzej.
    Ja już nie pamiętam kiedy byłam w państwowej przychodni, chyba na początku studiów. I trauma mi została to teraz…
    Aczkolwiek w stadzie zawsze będą czarne owce. Mam nadzieję, że pomimo wszystko więcej jest lekarzy, którzy chcą pomagać i podchodzą do swojego zawodu w 100% poważnie.

    • Taka sama sytuacja jest z ‚łózkami” na porodówkach, gdzie lekarz umieszcza za dodtakowa opłatą, swoje pacjentki z gabinetu prywatnego…dodam, że mowa o szpitalu państwowym, więc jest to kwestia wykorzystywania nie tylko sprzetu publicznego o kczym piszesz…

  • Szczerze współczuję Ci takich sytuacji 🙁 Często o czym takim słyszę, ale sama a szczęście nigdy nie spotkałam się z chamstwem, może tylko z biurokracją i długimi terminami. Mam za to inną ciekawą historię z lekarzem w roli głównej. Na jednej z wizyt u lekarza medycyny pracy musiałam przez godzinę słuchać i pocieszać panią doktor, która płakała i wyrzucała z siebie frustracje na sytuację rodzinną. Ciężko ją było pozbierać i dostać papierek 😛

  • Skąd ja znam ten horror? Z 3 lata do lekarza rodzinnego chodziłam z tymi samymi objawami, pani doktor mnie za każdym razem wyśmiewała. Po długim czasie wymusiłam na niej skierowanie do endokrynologa, ale ona po co skoro THS w normie. Wtedy dopiero zaczął się mój horror. Przepisane tabletki na tarczyce, bo jednak trzeba. Wtedy zaczęło się nieuzasadnione tycie mimo ćwiczeń i diety, do tego zaczęły się problemy z sercem. Do endokrynologa tylko prywatnie, bo na kasę chorych wizyta raz do roku. Ale i tak od niego usłyszałam, że serce to nie od tarczycy, lekarka rodzinna to samo. Wylądowałam u kardiologa na kolejnych lekach. Zmiana lekarza rodzinnego i skierowanie na gastroskopię, po której dostałam jakieś leki. W końcu poszłam do innego endokrynologa. Kiedy usłyszała moją historię była przerażona. Nie wiem co będzie dalej, ja nadal leczę (minęło już ponad pól roku po zmianie lekarza) skutki uboczne złej decyzji poprzedniego endokrynologa.

    • Ech, współczuję 🙁 mam nadzieję, że teraz jesteś już na dobrej drodze do wyleczenia.

  • Złe traktowanie pacjentów to jeden problem. Po części może on wynikać z faktu, że w ciągu całego toku studiów lekarz ma bodajże pół roku psychologii – najzwyczajniej w świecie nikt go nie uczy kontaktu z pacjentami. Druga sprawa, to jakość usług. W publicznych przychodniach bardzo często pracują lekarze słabi i/lub w podeszłym wieku – czasem mają nawet pomoc do wypisywania recept i skierowań, bo sami nie są już w stanie tego zrobić. Ci lepsi i młodsi wolą pracować w szpitalach lub prywatnych przychodniach i tam trzeba ich szukać, oczywiście kierując się po drodze opiniami innych pacjentów. Niestety – oznacza to podwójne koszty, bo raz płacimy składki zdrowotne na ZUS, a drugi raz płacimy za prywatną wizytę.

    • Ola

      Ja akurat unikam chodzenia do młodych lekarzy, nie mają jeszcze doświadczenia i np do takiego młodego chirurga to bym się jednak bała iść (mam przyjaciółkę chirurga i opowieści z pierwszej ręki). Niestety w życiu sporo lekarzy odwiedziłam, głównie dermatologów, ginekologów i endokrynologów i w tych dziedzinach zdecydowanie lepiej sprawdziła się tzw. stara gwardia i to z ośrodków uniwersyteckich, do których trafiałam po wizycie u n-tego lekarza, który nie potrafił mi pomóc. Mili może nie byli, ale przynajmniej skuteczni, także co mi po wielu miłych młodych lekarzach, skoro nie potrafili pomóc?

