Hygge – hit czy kit?

Jakiś czas temu media zostały opanowane przez pewne duńskie słówko, jakim jest „hygge”. Nie ma ono polskiego odpowiednika, ale mówiąc w skrócie oznacza to miłe spędzanie czasu, w przyjemnej atmosferze, z przyjaciółmi, rodziną, na przykład przy dobrym jedzeniu, ciepłej herbacie, świetle świec itp. Na polskim rynku niemal jednocześnie pojawiły się książki z „hygge” w tytule, zagadnieniem tym zainteresowały się też media… I zaczęło się. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że nawet wokół czegoś tak fajnego i pozytywnego jak hygge zaraz narodzą się jakieś kontrowersje i narzekania. No bo w czym komuś może przeszkadzać hygge? A no z różnych artykułów i przede wszystkim komentarzy na blogach dowiemy się, że hygge to tylko kolejna zagraniczna moda, że to chwyt marketingowy, coś wymyślonego na potrzeby robienia pieniędzy, że Polacy mają kompleksy i czują potrzebę czerpania z innych kultur, itd. 

hygge

Faktycznie hygge stało się modne. Sama na początku poleciłam Wam książkę „Hygge, duńska sztuka szczęścia”, bo bardzo mi się ona spodobała, a potem zorientowałam się, że to jest już wszędzie. Wszyscy o tym piszą, wszyscy hyggują… Stało się to nawet odrobinę męczące, więc postanowiłam nie dorzucać do tego swojej cegiełki i zamilkłam w temacie hygge. Później jednak zauważyłam, że hygge zaczyna budzić też negatywne emocje i być mocno krytykowane. Zaskoczyło mnie to, więc postanowiłam się do tego odnieść. 

Zacznijmy od tego, co ja zaliczam do „hygge momentów”. Kilka przykładów:

  • weekendowy spacer z Wojtkiem i Luną, z termosem pełnym ciepłej herbaty, w wygodnym ubraniu, najczęściej bez makijażu, podczas którego liczy się tylko to, że fajnie spędzamy razem czas
  • ciepła zupa lub herbata po tym długim spacerze… Po powrocie do domu lub przy okazji wizyty u mamy. 
  • wieczorny czas na kanapie z Luną wtuloną we mnie i z książką lub ulubionymi kanałami na YouTube
  • wieczór z planszówkami

Jak to wszystko określić jednym, polskim słowem? Relaks? Celebracja codzienności? Czas z bliskimi? Bardzo ogólne. I trochę bez emocji. A – o ile dobrze zrozumiałam – pod słowem „hygge” kryją się już jakieś emocje i są to emocje bardzo pozytywne. Wszak to niby duński sposób na szczęście, na przetrwanie zimnego i ciemnego okresu w roku. A może nawet przetrwanie to złe słowo, bo przecież chodzi o jego celebrację. 

I wiecie co mi się w tej filozofii hygge podoba? Właśnie to, że te zupełnie zwykłe, proste czynności, urastają do rangi czegoś modnego, pożądanego, godnego celebracji i cennego. Ten nurt wiele osób utwierdził w przekonaniu, ze takie spędzanie czasu też jest fajne i wartościowe. Możecie się śmiać, ale niektórzy takiego potwierdzenia naprawdę potrzebują i skoro przy okazji tej mody je otrzymali i przestaną mieć kompleksy z powodu spędzania czasu w domu pod kocem, zamiast w modnej kawiarni, to super! Nie widzę w tym zjawisku absolutnie nic szkodliwego. Chwyt marketingowy? Napędzanie konsumpcjonizmu? No nie oszukujmy się, albo ktoś jest na takie rzeczy podatny, albo nie. Mnie sympatia do filozofii hygge nie skłoniła do żadnego zakupu, nie czuję potrzeby kupowania nowego koca czy świeczek, bo świec nie lubię, a stary koc jest dostatecznie przytulny. W całej tej modzie na hygge zarzuca się też Polakom, że nie doceniają polskich tradycji, a oglądają się na te zagraniczne i wręcz gloryfikują je. Może będę okrutna, ale… Jakie są polskie tradycje dot. spędzania czasu wolnego z bliskimi? W moim odczuciu wiele z nich krąży wokół alkoholu i siedzenia przy suto zastawionym stole. Przykro mi, wolę to czerpanie inspiracji z zachodu czy też północy. I wreszcie – czy hygge w Danii faktycznie istnieje? Moim zdaniem nie można generalizować. Jeden Duńczyk wpisze się w ten opisywany w książkach „wzór”, inny nie. To tak jak Polacy gdzieniegdzie za granicą są kojarzeni z wódką. Do mnie to skojarzenie totalnie nie pasuje, inny natomiast się ucieszy, że tak dobrze go znają ;). Zresztą powiedzmy sobie szczerze – hygge to nic nadzwyczajnego. Funkcjonuje na pewno w wielu krajach i przez mnóstwo osób jest praktykowane. Różnica polega na tym, że Duńczycy mają na to swoje słowo. A że zrobili z niego swój znak rozpoznawczy i chwyt marketingowy przyciągający turystów i zwracający uwagę na ich kulturę, to… Czy jest w tym coś złego? Anglicy mają swoją herbatkę, Francuzi deskę serów i paryski szyk, a Duńczycy hygge.

