Miesiąc dla zdrowia #3 – o otaczaniu się właściwymi ludźmi

Dzisiaj nieco zmienimy temat, bo chciałabym aby w tym cyklu obok postów o zdrowym stylu życia pojawiały się też wpisy na temat dobrego samopoczucia psychicznego i szczęścia. Wszystko to też ma duży wpływ na nasze zdrowie. I szczerze mówiąc ten post siedzi w szkicach mojego WordPressa od dobrych kilku miesięcy… Myślę, że to odpowiedni moment aby go dokończyć i opublikować.

MIESIĄC DLA ZDROWIA#3Jak już wspominałam w przeglądzie roku 2015, w ubiegłym roku zrobiłam trochę życiowych porządków, m.in. ograniczyłam pewne relacje. Dodatkowo fala nienawiści, która w ciągu ostatnich kilku miesięcy zalewała mojego Facebooka, pomogła mi zrobić porządki w mediach społecznościowych. Mówiąc wprost – wywaliłam ze znajomych wszystkich ludzi, którzy szerzyli rasistowskie, pełne nienawiści treści. Zastanowiłam się nad swoją przeszłością, przeanalizowałam jaki wpływ na nią mieli otaczający mnie ludzie… I powiedziałam „dość”. Nie będę tolerować w swoim otoczeniu osób, które nie wpływają na mnie pozytywnie. Kiedy byłam dzieckiem, nie miałam wpływu na otaczających mnie ludzi… Ale teraz to ja decyduję z kim współpracuję, z kim się przyjaźnię i z kim utrzymuję jakikolwiek kontakt. I muszę przyznać, że po tych zeszłorocznych porządkach o wiele przyjemniej korzysta mi się z prywatnego Facebooka, lepiej współpracuje z aktualnymi podwykonawcami i ogólnie… Jest lepiej. 

Opowiem Wam historię, która zobrazuje to, jaki wpływ na nasze życie mają otaczający nas ludzie. Ostrzegam tylko, że to będzie osobista historia i że opisując ją tutaj miałam okazję poczuć się znowu jak na fotelu u psychologa… Tak tak, to tam kiedyś ten temat wypłynął i była to dla mnie jedna z najtrudniejszych sesji podczas całej terapii. No ale do rzeczy, zacznijmy od tego, że bardzo źle wspominam szkołę podstawową. Szczerze mówiąc to najgorsze lata mojego życia. Nigdy nie byłam przebojowa, raczej wręcz przeciwnie… W podstawówce miałam jedną przyjaciółkę, z którą dobrze się czułam i w zasadzie nie potrzebowałam do szczęścia nikogo więcej. Zresztą i tak innym z jakiegoś powodu przeszkadzałam. Oczywiście nie wszystkim, tylko „grupie trzymającej władzę”. Byłam za spokojna, za cicha, za niska, za biedna…? Do dziś nie wiem co właściwie było ze mną nie tak. Uczyłam się wtedy bardzo dobrze, ale wśród moich klasowych hejterek też były prymuski, więc chyba nie o to chodziło. W 3 klasie zaliczyłam krótką, tzn. półroczną przeprowadzkę na drugą stronę Wisły i wtedy doznałam szoku. Spodziewałam się totalnej masakry jako „nowa” w klasie, a tymczasem… Nigdzie, w żadnym środowisku nigdy w życiu nie zostałam tak dobrze przyjęta jak tam. Teraz po latach mam swoją teorię dlaczego tak się stało, mogło to wynikać z tego, że w tamtym południowo-praskim, nieco biedniejszym wówczas środowisku nie było „gwiazd”, które prowokowałyby takie sytuacje… A może po prostu miałam szczęście i trafiłam na dobrych ludzi, tzn. dobre, dobrze wychowane dzieci. Niestety po pół roku wróciłam na stare śmieci i wtedy zaczął się koszmar. Byłam gnębiona za to, że śmiałam wrócić (jakby to wtedy zależało od 9-latki, LOL). Nie chcę sobie nawet przypominać epitetów jakie leciały pod moim adresem… Nie trwało to długo bo „koleżanki” po jakimś czasie znalazły sobie inną ofiarę… Ale można powiedzieć, że i ja wpadłam z deszczu pod rynnę. Przeszłam do drugiej szkoły gdzie były starsze klasy i tam trafiłam na „koleżanki” mojego starszego brata. Ten prowadził wówczas bujne życie towarzyskie, zdaje się, że złamał kilka damskich serc i oczywiście na kim to się odbiło? Na początku nie miałam pojęcia o co chodzi, dlaczego obce dziewczyny podstawiają mi nogi, popychają mnie, wyzywają… Nie sposób mi się nie rozkleić teraz jak o tym wszystkim piszę, bo ilość nienawiści jakiej wtedy doświadczyłam spowodowała ranę, którą zdaje się właśnie odświeżam. Nigdy nie zapomnę sytuacji kiedy szłam sobie przez osiedle z przyjaciółką i nagle uświadomiłyśmy sobie, że biegnie za nami jakaś grupa dziewczyn. Zatrzymały nas, zaczęły mnie popychać, wyzywać, drzeć się na całe osiedle. Znałam je z widzenia, chodziły do równoległej klasy, nigdy z żadną z nich nie rozmawiałam… Ale kumplowały się z jakąś znajomą mojego brata. Czułam się wtedy jakby ktoś publicznie wylał na mnie wiadro pomyj, opluł i bardzo dotkliwie pobił, choć znacznie więcej w tym było agresji słownej. Bałam się potem chodzić po osiedlu, przemykałam jakimiś bocznymi uliczkami. Czułam się stłamszona i zastraszona. Nie powiedziałam o tym nikomu, bo po pierwsze było mi wstyd. Wstydziłam się tej sytuacji jakbym to ja zrobiła coś złego. Poza tym oczywiście bałam się, że jak ktoś zareaguje, to będzie jeszcze gorzej. Dziś wydaje mi się, że zryło mi to wtedy psychikę, stałam się bardziej konfliktowa, sama szukałam w swoim otoczeniu słabszych, aby zapomnieć o tym, jak zostałam potraktowana. Potwornie zraziłam się wtedy do kobiet. Choć chłopcy nie byli wcale lepsi, poza kilkoma wyjątkami, którzy byli świetnymi kumplami, niektórzy wyzywali mnie od krasnali, inni od pryszczatych ryjów… Jak pewnie się domyślacie – miało to ogromny wpływ na moje poczucie własnej wartości i powodowało problemy z samoakceptacją.