      • To zależy z jakimi problemami idzie się do lekarza. Może inaczej to wygląda jeśli chodzi o poważne przypadki, ale jeśli chodzi o zwykłą kontrolę swojego stanu zdrowia to zdecydowanie wolę młodych lekarzy, bo często są bardziej zaangażowani. Zaangażowanie to tutaj słowo klucz, nie lubię u lekarza czuć się jak na taśmie produkcyjnej. Z tymi starszymi często trzeba walczyć o skierowania, bagatelizują problemy młodych osób itp. I tu nie chodzi o to, że młodsi z reguły są milsi, bo takiej reguły nie ma. W zasadzie nie chodzi mi o to aby ktoś był miły, tylko właśnie zaangażowany.

        • Ola

          mi jednak zależy na tym, żeby lekarz był skuteczny. 🙂 ale myślę, że to faktycznie może być kwestia kalibru sprawy, z którą człowiek do lekarza się zgłasza. Jak jest to coś poważnego, jakiś uświadomiony problem to liczy się skuteczność, być może jeśli chodzi o kontrolę stanu zdrowia, to liczymy na zaangażowanie lekarza.

        • W sumie to też wiele zależy od tego do kiedy uznajemy lekarza za młodego 😀 ja porównuję z panią doktor z punktu 1 i 2 która miała z 80 lat i z panem doktorem z punktu 3 który też był po 70tce. Przy nich osoby do 50tki są dla mnie młode :D.

      • Jasne, młodzi-niedoświadczeni to też problem. Ale lekarze w wieku „głęboko emerytalnym”, którzy z trudem się poruszają i z nie mniejszym trudem myślą, też często nie są w stanie pomóc. Dużo można by opowiadać 🙂

  • Współczuję przejść, bo sama się przekonałam, że niektórzy w ogóle nie powinni pracować w tym zawodzie. Ja rozumiem, że lekarz może być na koniec dnia zmęczony (w końcu człowiek), ale to mu nie daje zezwolenia na wyżywanie się na pacjentach. A tacy, którzy stawiają diagnozy wyssane z palca, żeby tylko umówić pacjenta na kolejna wizytę, powodują, że przestaję wierzyć w sens istnienia służby zdrowia. Bo nie dość, że dostać się gdziekolwiek ciężko, coraz częściej nawet w prywatnych gabinetach mają cię w nosie, to jeszcze swoimi praktykami mogą ci zaszkodzić.

  • Adriana

    Trochę sytuacji z lekarzami mi się nazbierało, a mam 25 lat.
    1) Gdy poszłam do pierwszego ortopedy z bólami kolana kilka lat temu zlecił 4 serie zastrzyków. Gdzie po 2 tygodniach powiedział,że bardzo dobrze unikneliśmy operacji. Natomiast po 4 zastrzyku powiedział, że jak będę mieć więcej czasu czy w wakacje za parę miesięcy musimy zrobić artroskopię.Dodam,że nie zlecił USG, ani innych badań. Diagnoza – rozmiękanie stawu kolanowego. Poszłam do kolejnego lekarza ktory na wstępie zlecił usg i rtg. Diagnozę potwierdził, a stopień choroby był tak początkowy,że kolejne 2 serie zastrzyków wystarczyły i jest ok. Tym sposobem uniknęłam niepotrzebnej operacji.

    2)Gdy chciałam dostać skierowanie do endokrynologa pani dr pierwszego kontaktu jak usłyszała objawy to się ze mnie śmiała i skierowała nie wiadomo po co do ginekologa. Pani ginekolog w studenckiej przychodni pokręciła nosem po co mi te badania, ale łaskawie dała tylko na TSH. Komentując,że nawet za darmo będzie. Wyniki wyszły słabe. Poszłam prywatnie do endokrynologa. Pani dr zwróciła uwagę na badania żelaza i ferrytyny i tu jej mogę podziękować, bo zauważyła anemię i dała leki. Jednak przez poł roku zażywania żelaza nie powiedziała nic o lekach osłonowych więc od paru miesięcy mam w gratisie przewlekłe zapalenie żołądka. Dodatkowo postawiła błędną diagnozę na temat mojej choroby tarczycy i powiedziała,że mogę mieć celiakię więc dr nakazała „proszę sobie odstawić na kilka miesięcy nabiał i gluten” i brac suplementy. Powiedziała,że tego nie ma co badać. 10 miesięcy żyłam w przekonaniu,że choruje na chorobę Hashimoto i mam celiakię. Diagnozę postawiła tylko po podwyższonym nieco wyniku przeciwciał tarczycowych co jest błędem. TSH miałam w normie, a usg tarczycy uznała za nie potrzebne do wykonania przez pół roku. Pani dr na znanym lekarzu same cudne opinie.
    W tym miesiącu zrobiłam wszystkie badania, bo już się wkurzyłam – badania tarczycowe, gastroskopię, usg tarczycy i brzucha. Żeby wykluczyć celiakię, boreliozę, choroby tarczycy. Wszystko wyszło w normie. Wyniki tarczycowe również. Nowa pani endokrynolog u której byłam ostatnio powiedziała,że nie mam nic z tarczycą i ,że któryś wynik z laboratorium jest błędny, bo przeciwciała nie mogą spać nagle z 200 do 30. Nie mam też celiaki. Za to zbadała mnie całą mi zwróciła uwagę na serce – tachykardia 120. Od kilku miesięcy słyszę od lekarzy,że serce bije mi za szybko, ale skierowanie do kardiologa nie dostałam.