Na końcu jeszcze dwa słowa na temat hygge i zdrowego stylu życia. Czy to się kłóci? Moim zdaniem nie, bo po pierwsze dla każdego hygge oznacza coś innego. To nie musi być zaleganie pod kocem na kanapie i objadanie się czekoladkami :). Po drugie takie chwile też są potrzebne dla zdrowia, psychicznego ;). 

Podsumowując – dla mnie hygge to tylko słowo określające coś, co jest mi znane od lat. Podoba mi się, że można to ubrać w to jedno słówko, choć uważam, że mogłoby być prostsze w wymowie ;). Najważniejsze jednak, że filozofia ta ma na celu promowanie radości z małych rzeczy. I nie widzę nic złego w towarzyszącej temu otoczce marketingowej… Nie oszukujmy się, jesteśmy otoczeni marketingiem, ze wszystkich stron! Tylko od nas zależy, czemu ulegniemy i co skłoni nas do konsumpcjonistycznych zachowań, a wobec czego pozostaniemy obojętni. 

Zdaję sobie sprawę, że moje podejście do tego tematu jest dość płytkie. Oceniam różne zjawiska przede wszystkim patrząc na to, czy są dobre czy złe. W filozofii hygge dziury w całym nijak się dopatrzyć nie mogę, więc oceniam ją pozytywnie. Zauważyłam jednak, że temat ten budzi kontrowersje i ciekawa jestem, czy ominą one mojego bloga 🙂 koniecznie dajcie znać, co sądzicie na temat hygge!

Kategorie: Czas wolny, Różne, Szczęście

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.

  • Zaskoczyłaś mnie, nie spodziewałam się, że nawet taka pozytywna idea zostanie krytykowana.. Ale w sumie, co tu się dziwić… Wiecznie narzekający na wszystko ludzie zawsze znajdą powód do krytyki innych ludzi, pomysłów i idei. Krytykują wszystko co inne, co pochodzi z innego kraju bo „nie polskie”… Ręce opadają… Zgadzam się z Tobą w 100%. Hygge znam, właśnie kończę książkę, którą dostałam od siostry (która mieszka w Kopenhadze i hygge jest jej znane:)) Cytując moją siostrę: „W hygge chodzi po prostu o to, żeby było przyjemnie” 🙂 No i co w tym złego? Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać… Sama idea hygge bardzo mi się podoba. Tak jak napisałaś, pokazuje ludziom, że nie ma niczego złego w zadowoleniu ze spokojnego życia 🙂 Ja sama tę ideę stosuję, uwielbiam wieczory z dobrym filmem, zapalonymi lampkami lub świeczkami i dobrą herbatą 🙂 Pozdrawiam Cię serdecznie i idę hyggować 😉

  • Gosia Odachowska

    A jak się właściwie to słowo wymawia”

  • Wiesz Agnieszko, dzisiaj napisałaś dwa teksty, które chwyciły mnie za serce. Pierwszy na Instagramie w ramach wyzwania wdzięczności, a drugi to właście ten. Nie czytałam książek o hygge, stykam się z tym pojęciem bardziej na Insta i na blogach, ale też zdziwiło mnie to negatywne podejście i zarzucanie zakłamania czy konsumpcyjności. W Twoim tekście najbardziej ujęło mnie to pytanie „Jakie są polskie tradycje dot. spędzania czasu wolnego z bliskimi?”, bo ostatnio dużo się właśnie nad tym zastanawiałam i totalnie nie mogłam znaleźć odpowiedzi, poza tą wspomnianą przez Ciebie. Dlatego też uważam, że nie ma nic złego w tym, że szukamy inspiracji do doceniania małych rzeczy od innych narodów.