I przyszło liceum. Zupełnie nowa rzeczywistość, do której oczywiście początkowo podeszłam nieufnie. Szybko jednak okazało się, że w moim otoczeniu jest kilka naprawdę wspaniałych osób. Życzliwych, nie patrzących na stan konta moich rodziców, pomocnych. Liceum dla odmiany wspominam wspaniale. To tam poznałam mojego partnera i najlepszą przyjaciółkę. Tam nabrałam pewności siebie i przede wszystkim odzyskałam wiarę w siebie jako wartościową osobę, która niczym nie zasłużyła sobie na traktowanie, którego doświadczała w podstawówce. Myślę, że gdyby nie ludzie na których trafiłam w liceum, dziś byłabym zupełnie innym człowiekiem… Zakompleksionym, sfrustrowanym… Bardzo niepewnym siebie i źle nastawionym do świata. Czy tego chcemy czy nie – otaczający nas ludzie w jakiś sposób nasz kształtują. 

Wtedy w szkole nie miałam wpływu na to jakimi ludźmi się otaczałam. W jednej klasie miałam szczęście trafić na świetnych ludzi, w innej traktowano mnie jak człowieka gorszej kategorii. Dzieci potrafią być niesamowicie okrutne i z tego co obserwuję w mediach (głównie społecznościowych) – niestety jest tak do dziś. Okres szkolny rządzi się swoimi prawami, ale w dorosłym życiu mamy do czynienia z tymi samymi schematami. Może nie ma już wyzwisk i gnębienia innych, ale wciąż w naszym otoczeniu pojawiają się osoby, które mają destrukcyjny wpływ na nasze życie i samopoczucie. Nie możemy pozwalać, aby ktoś się na nas wyżywał, dowartościowywał się naszym kosztem lub aby blokował nasz rozwój. Nasze życie będzie dobre tylko wtedy, jeśli będziemy otaczać się ludźmi, którzy nas akceptują i wspierają.

I cóż… Podsumowując – gorąco zachęcam do życiowych porządków w relacjach międzyludzkich. A może już takie porządki zrobiliście? Czujecie różnicę? 

Kategorie: Zdrowy duch

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.

  • To ja dosyć niechętnie wspominam gimnazjum, bo niestety trafiłam na tą instytucję. Co prawda ja nie pozwoliłam z siebie zrobić kozła ofiarnego, ale połowa mojej klasy to były osoby z mojej klasy z podstawówki. Wyglądały żałośnie, gdy próbowały się lansować przed nowymi kolegami i koleżankami i zmieniały w „super fajne osoby”. Widziałam też osoby gnębione i to jest straszne. Mój mąż też w sumie o gimnazjum nie wyraża się pochlebnie i uważa, że to tylko sztuczne kreowanie pseudo-dorosłości. A co do otaczania się właściwymi osobami, też zaczęłam to robić. I już nawet przestało mi być niektórych żal, bo wiem, że te osoby na mnie wpływały negatywnie. A tego nie potrzebuję ani trochę.

  • Magdalena

    Prawdę mówiąc zrobiłam taki porządek na początku technikum z czego wynikło, że zostałam sama. I fakt, że jestem sama nie przygnębił mnie tak jak samo to jakimi fałszywymi, dwulicowymi i negatywnymi ludźmi się otaczałam i zadawałam jednocześnie i to tylko przez tak krótki czas jak jeden rok szkolny. Ja na szczęście jestem z tych ludzi niewidzialnych nie wyśmiewają, nie gnębią, czasem coś zagadają apropo szkoły i tyle, jednak u mnie są takie ‚kozły ofiarne’ tak było, jest i będzie… niestety. Uważam, że każdy musi znaleźć w sobie jakąś siłę, bo bycie stłamszonym przez otaczających nas ludzi powoduje na serio wiele tragedii, a jak my tej siły nie znajdziemy to kto za nas to niby uczyni? Nikt.

  • Nie mam ze szkoły takich strasznych wspomnień. Jednak to prawda, że dzieci potrafią być okrutne, nie raz potrafią zepchnąć kogoś na dalszy plan tylko dlatego, że nie ma modnych ubrań, butów, czy iPhona (po co dziecku iPhon?). Niewiele z nich zrozumie, że rodzice nie mogą sobie pozwolić na takie wydatki.

    Na nasze samopoczucie mają wpływ też osoby, które wysysają z nas dobrą energię. Mam taką koleżankę, z którą dojeżdżam na studia. Chyba nigdy nie spotkałam człowieka tak niezadowolonego ze swojego życia, który wiecznie narzeka, któremu nic nie pasuje itp. Samo słuchanie takiego lamentu męczy mnie, nie mam potem na nic siły. Koleżanka obecnie jest za granicą, ale lada chwila wróci i już zastanawiam się, jak ograniczyć nasze kontakty.

    • Zaczynając od środkowego akapitu – zdecydowanie masz rację, takie osoby wysysają energię i sprawiają, że momentalnie człowiekowi się odechciewa. Takie relacje też dobre ograniczyć, więc życzę powodzenia z koleżanką ;).

      Co do slow joggingu to bardzo się cieszę, koniecznie spróbuj 🙂 i podeślij link do bloga jak już go dopieścisz i opublikujesz.