    3) Kolejne to nierozpoznanie zapalenia nerwu trojdzielnego przez 3 neurologów. Dopiero jak trafiłam na izbę przyjęć w wakacje to nagle to potwierdzili. Chcieli mi pomóc, a zaszkodzili. Dali toksyczny antybiotyk, który w USA ma już trupią czaszkę na opakowaniu. Co spowodowało zakażenie całego układu pokarmowego, w sumie ponad 2 tygodnie leżałam w szpitalu. Tam oczywiście usg brzucha nie zrobili, a jak zapytałam o gastroskopię lekarz powiedział,że jak mnie to uspokoi to żebym sobie zrobiła sama. Na nerw trójdzielny dawali mi ketonal dożylnie inaczej nie pomogli.

    Dopiero trafiłam na na neurologa który specjalizuje się również w medycynie bólu i zajmuje się akupunkturą. Leczy mnie od kilku miesięcy. Dzięki niemu już mnie tak strasznie nie boli. Zaczęło mi wracać czucie na twarzy. Jest właśnie tym lekarzem z powołania i z pasją w tym co robi. Cały czas analizuje przypadek. Tutaj mogę serdecznie polecić dr Kmieciaka z Shenmedu w Łodzi 🙂

    • Straszne… wnioskując z Twoich historii trzeba być lekarzem i mieć ogromną wiedzę medyczną, żeby nie dać się oszukać, innego drogi chyba nie ma, bo co „specjalista” to lepszy.
      Życzę zdrówka 🙂

    • Ola

      przeciwciała najpewniej spadły Ci właśnie ze względu na dietę bezglutenową i bezmleczną – sprawdz grupy na fb np. Choroba Hashimoto – przyczyny, autoimmunologia, dieta, bloga Tłuste życie itp.

      • Adriana

        Czytałam ich fora i strony. Właśnie dzięki nim zaczęłam się zastanawiać nad diagnozą poprzedniej lekarki i czy wogóle mam jakiś problem z tarczycą. Stosowałam tylko dietę bezmleczną (2 miesiące), bo w bezglutenowej miałam problem z ogarnięciem co jeść, żeby jeszcze bardziej nie schudnąć.

    • O rany, brak mi słów 🙁 współczuję bardzo i mam nadzieję, że wyczerpałaś już limit pecha do lekarzy i błędnego diagnozowania i teraz będzie już tylko lepiej…