    • Chyba nie ma czegoś takiego jak polskie tradycje dotyczące spędzania czasu. Każda rodzina ma swoje i w mojej posiadówek przy alkoholu też nigdy nie było. Były natomiast spaceru do lasu, u innych to były planszówki czy rodzinne wypady na żagle czy uprawianie innego sportu. Nie ma co generalizować. U Duńczyków pewnie jest tak samo, nie wszyscy całą zimę leżą pod kocem czy karmią znajomych na domówkach.

      BTW hygge jest bardzo spoko, bo zwraca uwagę, że te fajne, proste momenty warto doceniać i przede wszystkim zauważać.

  • ehhh, ludzie to zawsze się muszą do czegoś doczepić! Mi się podoba ta idea! 😉

  • Bardzo lubię ideę hygge i nie ważne czy jest to wymysł marketingowy czy nie, czy jest na to polskie słowo czy nie, podoba mi się to co hygge symbolizuje. Takie celebrowanie codzienności wcale nie jest łatwe w dzisiejszym świecie, a przynosi ogromne korzyści dla duszy i ciała 🙂

  • Zawsze znajdą się tacy co ‚zhejtują’ nawet najfajniejsze idee – dla zasady, albo dlatego że to nie nasze 🙂
    Jednym z lepszych tekstów, który nie zachwyca się hygge (ale też nie hejtuje) jest moim zdaniem ten u Ani Włodarczyk – http://www.strawberriesfrompoland.pl/2016/11/hm-hygge.html

    A też tak myślę, że może to trochę specyfika języka polskiego który jest mocno opisowy i wielu rzeczy nie da się ująć jednym słowem tak jak np. w angielskim.

    Wymawia się rzeczywiście ciężko, sprawdziłam na translatorze 😀 A tłumaczone jest jako przytulność, ciekawe na ile niedoskonałe to tłumaczenie 🙂

  • Właśnie, takie podejście znane jest ludziom od lat, tylko teraz jest nazwane… Tak jak ze „slow life” etc. Wszyscy wiedzą o co chodzi, ale na co dzień o takich „ideach” zapominają i jak komercja się za to weźmie, to nagle ludzie doznają olśnienia:D
    I dobrze, jeśli to ma komuś pomóc, to czemu nie:) A osoby piszące na takie tematy mają głowę na karku, bo mimo „lekkości” tematu, ciężko pracują by książki etc. były dobre, i zasługują na $$$. Tylko się cieszyć, że jest możliwość czerpania korzyści (i niematerialnych i materialnych) z takich tematów:)

  • To chyba taka ludzka, przykra mentalność, że trzeba się czepiać. Nie mówię, że narodowa. Bo są osoby, którym totalnie to nie przeszkadza, że coś przyjdzie z innej kultury, a są też tacy, co już szukają dziury w całym. Zazwyczaj są to ci, którzy wiecznie marudzą, narzekają i nie potrafią się cieszyć życiem, bo trawa u sąsiada za płotem jest bardziej zielona 😉

  • Dla mnie hygge to po prostu nazwanie tego jak lubię spędzać wolny czas, czyli właśnie oglądając coś, czytając książkę czy spotykając się ze znajomymi. Dziwię się, że ktokolwiek przyczepił się do tego. W takim razie do idei slow life, slow fashion czy co tam jeszcze jest też powinno się przyczepić, tak dla zasady 😉 o, i do minimalizmu! Ludzie naprawdę lubią jątrzyć i tracić na to czas zamiast pomyśleć o tym jak fajnie może być bez tego.