      I jeszcze co do tego iPhone’a – teraz to w szkole dopiero muszą być kiepskie czasy… Mam wrażenie, że jest jeszcze gorzej niż „za moich czasów”

    • Teresa

      Miałam identyczną sytuację z osobą na studiach, wiecznie było coś nie tak. Ale tam też dochodziła zazdrość o wszystko, że mi się chce, że mam chłopaka, że pojechałam gdzieś itp itd. A przy okazji nierobienie niczego żeby w swoim życiu coś zmienić. Nawet nie pamiętam jak to wyszło, ale zaczęłam ograniczać kontakty z tą osobą, aż po jakimś czasie nie rozmawiamy już praktycznie w ogóle. Nie pokłóciłyśmy się ani nic, po prostu kontakt się urwał mimo że nadal razem studiujemy.

      Myślę, że nie trzeba się z kimś trzymać tylko dlatego, że kiedyś się dobrze razem czuliśmy. Oczywiście nie można zawsze odrzucać znajomych tylko dlatego, że coś nam w nich nie pasuje. O niektórych warto walczyć, a niektórych po prostu trzeba odpuścić. Nic na siłę 😉

      Życzę Ci, żebyś się odcięła od koleżanki. Od razu poczujesz się lepiej, odzyskasz energię. A i powodzenia z blogiem!

      • Dziękuję bardzo za dobre słowa 🙂 mam nadzieję, że po jej powrocie zdobędę się na odwagę i ograniczę te kontakty do minimum. A może koleżanka mnie zaskoczy jakąś zmianą po pobycie wśród wiecznie uśmiechniętych i zadowolonych Hiszpanów 🙂

  • Usunięcie ze swojego otoczenia negatywnie wpływających na mnie ludzi to jeden z moich celów na ten rok, bo dopiero niedawno przekonałam się, jak bardzo toksyczne i jadowite potrafią być najbliższe osoby…
    Czytając Twoją historię z podstawówki miałam wrażenie, że momentami piszesz o mnie. Czułam się podobnie. Miałam jedną „psiapsiółę”, z którą razem byłyśmy ofiarami „GTW”… Uśmiechali się dopiero, kiedy trzeba było zrobić coś w grupie (bo robiłam wszystko za innych) i kiedy nie mieli pracy domowej (zawsze dawałam spisywać). Strasznie naiwna byłam, bo myślałam, że wtedy mnie zaczną lubić… Nie zaczęli. Do tej pory kiedy widzę tych ludzi (na szczęście niezbyt często), otwiera mi się nóż w kieszeni, na ich szczęście tylko przysłowiowy. Może dlatego nie lubię dzieci?
    W gimnazjum było podobnie, choć z mniejszym nasileniem, za to w liceum odżyłam dzięki zupełnie nowym ludziom i innemu nastawieniu. A studia to już zupełnie inna bajka, zmiana o 180 stopni 😉

  • Agnieszka brawo za odwagę. Tekst osobisty, ale mimo wszystko bardzo go wygładziłaś. Tylko między wierszami można dostrzec, że okrucieństwo i przeżycia musiały być znacznie bardziej bolesne niż mówią to same słowa. Fakt powiedzenia o terapii również o tym świadczy. Chciałam Ci tylko powiedzieć, że mimo iż znamy się osobiście niesamowicie powierzchownie to uwielbiam Twoją spójność i to, że tworzysz wartość w internecie, która ma znaczenie. Sama też pięknymi wartościami się kierujesz. 🙂 Co do porządków w życiu…Zrobiłam je jakieś 3 lata temu. Niewiele osób zostało, aż czasem przykro, że nie ma w moim życiu takiej super grupki osób, bardzo zgranych, które razem wypadają za miasto itd. Mimo wszystko jednak Ci, którzy pozostali to zawsze osoby na które mogę liczyć, których towarzystwo mnie cieszy i rozwija. 🙂

    • Dziękuję za miłe słowa 🙂 co do skromnej grupki znajomych – mam to samo. Ale teraz wolę już stawiać na jakość, a nie na ilość 🙂

  • Ja również najgorzej wspominam okres podstawówki i przedszkola… masakra.. Na szczęście dorosłam:)

  • Aga

    Musisz być bardzo wrażliwą osobą, skoro takie wydarzenia aż tak na Ciebie wpłynęły – nie, to nie jest kolejny hejt. Po prostu wydaje mi się że wielu z nas miało takie problemy w podstawówce, dzieci jak już napisałaś są okrutne i to się nie zmienia. Czasem (albo bardzo często) zdarza się że to osoby z dobrych rodzin, po których byśmy się tego nie spodziewali tak źle się zachowują w stosunku do drugiego człowieka.

    • Masz rację, jestem bardzo wrażliwą osobą i bardzo nie lubię tej swojej cechy. U mnie w podstawówce od „hejterów” oberwało tylko kilka osób na ok. 30 w klasie, dlatego nie czułam wtedy, że jestem w szerszym gronie, raczej czułam się naprawdę wyalienowana. Oczywiście nie jestem jedynym takim przypadkiem i wiele osób spotykają nawet gorsze rzeczy (tym bardziej w dzisiejszych czasach kiedy dzieci i młodzież mają dostęp do internetu). I masz rację, bardzo często zachowują się tak osoby z dobrych domów… Zastanawiam się z czego to wynika…

    • Anna Maria W.

      „Po prostu wydaje mi się że wielu z nas miało takie problemy w
      podstawówce, dzieci jak już napisałaś są okrutne i to się nie zmienia.” – Jasne, że wielu (jeśli nie wszystkim) zdarzyło się pewnie, że ktoś im powiedział coś niemiłego/ obrzucił wyzwiskiem/ schował dla żartu plecak/zagroził „solówką” po szkole. Raz, dwa, kilka, czy nawet kilkanaście razy. Ale to nie to samo co długotrwałe (kilkuletnie) nękanie dzień w dzień, naprawdę. Przecież cała klasa nie może być kozłem ofiarnym, a piszesz tak, jakby to był chleb powszedni dla każdego. W dodatku podstawówkowi prześladowcy najczęściej skupiają swoją uwagę właśnie na tych najbardziej wrażliwych osobnikach.