      • Adriana

        Dziękuje 🙂 Też mam taką nadzieję, że już może być tylko lepiej 🙂

  • ala

    Mam nerwicę lękową i psycholog wysłała mnie do neurologa, żeby sprawdzić czy pod tym względem jest wszystko ok. Od zawsze chodziłam do lekarzy prywatnie. Nawet rodzinny lekarz przyjeżdżał do mnie do domu jak byłam chora, bo mama nie chciała, żebym męczyła się na poczekalni. to samo dentysta, dermatolog, ginekolog. No dosłownie wszędzie prywatnie. Do tego neurolog poszłam na fundusz, bo po tylu latach chodzenia prywatnie i wydania tyle kasy stwierdziłyśmy z mamą, że raczej nic od strony neurologicznej mi nie jest i możemy poczekać. Czekałam 5 miesięcy na wizytę. zarejestrowałam się do stolicy mojego województwa, bo sądziłam, że tam są pewnie lepsi lekarze niż w moim małym mieście. Jak powiedziałam z jaką sprawą przyszłam. lekarka powiedziała mi ‚ale chyba pani lekarzy pomyliła, to nie do neurologa, ale do psychiatry powinna pani iść, po co pani przyszła’. Jak jej odpowiedziałam, że mój psycholog mnie wysłał i powiedział tylko tyle, żeby sprawdzić czy pod względem neurologicznym wszystko jest ok, to ona to samo, że do psychiatry powinnam iść. później z wielkiej łaski powiedziała, no jak już pani tutaj przyszła to pania zbadam. jej badanie polegało na tym, że dwa razy po ręce młotkiem mnie stuknęła i kazała się położyć i podniosła jedną i drugą nogę. na internecie czytałam, że raczej inaczej powinno to wyglądać. do tego podczas ‚badania’ wyskakuje do mnie z pytanie ‚ma chłopaka?’ nie odpowiedziałam jej na to,bo wkurzyła mnie tym, że mój problem bagatelizuje ,a interesuje się czy jestem w związku czy nie, jak to nie ma ogóle znaczenia. nie dała za wygraną i znowu tym razem wydarła się ‚ma chłopaka?’ to jej odpowiedziałam, ale miałam ochotę ją zadusić. po tym co w ogóle mówiła to było widać, że ona tak naprawdę nie wie co to jest nerwicą lękowa i jaki to jest wielki stres dla takiej osoby. odkąd zachorowałam na nerwicę to niestety nie jestem w stanie odpyskować i powiedzieć, a jakie ma znaczenie czy mam chłopaka czy nie ? ale zanim zachorowałam na tą paskudną chorobę to zawsze odpowiadałam i nie siedziałam cicho.

  • My LittleRedThink

    Zdeterminowałaś mnie. Nie tylko do tego, żeby pamiętać o swoich prawach jak idę do lekarza, ale także w innych sytuacjach. Aktualnie mamy z narzeczonym problem na nowym mieszkaniu ze skrzynką na prąd i tak już monter do nas idzie dwa tygodnie, a my nie wiemy (bo nie można sprawdzić ani nawet na ślepo doładować konta) czy mogą nam prąd wyłączyć czy też nie. Oczywiście nikt jednej informacji nie udzieli 🙂

  • Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet ten sam lekarz państwowo może być totalnym gburem, a gdy pójdzie się do niego prywatnie – do rany przyłóż. Mnie trochę ratuje fakt, że jakąś tam podstawową wiedzę medyczną mam, do tego lekarz w rodzinie też robi swoje, więc łatwiej jest odsiać specjalistów od siedmiu boleści od prawdziwych profesjonalistów. Do tej pory wychodziłam z założenia, że jeśli ma się poważny problem, to trzeba iść do lekarza prywatnie – państwowo można się nie doczekać albo zostać potraktowanym „na odwal”. Jednak czytając komentarze pod tym postem, chyba jednak i tą zasadę muszę zrewidować….
    Co do skarg – mogę się mylić, bo sama nigdy ich nie pisałam – ale wydaje mi się, że raczej powszechne jest bronienie lekarzy przez przełożonych, a pacjent traktowany jest jako wariat, który się nie potrzebnie awanturuje. W takim przypadku skarga nic nie da, tylko zmarnuje nam nerwy. Jeśli jednak skutkuje, to pochwalam jak najbardziej!

    • Trudno powiedzieć czy skutkuje, dlatego namawiam aby nie milczeć… Zawsze to inny kaliber kiedy takich skarg wpłynie więcej. Jeden przełożony pewnie będzie bronił pracownika, inny może mu np. obciąć premię. Warto próbować walczyć o swoje i o lepsze traktowanie 🙂

  • Rozwala mnie NFZ :)) rozwala! Połamałam się w wypadku samochodowym, po leczeniu szpitalnym nie dostałam żadnego skierowania na rehabilitację, pytałam, prosiłam „musi pani sama ćwiczyć” :P. Oczywiście zgadzam się z tym, ale potrzebuję opieki rehabilitanta. Poszłam więc do ortopedy w rodzinnym mieście, dał mi skierowanie na krioterapię i magnetocośtam. Spoko, fajnie tyle…że ta rehabilitacja trwa 15 minut dziennie i raczej wspomaga zdrowienie, a ja potrzebuję intensywnych ćwiczeń 😀 no to poszłam sobie prywatnie, bo co innego?

    • m

      A co złamałaś? Jeśli nogę, to być może przysługuje Ci rehabilitacja środowiskowa.

  • W.