  • Nie wiem czemu podejście zdroworozsądkowe, empatyczne i wrażliwe ktokolwiek miałby nazywać płytkim 🙂

  • Kiedy usłyszałam po raz pierwszy czym jest hygge od razu pomyślałam: „nareszcie mam nazwę na mój styl życia” 🙂 W sumie całkowicie się z Tobą zgadzam, a moda nie wyciągnie ode mnie ani złotówki, bo świeczek od dawna mam dużo, koc też 😀 A nawet jakbym zainspirowana szałem medialnym wokół hygge kupiła sobie ciepłe kapcie, to wciąż nie widzę problemu 🙂

  • No tak, nawet tak pozytywne zjawiska potrafimy krytykować 🙂 A co do samego hygge, które jest nieprzetłumaczalne – ktoś nazwał w końcu jednym słowem to, co od lat praktykuję.

  • Mnie z początku zaintrygował ten temat i pewnie bym sięgnęła po jakąś książkę o hygge, ale przeczytałam artykuł, w którym podkreślono właśnie te niezdrowe aspekty (np. że hygge momenty są zakrapiane alkoholem). To co Ty piszesz ma sens 🙂

  • Spotykam się z tą nazwą pierwszy raz ale wg tego co opisujesz to sposób spędzania wolnego czasu jaki jest znany u nas od wieków. Nie rozumiem czemu to miałoby wzbudzać kontrowersje… Widocznie to co nazwane budzi niechęć. Wieczory przy ciepłym piecu z herbatą, kocem i świeczkami to jedne z moich ulubionych wspomnień z dzieciństwa 😉

  • Tomasz

    Książkę o hygge po raz pierwszy zobaczyłem parę tygodni przed ostatnimi Świętami w sieci księgarni. Zastanawiając się nad tym jak można to słowo przetłumaczyć (choć nie można 😉 – więc może przełożyć ;)) przyszło mi samo do głowy słowo „przytulność”. Potem szukając wypowiedzi i artykułów na temat hygge w polskim internecie z pewnym zadowoleniem spostrzegłem, że wiele autorek i autorów blogów i artykułów również dosłownie identycznie je przełożyło. Choć mi osobiście „przytulność” kojarzy się raczej ze spokojnym spędzaniem czasu pomiędzy, przytulnymi właśnie, ścianami mieszkania lub domu, a hygge można przecież praktykować również poza domem, lubię do rzeczy i czynności (lub bezczynności ;)) hygge odnosić właśnie to określenie. A dziś akurat tu gdzie mieszkam nastała prawdziwa zima, gruba pokrywa puszystego śniegu bieli się za oknami, temperatura -10, w sam raz do hyggowania 😉 PS Osobiście uważam, że kawiarnia, nastrojowa, kameralna, też może być hygge, ale myślę, że najlepiej jak każdy przeniknie ogólny nastrój i ładunek tego słowa, a potem dostosuje wdrażanie go w życie na swój indywidualny sposób, zgodnie ze swoimi, w każdym przypadku nieco odmiennymi upodobaniami. Np. dla Ciebie zimowy spacer jest hygge, ale dla kogoś innego już może nie być, kawiarni nie nazwałabyś hygge, z kolei ja już tak itp…:) Pozdrowienia

  • Ja odnalazłam swoje hygge w…akceptacji życia takie jakie jest. A do perfekcji opanowałam to przy moim drugim dziecku, które nie przepada za spaniem i totalnie deharmonizuje nasze dzienne plany 🙂 Dawniej jak coś szło nie po mojej myśli byłam poirytowana. I choć lubię planować i mam długoterminowe plany i marzenia nie mam frustracji z powodu tego, że mój dzieciaczek bardzo opóźnił realizację moich marzeń. Hygge to dla mnie po prostu czas jaki mam, jednego dnia dzieciaki są nieznośne, nie ogarniam życia, drugiego jest spokojnie, fajnie spędzamy czas i wtedy jeszcze bardziej doceniam taki dzień. No i jeszcze docenianie tego co mamy o czym sama ostatnio piszesz. Czasem po ciężkim dniu, takim w stylu „od godziny nie mam kiedy zrobić siku” myślę sobie, że może i ciężko, ale inni marzą o takim dniu, a spędzają czas np w szpitalu.