      • makate

        Też mi się wydaje że to co przeszła Agnieszka nie towarzyszy jednak „prawie wszystkim”.
        Bardzo Ci współczuję, Agnieszka, i mam nadzieję, że takie odważne powiedzenie o tym i podzielenie się twoją historią będzie dla ciebie jakoś pomocne, a także da wsparcie komuś kto może też coś takiego przeżywa/przeżywał.

  • Bardzo przykre wspomnienia i współczuję że przez to przeszłaś. Znamy się tyle lat, a nie miałam pojęcia że za Tobą takie szkolne piekło. Ale jak sama mówisz, to bardzo osobiste wspomnienia. Czytając myślałam o tym jak wielkie miałam w życiu szczęście do ludzi i o tym, że mam ogromną nadzieję że moje dziecko będzie miało podobne. Wiem że spotkają ją w życiu różne sytuacje, ale płakać mi się chce na myśl, że ktoś mógłby ją traktować w ten sposób 🙁

    • Ja ten okres trochę wyparłam z pamięci, o tym w ogóle nie ma sensu mówić i tak naprawdę dopiero rok temu podczas terapii sobie o tym wszystkim przypomniałam. Podejrzewam, że nawet Wojtek i Ola nie znają tej podstawówkowej historii :). Co do dziecka… Mam nadzieję, że Twoich dzieci to nie spotka, ale pamiętaj że nawet jeśli tak, to to też ma jakiś wpływ na kształtowanie charakteru. Chociażby na zasadzie „co nas nie zabije to nas wzmocni”. A równowaga musi być i jeśli w naszym życiu pojawiają się źli ludzie, to dla równowagi potem trafiamy też na wspaniałych 🙂 ja od czasów liceum mam dużo szczęścia do ludzi.

      • Masz rację… zresztą może na razie to dla mnie trudne bo jest taka malutka i bezbronna. Ale potem pewnie też będę wszystko przeżywać, taki już los 😉

  • Anna Maria W.

    Bardzo się cieszę, że poruszasz (i będziesz poruszać) też kwestię psychiki, bo o ile z tą fizyczną stroną jak odżywianie, czy ruch nie mam większych problemów, to z samopoczuciem psychicznym bywa bardzo źle i myślę, że duży wpływ na to jak się teraz czuję miały właśnie doświadczenia z podstawówki, którą tak jak Ty, wspominam jako najgorszy okres w moim życiu… Ani razu nie doświadczyłam żadnych cielesnych ataków, ale przez kilka lat byłam gnębiona psychicznie przez jedną osobę – moją najlepszą przyjaciółkę, która stosowała straszne manewry i próbowała zrazić do mnie wszystkich. W szkole i na podwórku. Do tej pory nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam. Bałam się wychodzić z domu, kiedy już musiałam, chodziłam bocznymi drogami, czułam się – dokładnie tak jak piszesz: stłamszona i zastraszona. Czułam się gorsza. Często chorowałam na samą myśl, że muszę iść do szkoły i autentycznie dostawałam gorączki. To poczucie bycia gorszym towarzyszy mi do dziś, choć nie jest już tak intensywne. Ale bardzo utrudnia życie.

    • Anna Maria W.

      Teraz nie mieści mi się w głowie, jak mogłam jej na to pozwalać, ale z perspektywy dziecka wszystko wygląda inaczej, zwłaszcza cichego, spokojnego dziecka.

      • Masz rację, z perspektywy dziecka wygląda to inaczej, w dorosłym życiu pewnie szybciej podjęłabyś jakieś kroki mające na celu usunięcie tej osoby ze swojego życia.

  • Zrobiłam, choć to dość bliska rodzina (ale gdyby nie wybór życiowego partnera, nawet bym ich nie znała). Jest o niebo lepiej. Zaczęło się od świąt spędzonych kameralnie u siebie – z dziećmi, mężem, tatą, bratem, potem nie poszłam na obiadek i nie chcę tam wracać… Boję się, że wróci ta pogarda do moich wyborów zawodowych, etc. Bez tej pogardy mogę swobodnie budować swoje poczucie własnej wartości i oddycham lekko 🙂

  • Ania Zając

    Cudowny wpis – dziękuję zę się podzieliłaś bo sama mam takie wspomnienia i z podstawówki i liceum. Ale też już z perspektywy widzę że jakbym miała bardziej wspierających rodziców to byłoby mi 100 razy łatwiej sobie z tym poradzić. Na szczeście ten temat też już mam rozwiązany i czasem tylko żałuję że tak późno 🙁 ale lepiej późno niż wcale 🙂

    • Dokładnie, lepiej późno niż wcale, dobrze, że to już za Tobą 🙂

  • Edyta moj-kawalek-podlogi.pl

    Ja chyba miałam to szczęście, że u mnie podstawówka i gimnazjum to była ta sama klasa. Zdążyliśmy zżyć się przez 9 lat i nie odbywały się takie koszmary.
    Strasznie to przykre, bo niedawno rozmawiałam z kolegą obcokrajowcem i byłam święcie przekonana, że takie rzeczy nie mają miejsca w Polsce. Chociaż może to kwestia miasta?
    Przepraszam za generalizację, ale nawet jako osoba dorosła mam niezbyt dobre skojarzenia z Warszawiakami. Nie poznałam ich co prawda zbyt wielu, ale wszyscy kreowali się na osoby lepsze, mieli zakodowane poczucie wyższości chociażby dlatego, że żyją w stolicy. I z tego powodu traktują innych jak ludzi gorszego gatunku. Dla mnie jest to niezrozumiałe, mimo, że sama nie pochodzę z małego miasta.