    Popieram w pełni założenie skarżenia się! Niestety albo stety czasami wystarcza zapytanie o imię i nazwisko przełożonego, dyrektora placówki i zmienia się nastawienie a czasami te skargi są ‚odbębniane’ przez praktykantów (niestety) schematyczną odpowiedzią i osoby, których dotyczy nawet o nich się nie dowiadują (niestety historia prawdziwa). Mnie razi w służbie zdrowia jeszcze jedna rzecz jeżeli chodzi o formalności – problemy stwarzane przy skorzystaniu z swoich praw czyli dostępu do kartoteki, chęci skserowania, przeniesienia jej do innego lekarza oraz przy zmianie lekarza.

    • O tak, mnie też to strasznie wkurza. W niektórych miejscach wydać dokumentów nie chcą, a za kserowanie każą płacić.

  • jedyne co mogę napisać to to, że mój kontakt z służbą zdrowia ograniczył się do obowiązkowych szczepień i zakładania gipsu na złamaną rękę, także zbyt wiele (na szczęście) do powiedzenia nie mam 🙂

  • Podoba mi sie ostatni akapit 😉

    Masz rację, można trafić na dobrego lekarza. Z moich ostatnich doświadczeń wynika, że można trafić na lekarza buraka, a kilka dni później (na tym samym oddziale) na lekarza anioła (niemal dosłownie). Jaka między nimi różnica?
    Pierwszy pastwi się nad Tobą, bo chcesz znać informację na temat umierającej, najbliższej ci osoby, drugi udziela ci rzeczowych informacji, jednocześnie mówiąc jakie kwestie i gdzie nalezy dopełnić…

    Nie każdy z nas codziennie traci bliskiego w rodzinie, więc nie wiemy co, gdzie i jak załatwić. Nie każdy z nas jest lekarzem więc pewne sytuacje dla mnie są oznaką, że nastapiła pozytywna zmiana, a dla lekarza jest to informacja, że jest bardzo źle…Jednak aby to wiedzieć potrzebna jest informacja od lekarza.

    Nikomu nie jest potrzebne by usłyszeć, że nadzieja na to, że bliska osoba przeżyje to głupota, bo w tym stanie to oczywiste, że nie przeżyje, a poza tym i tak za długo już żyje…A jakby tego było mało, po tym wszystkim lekarz wylał swoje gorzkie żale…

    Też wszystko rozumiem, zmęczenie, frustracje, te same pytania od rodzin pacjentów, te same nadzieje i oczekiwania, w pewnym sensie powtarzalność pracy, wypalenie zawodowe…Jak masz z tym problem, szukaj rozwiązania, przede wszystkim pamiętaj, że masz nie szkodzić (nie tylko pacjentom ale i ich rodzinom).
    Nic jednak nie usprawiedliwia ataku, bezczelności i stwierdzenia, że bliska mi osoba, powinna umrzeć. Absolutnie nic.

    I chętnie złożyłabym na niego skargę, bo uważam Agnieszko, że w tym co piszesz jest dużo racji (dyrektor każdej placówki musi mieć dowody, sygnały by podjąc działania jak ich nie dajemy, dyrekcja czesto nawet nie wie, że coś jest nie tak), a nawet nie wiem jak ten lekarz się nazywał…nie przedstawił się, a przyznam szczerze, że po jego ataku mnie zatkało i zajęłam się uspokajaniem członków rodziny…

  • Zawsze jestem za tym, żeby zgłaszać, raportować i mówić głośno, bo tupanie nóżką na niewiele się zdaje. Właśnie jestem w trakcie pisania reklamacji na pracownika bardzo dużego banku. Niekompetencja kosztowała mnie masę czasu i nerwów i choć już wszystko jest jak należy, nie odpuszczę.

  • Dobrze, że poruszasz ten temat. Mi też zdarzyło się odpuścić w takiej sytuacji. Dermatolog nieodpowiedzialnie przepisywała mi tabletki, antybiotyki nie robiąc mi żadnych badań, tak po jednym spojrzeniu. Świetna była też lekarka, która miała przygotowaną listę kosmetyków od jednej firmy i tylko zaznaczała na niej krzyżykiem, które masz kupić. Wyrzuciłam tę „receptę” do kosza. Dzięki temu, co napisałaś będę interweniować następnym razem. 😉

    • Właśnie przez te współprace z firmami farmaceutycznymi nie mam zaufania do wielu lekarzy 🙁