  • Klaudia

    Ja może poruszę to zagadnienie od nieco innej strony, ale najpierw zaznaczę dwie rzeczy. Po pierwsze, nie czytałam tej pozycji, znam słowo, interpretację i ideę jedynie z blogów/vlogów, ale myślę, że na tyle dobrze to przedstawiacie, że rozumiem sens. Po drugie, zgadzam się w pełni z Twoim postem – nie rozumiem hejtowania dla samego hejtu i kluczowe wydaje mi się pytanie, co zauważyła już Ania Legenza, o tradycje polskie dot. spędzania czasu z rodziną… Oprócz niedzielnego obiadu u rodziców nie przychodzi mi nic do głowy 😉 W Polsce to bardziej tradycje po prostu katolickie (nawet rosołek, o czym oczywiście piszę z przymrużeniem oka).

    Ale chciałam o czymś innym. Z uwagi na wykształcenie ciekawią mnie zagadnienia związane z językiem, semantyką słów i konflikt między badaczami dotyczący teorii czy to jak mówimy wpływa na to, kim jesteśmy? A może jest odwrotnie? Może dobór słów podczas budowania komunikatu daje obraz naszej osobowości oraz światopoglądów mimochodem, nie treścią, a słowami, które używamy? Dla przykładu – ładnie to widać w mediach, które dla jednej sprawy stosują odmienne nazwy; w jednym miejscu przeczytamy „imigrant”, w innym piśmie „uchodźca” i najczęściej ukazuje nam to profil pisma, nawet jeśli sam artykuł będzie zapełniony statystyką. Chociaż polityka i ideologie to zawsze była inna bajka, specyficzne mikrospołeczeństwo, nasiąknięte nacechowanym słownictwem i pewnymi zmianami językowymi.

    Ale idąc tym tropem – każdy kraj ma swój zasób słownictwa. Koniec kropka, to fakt. Wszyscy wiedzą, że u nas jest śnieg, ew. powiemy puszysty, stary, topniejący, jednak są to przymiotniki nie rzeczowniki, a Eskimosi mają o wiele więcej określeń śniegu, których my nie będziemy w stanie nazwać, bo u nas to nie występuje. Podobnie ze słowem „hygge”. Dla mnie jest to problem językowy, chociaż podoba mi się rozumienie tego jako „przytulność”, które ktoś zaproponował. Chodzi jednak o to, że nasza rzeczywistość jest inna niż Eskimosów czy Duńczyków – w wymiarze społecznym i kulturowym, normalnym więc jest, że słownik, który wypracowaliśmy opisuje jedynie to, co znamy. Inna kwestia, że język polski nie jest aż tak bogatym językiem jak może się wydawać – wiele słów, których używamy codziennie są naleciałościami z niemieckiego czy rosyjskiego. Kto wie, może kiedyś i hygge wejdzie do naszego słownika i za 50 lat nikt nie będzie się zastanawiał nad jego definicją czy pochodzeniem (oprócz językoznawców :P).

    Dla niektórych słowa są ważnym elementem wizerunkowym, dla innych pełnią funkcję jedynie użytkową, czyli komunikacyjną. Rozumiem to. Chciałabym tylko zwrócić uwagę i uwrażliwić, że skoro sporo osób wierzy np. w praktykowanie wdzięczności bądź zbawienny wpływ mówienia sobie miłych rzeczy (oczywiście upraszczam) to może coś tym jest, że słowa mają moc? I to dlatego feminiści burzą się, że jest „minister” a nie „ministra” – z obawy, że zamyka nas to w stereotypach niekorzystnych dla kobiet. Niuanse, które potrafią zdeterminować, zmanipulować nieuważnego odbiorcę, ale także otworzyć oczy na wiele aspektów społeczno-kulturowych, jeśli poświęcimy im chwilkę.

    [To się rozpisałam… 😉 ]

  • Agnes Lange

    Dobrze to ujelas…wszystko polega na tym w jaki sposob my do tego podejdziemy osobiscie. Sa osoby co nie potrafia zrozumiec sedna,wykorzystac cos dla siebie nie angazujac sie materialnie w to. To tak jak z szalem na bycie CHIC, pelna klasy, na minimalizm-mozna przeczytac wiele poradnikow i na podstawie tych poradnikow popasc w konsumpcjonizm-nawet przy minimalizmie….Sztuka polega cala jednak na tym,aby wyciagnac z poradnika wnioski i przelozyc pewne ciekawe dla nas rzeczy do naszego zycia wykorzystujac rzeczy czy elementy ktore juz mamy. I dlaczego w Polskiej mentalnosci jest to,ze obce zaraz zle. Jestesmy wszyscy ludzmi,doswiadczajmy tez innych rzeczy z innych krajow-to piekne moc poznawac i uczyc sie czegos dobrego i pozytywnego. Czy to Paryski Chic…Japonski Minimalizm…Dunskie Hygge..lub jak komus odpowiada Koreanska Pielegnacje:) Ale wszystko w granicach normy,nie dajac sie popasc w konsumpcjonizm,a jedynie owe porady przelozyc na wlasny tryb zycia 🙂 Pozdrawiam cieplutko z DE:)