    • To jest generalizacja i to olbrzymia 😉 w tym samym poście piszę o wielu wspaniałych osobach, które spotkałam na swojej drodze i oni też byli Warszawiakami 😉 to kwestia charakteru a nie miasta. Bez przesady, co niby takiego jest w Warszawie, że jej mieszkańcy mają uważać się za lepszych z powodu mieszkania tutaj. Miasto jak każde inne.

      • Edyta moj-kawalek-podlogi.pl

        Oczywiście, że tam pewnie też (jak zresztą w każdym mieście, czy wsi) można spotkać świetnych ludzi. Mówię tylko jakie są moje doświadczenia z osobami, które spotkałam na swojej dotychczasowej drodze.
        Odkrywając blogosferę widzę, że jest bardzo dużo osób z Warszawy i wydają się być bardzo fajnymi ludźmi! Mam nadzieję, że w swoim życiu spotkam też osoby, które pozwolą mi zmienić zdanie 🙂

  • Przykro mi, że takie okropne przeżycia miałaś w tak młodym wieku. Musiało bardzo zaważyć to na twoim dalszym życiu. Brak mi słów na takie zachowania dzieci. Wydaje mi się, że takie dzieci przejawiają to, co dzieje się u nich w domu i w jaki sposób są wychowywane, bo trudno mi pojąć aby dziecko mogło być z natury złe, podłe i okrutne.
    Kiedyś przeczytałam, że stajemi się tacy jak 5 osób, z którymi najczęsciej przebywamy. I coś w tym jest, dlatego warto dobierać znajomych mądrze.

    • Ciekawa ta teoria z 5 osobami, ale faktycznie coś w tym może być…

  • Czas okres edukacji wspominam jako koszmar. Właśnie znęcanie się nade mną, wyśmiewanie, obgadywanie, dobrze, że choć nikt mnie nie bił. Najgorsze jest to, że nie tylko ja, ale i moim rodzice, wiedzą dlaczego tak było i nikt mi nie pomógł. Boli, ale było minęło. Z podwórka czasów obecnych, w minionym roku zerwałam 2 znajomości. Jednej dawałam się chyba z 2, a może i 3 razy przeprosić. W końcu nie wytrzymałam ciągłego przypisywania mi, że jestem ta najgorsza. Druga znajomość skończyła BLOGOWIGILIA, a w zasadzie moje głupie zaufanie, że mam z kim jechać. Zaczęłam się też, niestety, zastanawiać czy osoba, która nazywam przyjaciółką, nią nadal jest. W tym wypadku, ze względu na długość tej znajomości i jej burzliwe przeprawy nie zakończę od, tak. Wierzę, że to się odbuduje, a będzie nawet jeszcze lepiej.

  • Nemesis Nave

    Bardzo Ci współczuję, ale równocześnie cieszę się, że trafiłaś na tak fajnych ludzi i – jakby nie patrzeć sama sobie z tym poradziłaś! Sama nie miałam takich przeżyć, co najwyżej w gimnazjum zrobiłam się bardzo wycofana, ale wyszło mi to na plus. Do liceum szłam nastawiona na dużą zmianę i dzięki temu nabyłam śmiałości. Pozornie niekorzystne doświadczenia mogą wpływać na człowieka pozytywnie – choćby kształtując siłę charakteru (oczywiście mam na myśli przeciętne zdarzenia, a nie traumy).

  • Olka M

    O ile podstawówkę wspominam bardzo dobrze, bo jeszcze miałam jakąś pewność siebie, która przydała mi się też trochę w gimnazjum o tyle, LO było dla mnie okropne, nigdzie i chyba nigdy nie czułam się tak samotna jak tam, kompletnie nie umiałam się odnaleźć, a radzenie sobie z nauką wręcz pogarszało moją sytuację, zamiast czuć się pewniej czułam się jak kujon, choć nigdy nim nie byłam. Obecnie jestem na etapie, gdzie porządkuję całe swoje życie i próbuje uporządkować też relacje… ale okazuje się, że w moim otoczeniu zostaje tylko garstka ludzi, którą mogę zliczyć na palcach jednej ręki… i wtedy sobie myślę, że to może ze mną jest bardziej nie tak niż z wszystkimi dookoła.

  • Takie porządki zrobiłam jakieś dwa lata temu. Wiązało się to z mnóstwem trudnych decyzji, jednak i tak było to o niebo lepsze od rozczarowań, jakie miałam regularnie przez ludzi, którzy byli totalnymi wysysaczami energii. Z perspektywy czasu nie wiem jak mogłam tak długo tkwić w relacjach, które sprawiały, że stawałam się wiecznie niezadowolonym, narzekającym i widzącym same przeszkody człowiekiem. Dwa lata temu niemal zupełnie zmieniłam moje otoczenie. Ludzie z którymi teraz przebywam działają na mnie motywująco, są pozytywni, mają w sobie radość życia. To całkowita odmiana, która niesamowicie wpłynęła na moje zachowanie. A starzy znajomi? Rzadko z nimi rozmawiam, bo nie pozbyli się nawyku wiecznego narzekania…

  • zogrodemnaty

    Akurat jestem w trakcie porządkowania. Ale takiego większego. Bo porządkuję nie tylko ludzi w swoim otoczeniu, ale także swoją całą „zawodową” otoczkę. Nazbierało się tego wszystkiego przez ostatnie lata i poczułem, że zaczyna mnie to uwierać… Więc rozpoczynam zmiany. Serdecznie pozdrawiam. Tomek

  • Zerwałam kontakt z przyjaciółką, która była dla mnie toksyczna. Potem miałam jeszcze jedną, tak samo toksyczną przyjaciółkę. Wiem, powielałam schematy. Albo byłam tą brzydszą, na której inne się wybijały (też wolę mieć kumpli nić kumpele….)Zerwałam kontakt z nią, gdy na dniach miałam urodzić córeczkę. nie chciałam, by mnie wykorzystywała i źle na mnie wpływała. Nie miałam z nią kontaktu półtora roku. Wróciła do mnie, jakby oczyszczona, zmieniona, przy nadziei 🙂 Życie zmienia ludzi niesamowicie. Wiem, że sama musi się teraz starać, by nie schrzanić naszych relacji.