  • Jak ja dobrze znam temat problemów z lekarzami… U mnie najbardziej widoczne to było w ich naprawdę kiepskich kompetencjach (starsi lekarze okazali się w tych przypadkach jeszcze mniej ogarnięci) – pierwszy raz gdy obeszłam chyba z 6 „specjalistów” by wybadać czemu wciąż męczy mnie katar, drugi raz gdy w 2011 zachorowałam na Zespół Przewlekłego Zmęczenia (wtedy był kosmos niesamowity!). W obu przypadkach nie potrafili mi pomóc – na NFZ, prywatnie, we Wrocławiu, w Warszawie – wiem że może jestem dość trudnym przypadkiem ale nie trafiłam na lekarza który chociażby chciał się zaangażować w leczenie, zawsze czułam się jak na taśmie – next, next a mój przypadek zbywali bo był dla nich zbyt uciążliwy. W końcu sama musiałam się przeszkolić, spędzić tysiące godzin na poszukiwaniu metod leczenia i odpowiedzi – przyznaję, to zaprocentowało ale czy tak to powinno być? Czy „nowe” (ale jak widać po skuteczności metod leczenia, które znalazłam wcale nie tak trudne do podleczenia/wyleczenia) choroby sprawiają, że trzeba zaakceptować fakt, że od służby zdrowia nie uzyskamy kompletnie nic? (w moim przypadku nic oprócz wybłagania recepty na lek który mi niesamowicie pomaga a który sama sobie znalazłam). To jest bardzo przykre, choć ma też jeden plus – odpowiedzialność za swoje zdrowie mam w swoich rękach. Co do traktowania – cóż, zwalanie na psychikę, podejście „Pani udaje że coś Pani dolega, proszę się wziąć za życie” też dobrze znam i choć bezpośredniego chamstwa nie doświadczyłam też miałam kilka ciekawych rozmówek z lekarzami. Podsumowując, ani prywatna ani tym bardziej państwowa służba zdrowia nie wygląda dobrze, z wielu powodów. Kompetencji nie zwiększymy, ale na traktowanie mamy wpływ i walczmy o to, bo to traktowanie lekarzy jak bogów czas wreszcie przełamać.

  • Mnie ostatnio rozbawia diagnoza lekarza wydana na podstawie jednego wyniku badania, bez żadnego wywiadu etc. W dodatku prywatnie, także konowały są wszędzie. Swoją drogą trafiłam chyba na raptem kilku dobrych lekarzy, więc jest to lekko dobijające…

  • Anna Maria W.

    No właśnie. Pamiętam, że opisałam moją „przygodę” ze służbą zdrowia w komentarzu na Twoim blogu (chyba zaraz po tym jak go odkryłam). Opisałam też wizytę u pewnej pani „dermatolog” na forum internetowym – nie podając nawet jej nazwiska (którego dziś już nie pamiętam). I na tych opisach w dwóch miejscach w internecie się skończyło… Właśnie przypomniała mi się w dodatku sytuacja, która bez dwóch zdań wymagała zgłoszenia, ale wtedy zupełnie nie miałam na to siły. Miałam bardzo ciężki okres po rozstaniu z chłopakiem (byliśmy razem od końca liceum, w sumie 8 lat) i postanowiłam poszukać pomocy psychiatry – pierwszy raz w życiu. Weszłam zapłakana do gabinetu. Pani „doktor” praktycznie mnie wyśmiała, powiedziała, że zachowuję się jak małe dziecko i że kiedy na mnie patrzy widzi osobę, która wychowała się w domu dziecka (nigdy nie byłam w domu dziecka). Kazała opowiadać o rodzinie, a kiedy to zrobiłam skrytykowała moich rodziców tak, że poczułam się strasznie. Przepisała leki, które mi później pomogły (już po zmianie lekarza), ale wychodząc z gabinetu wiedziałam, że moja noga więcej tam nie postanie. Takie pierwsze spotkanie z psychiatrą mogło się przecież skończyć dla kogoś tragicznie. Szukałam pomocy, a spotkałam się z falą krytki i to nie tylko mojej osoby, ale też moich bliskich. Koszmar.

  • Udało Ci się później trafić na jakiegoś bardziej kompetentnego neurologa?