  • Agnieszko, łatwo jest mi wyobrazić sobie historię, którą opowiadasz, ponieważ ja również przeprowadzałam się z rodzicami i to często – 3x w szkole podstawowej i 2x w liceum. Za każdym razem zmiana szkoły, za każdy razem, choć otwarta na zmiany, drżałam jak zostanę przyjęta, jak odnajdę się w nowym środowisku, czy wydarzy się coś co zapisze się w mojej psychice na lata. W zasadzie za każdym razem wszystko szło gładko (może z małymi wyjątkami, ale to ze strony nauczycieli, a nie rówieśników), więc tym bardziej przykre i niezrozumiałe dla mnie jest to co Ciebie spotkało.
    Jeśli chodzi o Twoją myśl co do otaczania się właściwymi ludźmi to dla mnie jest to kluczowa sprawa, ponieważ często nasze samopoczucie i to co robimy, jakie decyzje podejmujemy opiera się w jakimś stopniu o oczekiwania innych. Często czujemy się zagubieni, szukamy równowagi chcąc zachować własne wartości i jednocześnie przypodobać się lub być zaakceptowanym przez otoczenie, a to jest trudne dopóty dopóki nie zrozumiemy, że nasz los w naszych rękach i nie powinien być zależny od kogokolwiek innego. Zawsze twierdziłam, że miałam szczęście do ludzi, którzy budowali moją wiarę we własne możliwości, wspierali mnie i akceptowali taką jaka jestem. Nigdy nie spotkałam się też z większymi przejawami zawiści, ale w ostatnim czasie zauważyłam, że z niektórymi zaczyna dziać się coś niedobrego. Przyjmowałam na klatę różne postawy, słowa, zachowania, których nie rozumiałam tłumacząc sobie, że to zapewne ich stres, może kłopoty w pracy czy domu. Aż wreszcie ktoś uświadomił mi, że mam do czynienia, chyba po raz pierwszy w życiu, z bardzo toksycznymi ludźmi. Uśmiechnięci, pomocni, życzliwi z pozoru, a jednak nie w porządku wobec mnie. Ocknęłam się w porę, bo dzisiaj nie wyobrażam sobie, że mogliby oni w jakikolwiek sposób mieć wpływ na moje życie, a tym bardziej mnie ukształtować. Chociaż z drugiej strony w pewnym sensie to się stało, ponieważ otworzyli mi oczy na nowe sytuacje i spowodowali, że moje plecy nieco się wzmocniły. Od tej pory wiem, że powinniśmy bardzo starannie weryfikować swoje znajomości, być otwartym, ale niezaślepionym, dobrodusznym, ale nie naiwnym, wrażliwym, ale nie uległym.
    Najważniejsze, ze potrafimy wyciągać ze swych doświadczeń i życiowych lekcji wnioski i dzisiaj możemy cieszyć się swoim życiem, które sami tworzymy nie oglądając się na innych.

  • Dziękuję za ten wpis. Mam kilka refleksji, pozwolę sobie je uporządkować. Po pierwsze, mogłabym opowiedzieć podobną historię, może mniej straszną, ale paralelną. Więc brawa dla Ciebie za odwagę w podzieleniu się tym. To może komuś naprawdę pomóc.

    Po drugie, już od dłuższego czasu odkrywam i wcielam w życie, że najlepiej mi wśród ludzi, którzy podzielają podobną do mnie wizję świata i podobne wartości. Oczywiście, są chlubne wyjątki, ale zazwyczaj próby dogadania się z kimś z innej bajki są męczące i frustrujące. Nie chodzi tu o totalną zgodność w poglądach czy stylach życia, raczej o takie nieuchwytne „czucie się dobrze razem” i zdolność funkcjonowania mimo różnic. Zresztą, każda relacja jest inna, nie ma sztywnych zasad.

    Po trzecie, co do nieszczęsnego fejsa. Stoję na stanowisku (a może się mylę?), że z wielu powodów wypada nam czasem dodać kogoś do znajomych albo nie usuwać. Wtedy po prostu korzystam w funkcji ograniczeń prywatności dla własnych postów lub ewentualnie ukrywam cudze. Wilk syty i owca cała.

  • nieobiektywniej

    Przeczytałam wczoraj wieczorem ten wpis i nie potrafiłam go od razu skomentować, bo mnie tak poruszył. Patrząc na Ciebie teraz, dziarską i pogodną dziewczynę, trudno uwierzyć, że jako dziecko mogłaś mieć takie problemy. Ale i ja nie wyglądam na taką osobę.

    Z podstawówki pamiętam potworny lęk i hałas. Chodziłam do przeludnionej szkoły (celowo – władze miały chorą ambicję oszczędzić i pokazać, że można upchnąć dwa razy więcej dzieci niż normy budynku przewidują). Co za tym szło – tłumy dzieciaków tratujących się na schodach, wrzask, popychanie. Jako dziecko z bloku pamiętam ostrą hierarchię podwórkową – starsze dzieci zabierały nam piłkę, sanki, wydzielały swoje strefy, do których nie mieliśmy wstępu. Do dziś, gdy przechodzę obok tej szkoły czy podwórka, ściska mnie w żołądku.

    Także się przeprowadzałam i zmieniłam szkołę. W nowej klasie bito mnie („chrzest nowej”) na oczach nauczyciela, który nic z tym nie robił, dopóki mój tata nie zrobił z tym porządku. Potem nauczyłam się sama bronić, zawsze najmniejsza w klasie, biłam jak chłopak. Na nowym podwórku grupka dzieciaków uwzięła się na mnie, było rzucanie kamieniami, wyzwiska. Nieraz, jak Ty, wracałam do domu ze szkoły okrężną drogą.

    Gdy o tym wszystkim czytam i piszę, zastanawiam się, skąd się biorą te okrutne dzieci? Skąd w ogóle w dzieciach tyle bezinteresownego okrucieństwa, agresji? Miałam problem ze zrozumieniem tego, bo zostałam wychowana w życzliwości dla świata, tolerancji, wrażliwości. Z czasem opancerzyłam się i nauczyłam bić, kląć, a w liceum także ukrywać prawdziwe światopoglądy (niepopularne czyli wyśmiewane przez rówieśników).

    Nikt mi nigdy nie wmówi, że dzieci są bezbronne i niewinne, jak chce się pokazywać w filmach i reklamach. Dzieci są okrutne, bezmyślne i agresywne. Do dziś odczuwam strach przechodząc koło grupek małolatów, tak głęboko tkwią we mnie wydarzenia z dzieciństwa. Dziękuję, że napisałaś o swoich i sprawiłaś, że nie czuję się sama. Ściskam mocno 🙂

    • Najgorsze dla mnie w tym wszystkim jest to, że naprawdę nie potrafię zrozumieć skąd w tych dzieciach tyle złych emocji i okrucieństwa… Jestem w stanie to pojąć jeśli dzieje się to w patologicznych rodzinach, ale nie wiem jak mówią Twoje doświadczenia, ale u mnie to były w dużej mierze osoby z tzw. dobrych domów, dobrze uczące się, dobrze ubrane, ewidentnie zadbane.
      Gdybym kiedyś miała dziecko i dotarłaby dla mnie informacja, że ono w ten sposób się zachowuje, uznałabym to za swoją największą życiową porażkę…

      • Olka M

        hmm, tak sobie myślę, a co to są te „dobre domy” często właśnie w nich zdarzają się największe tragedie, o których nikt nie chce mówić, bo każdy udaje, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest… szkoła na pewno mocno kształtuje charakter, jednak najpierw wychodzi się z domu… więc zazwyczaj tam coś nie gra…tylko większość osób robi dobrą minę do złej gry…

        • nieobiektywniej

          Dobra uwaga,

      • nieobiektywniej

        U mnie tak samo, zachowanie nie miało nic wspólnego ze statusem materialnym ani wykształceniem rodziców. Owszem, zdarzało się, że jeden chuligan był dzieckiem samotnej matki, która nie miała czasu go wychowywać, bo stale pracowała, ale to wyjątek.

        Straszne też jest okrucieństwo dziewczyn, nieraz gorsze niż chłopaków.
        Może to kwestia tego, co dziecko obserwuje w domu? Nie wiem, jakie relacje panowały w tych rodzinach. Może dziecko widziało, jak tata odnosi się do mamy i do słabszych, co pochwala, co krytykuje. Generalnie życzliwe dzieci są potomstwem życzliwych otwartych rodziców.

        Wiele osób dorosłych marzy, by wrócić do magicznej krainy dzieciństwa. Ja, owszem, mam wiele miłych wspomnień, ale tej przemocy słownej, fizycznej, wyśmiewania, walki o swoją pozycję w grupie mam serdecznie dosyć…

  • Robiłam takie porządki i uważam, że to jedna z lepszych rzeczy jakie dla siebie zrobiłam.
    Podziwiam Cię za odwagę w opowiadaniu o swoich trudnych doświadczeniach. Nie przeżyłam niczego tak strasznego jak Ty, ale jako nieśmiała i dobra uczennica często byłam obiektem złośliwości. Na szczęście nie wpłynęło to na mnie jakoś szczególnie, może tylko nabrałam dystansu wobec rówieśników i chętniej przyjaźniłam się ze starszymi osobami.

  • nieobiektywniej

    A co do porządków w znajomych. Odczuwam poczucie winy, kończąc lub rozluźniając znajomość z toksycznym znajomym, myślę sobie wtedy, że może ta osoba mnie potrzebuje, a ja zachowuję się egoistycznie, powodowana swoją wygodą. Ale z drugiej strony – zauważyłam, że te osoby rzadko same z siebie się potem odzywają, czyli niczego im nie ubyło 🙂

    Bardzo dobrym momentem do takiego remanentu stała się zmiana sytuacji życiowej (ślub). Zaczęłam się zastanawiac, kogo chciałabym zobaczyć na tej uroczystości, ale tak naprawdę, nie dlatego że wypada. Potem wraz ze zmianą nazwiska postanowiłam założyć nowe konto na fb, w ten sposób naturalnie mogłam przyjąć niektórych znajomych, a innych po prostu nie dodawać (bo usuwanie ze znajomych jest trudne). Ograniczyłam się do małej grupki znajomych, z którymi chętnie dzielę się przemyśleniami. I to był dobry ruch 🙂

  • Dzieci potrafią być okrutne, to prawda.. Ale gdzieś niestety się tego uczą.. Przykro mi, że miałaś tak straszne doświadczenia, ja cały okres szkoły wspominam doskonale, zresztą nigdy nie doświadczyłam tak ekstremalnych przeżyć. Ale masz rację, dorosłość ma tą zaletę, że możemy wybierać w ludziach, którzy są „warci” naszego czasu. Trzymaj się! 🙂

  • Masz rację, dzieci potrafią być bardzo okrutne…już w przedszkolu. Mechanizmy, które opisałaś także dotyczą przedszkolaków i czasami przedszkolaki różnicują grono znajomych poprze zasobność portfela rodziców…Nadmierna konsumpcja i wyśzość posiadania nad byciem, niestety dzieciaków nie omija. Nie ma się co dziwić, z kogoś czerpią przecież przykład (zresztą to bardzo szeroki temat bo dotyczy postawy roziców i dalszej rodziny, ogladanych bajek, gier w jakie dzieci grają, zabaw w jakie sie bawia-a niektórę sa bardzo agresywne i wielu innych).