  • Teresa

    Wiem co czujesz. Nigdy nie zapomnę sytuacji, gdzie jako mała dziewczynka byłam u laryngologa, który nieprawidłowo wykonał mi zabieg. Niby nic strasznego się nie stało, ale wspomnienie krwi (której nie powinno być), nieprzyjemne zachowanie lekarza na długi czas zostawiły u mnie traumę przed wizytami u doktorów. Zawsze nawet jeśli miałam iść na zwykłą kontrolę chowałam się w domu, żebym tylko nie musiała wyjść. Myślę, że takie działania należy zgłaszać.
    Ale z drugiej strony, spotkałam w życiu wielu lekarzy z powołaniem, którzy pomagali nawet jeżeli to nie do końca była ich specjalność i czas ich pracy. Dlatego apeluję nie tylko piszmy jeżeli ktoś zajdzie nam za skórę. Myślę, że warto czasem napisać do przełożonego: „Gratuluję tak oddanego i życzliwego ludziom pracownika”. Możliwe, że taką wiadomością poprawimy komuś dzień albo podarujemy podwyżkę/docenienie ze strony pracodawcy? 😉

    • Masz rację, bardzo słuszna uwaga!

    • Dominika W.

      Ja niestety spotkałam się z sytuacją kiedy wychwalana przez pacjentów lekarka została z tego powodu zwolniona. Kierowniczka mojego byłego ośrodka zdrowia zwolniła jedyną lekarkę, która faktycznie chciała leczyć ludzi- generowała za duże koszty. Po tym incydencie zmieniłam przychodnię :/ Ale tak ogólnie zgadzam się z Tobą, to mam nadzieje był odrębny przypadek 🙂

  • Bardzo popieram takie podejście. Jeśli ktoś nie wypełnia należycie swoich obowiązków, należy reagować. Nie rozumiem, czemu większość ludzi woli podkulić ogon i nie zareagować w ogóle. Zwłaszcza, jeśli sytuacja się powtarza. Denerwuje mnie taki brak asertywności, choć sama czasem też niestety mogę go sobie zarzucić.

  • Ale JESZCZE lepsza?

  • Patrycja

    Szkoda, że nikt nie wspomina o pielęgniarkach, które często są bardziej kompetentne niż lekarz.
    Nikt nie napisze dobrego słowa o nich, a tak naprawdę to dzięki nim opieka w szpitalu jest dobra. Mówię o opiece, nie o leczeniu (od tego odpowiedzialny jest lekarz). Zawsze wszyscy narzekają na lekarzy tworząc negatywny obraz służby zdrowia. A służba zdrowia to nie tylko lekarze.

  • Ola

    Jestem młodym lekarzem, jeszcze w czasie studiów obserwowałam wielu starszych kolegów, którzy traktowali pacjentów jak zło konieczne. Brałam udział w wielu stażach zagranicznych, gdzie przekonałam się, że można jednak inaczej. Niestety teraz widzę coraz więcej znajomych, którzy przejmują złe nawyki i zaczynają wizytę od „usiądzie, rozbierze się” bez podnoszenia głowy znad komputera, nie mówiąc już o dzien dobry. Widzę też niestety wielu pacjentów, którzy przychodzą z gotowymi żądaniami o konkretny lek, o zwolnienie, o skierowanie. Bez dzien dobry i poproszę. Dlatego proszę was… Traktujcie lekarzy jak specjalistów w swoim fachu i spróbujcie im zaufać, czasami wiemy lepiej niż wy i wujek Google 😉 A z drugiej strony – zwracajcie uwagę, żądajcie. Proponuje tez zmianę tytułu posta – NIE JESTEŚMY SŁUŻBA, JESTEŚMY OPŁACANI, ŻEBY POMAGAĆ PACJENTOM – JESTESMY CZĘSCIĄ SYSTEMU OPIEKI ZDROWOTNEJ. Niestety niektórzy lekarze zapominają, ze są opłacani przez swoich pacjentów, za pośrednictwem podatków. I gdyby nie pacjenci – nie mieliby pracy.

  • Magda

    Bardzo dobrze zrobiłaś, gdy powiedziałaś, że nie wyjdziesz dopóki nie dostaniesz skierowania 🙂 W takiej sytuacji też dobrze działa poproszenie, żeby odmowa wydania skierowania była na piśmie, czyli w Twojej sytuacji „proszę mi w takim razie napisać, że na trądzik poleca pani solarium i dać pod tym pani pieczątkę i podpis” 😉 A co do diagnostyki endokrynologicznej to polecam szpital bielański, leżałam tam kilka dni (chyba 3) i zrobili mi hurtem wszystkie potrzebne badania, personel też ok.