    Jestem takiego samego zdania jak Ty (prywatnie i jako psycholog czy trener)-toksyczne relacje jeśli nie da sie ich „naparwić” należy się od nich odciąć. Czsami działa to uzdrawiająco, a czasami ta druga strona pomimo odcięcia i argumentów nie zrozumie takiego postępowania. Nie dla wszystkich jednak rozpoznanie takich relacji jest proste. Skąd wiedzieć, że relacja (partnerska, rodzinna, przyjacielska) jest toksyczna? Możesz przeczytać o tym tutaj: http://psychetee.pl/post/129023749252/toksyczne-relacje-jak-je-rozpozna%C4%87

    I na koniec dla wszystkich którzy boja sie tego rozwiązania-nie jest to rozwiązanie na pierwszy ogień, najpierw należy szukać innych rozwiązań. Jesli jednak one nie skutkują, nie widzisz zmiany zastanów się nad odcięciem toksycznych relacji.
    Pamiętaj, że lęk, nigdy nie jest dobrym doraddcą. Lek nie chroni, tylko pogrąża i hamuje rozwój…

  • Bardzo ważne, żeby zadawać się tylko z ludźmi, którzy inspirująco na nas wpływają 🙂 Ja na szczęście z bezpośrednim hejtem w moją stronę nie miałam nigdy do czynienia 🙂

  • W.

    Podziwiam i jednocześnie gratuluję dzielności w podzieleniu się tą osobistą historią. Dla mnie najbardziej przykre jest właśnie to, że dzieci nie zdają sobie sprawy z rozmiaru krzywdy jaki mogą wyrządzić. W zasadzie dorośli hejterzy też nie… Dla mnie, może nie traumatycznym, ale przykrym wspomnieniem jest ciąg zachowań niektórych nauczycieli w gimnazjum. Chodziłam do wiejskiej szkoły, do tzw. słabszej klasy, a podzieleni byliśmy regionami i w moim regionie mieszkało wiele osób, które nie miały żadnych ambicji jeśli chodzi o edukację, wiec równo olewały naukę. W klasie było 5 chłopców, którzy nie uczyli się, wagarowali, rozwalali lekcje. Ja naprawdę małym nakładem pracy byłam prymuską, najlepsza w klasie w większości przedmiotów, nawet gdy improwizowałam nie mając zadania. Zwykle siedziałam z koleżanką – jedną również prymuską, albo z drugą – słabszą w nauce, której pomagałyśmy podciągać oceny. Z tymi kolegami miałyśmy dobre relacje, dokuczali nam w granicach normy (choć z perspektywy czasu ich zachowania uznaję za mocno seksistowskie). Nauczyciele, zwłaszcza jedna z nauczycielek, miały taki zwyczaj – jeżeli któryś z nich nie miał zadania, albo pracując w grupach rozwalał tą grupę, albo po prostu rozwalał lekcję – za karę szedł do nas do ławki. Bez znaczenia czy siedziałyśmy pierwszej czy ostatniej ławce. I o ile wtedy to po prostu akceptowałyśmy widząc w tym sens ‚uspokojenia ich’, o tyle po czasie do mnie dotarło, że to nie było fair. Bo dlaczego ja miałam być czyjąś karą tylko dlatego, że zachowywałam się lepiej niż ta osoba? A jak to do mnie dotarło to zbyt często sobie o tym przypominałam i po fakcie bardzo mnie to irytuje. W zasadzie nie mając wpływu na to kto wtedy mnie otaczał wiele też z tego wyciągnęłam, m.in. to, żeby nie skazywać innych na siebie w ten sposób. A co do otaczania się właściwymi ludźmi – po wielu wydarzeniach chyba nareszcie taka grupa się ukształtowała, ale kosztowało mnie to sporo nerwów w ‚rozstawaniu się’ z relacji z wampirami energetycznymi. Osobami, które tak mnie absorbowały swoimi negatywnymi emocjami, że u siebie nie umiałam własnych, innych niż negatywne przeżywać.

  • Karolina Jachimowicz

    Chyba właśnie czas na takie porządki…

  • Ja również miałam problemy w podstawówce. Miałam kilka przyjaciółek, ale ogólnie jako pulchne dziecko byłam wyśmiewana. Później stało się coś, co kompletnie załamało mój świat. Okazało się, że osoby, które uważałam za swoje przyjaciółki założyły klub przeciwko mnie. Opowiadały sobie to, z czego im się zwierzałam i nabijały się z tego. To był nóż w plecy. Czułam się wtedy bardzo samotna. Myślę jednak, że to wydarzenie mnie wzmocniło. Dzisiaj gdy o tym piszę nie chce mi się płakać. Może to i nawet dobrze, może dzięki temu jestem teraz silniejsza. 😉

  • Ja powoli od początku tamtego roku takie porządki powoli robię, sukcesywnie i efekty są na prawdę świetne. Czuję się lepiej bo otaczam się ludźmi, którzy nie wprawiają mnie w zły nastrój.
    Świetnie, że poruszyłaś ten temat. Może inni zrobię taki krok jak my i zastanowią się nad takimi „porządkami”, które wyjdą im na pewno na zdrowie 🙂

  • sztywniareczka sztywniareczka

    Polecam w tym temacie szwedzki film „Zjazd Absolwentów”

    (Återträffen). Widziałam go właśnie w kinie i jakoś mimowolnie wróciłam myślami do tego wpisu…