  • Urzeka mnie, że niektóre języki mają jedno słowo na coś, co po polsku trzeba opisać. Mam tak z wanderlust czy reisefieber, ale takich słów jest więcej, czasami pojawiają się o nich teksty. I „hygge” trafia po prostu w sedno, opisuje prostotę codzienności i zachwycanie się życiem. To po prostu takie fajne uczucie, że coś, co przeczuwam, znajduje nazwę. A że inni się zachwycą i zainspirują – tym lepiej.

  • ukulele

    Dzisiaj trzeba kupić książkę, lub zapisać się na kurs żeby „uprawiać” hygge lub mindfulness? Ludzie, przecież to trzeba znaleźć w sobie, a nie poradnikach. Inni mają Was uczyć jak macie żyć i co Wam ma sprawiać przyjemność? Nagle pojawiła się moda na bycie szczęśliwym, dodatkowo ktoś na niej jeszcze zarabia… no ręce opadają.

  • Gdy po raz pierwszy usłyszałam o hygge pomyślałam, że to pojęcie jest mi bardzo dobrze znane. Jedno słówko, które określa wszystko to co robię, gdy jestem w domu i chcę się cieszyć chwilą. Uwielbiam kocyk i ciepłą herbatkę, do tego książkę i zapalone świecie. I co więcej – uwielbiałam tak spędzać czas na długo długo przed poznaniem słowa hygge. Ostatnio w rozmowie z koleżanką wspomniałam, że muszę kupić świeczki, bo mi się kończą. Usłyszałam pełen ironii i kpiny komentarz, że moda na hygge w pełni. No cóż, jeśli ktoś nie lubi miło i przyjemnie, w ładnych okolicznościach, spędzać wolny czas to już nie jest moja wina. Ja robię to od dawna i nie musiałam ulegać żadnej modzie. Dla mnie to po prostu moja mała przyjemność.
    Wydaje mi się, że ci, którzy wypowiadają się o hygge w sposób negatywny, tak naprawdę nie potrafią cieszyć się z małych i prostych rzeczy, a jedyne co robią, to narzekają na swoje życie i codzienność. Takim ludziom się nie dogodzi.

  • Mała_A

    Ciekawe. Nie sądziłam, że można skrytykować coś tak nie szkodliwego jak hygge. To tak jakbyśmy krytykowali własne prawo do odpoczynku. No ale cóż. Jak dla mnie hygge to nic innego jak miłe spędzanie czasu, każdy tak jak lubi najbardziej, raz z książką pod kocem innym razem na wypadzie ze znajomymi w góry. Ciekawy tekst 🙂

  • nieobiektywniej

    Marudy zawsze się znajdą. Nie czytałam tej książki, jedynie artykuł na jej temat i wywiad z autorką. Fakt, że to jest trochę modne nazwanie zwykłych, prostych czynności, podobnie jak slow life czy minimalizm. Ale czemu nie promować pozytywnych trendów, jakkolwiek by się nazywały?

    My chyba mamy takie „hygge” – wielu osobom ciepło kojarzy się rodzinne spędzanie Świąt przy choince, filmach, grach i cieście. A na wiosnę – działkowe grille trwające godzinami. (Nigdy nie rozumiałam tego sposobu spędzania wolnego czasu, bo nie.mieliśmy działki 😉 , ale po paru wizytach u rodziny mojego mężczyzny, spodobało mi się).

    Dobrze, że powstaje przeciwwaga do trendów przyspieszonego korzystania z życia. Nie każdemu pasuje bieganie, crossfit, knajpowanie, latanie dookoła świata, wyzwania i wyciskanie każdej sekundy. W przyspieszonym tempie pracy ma się ochotę właśnie zwolnić i przyciszyć, skoncentrować, „ustatycznić”. Jeśli ma to mieć nazwy, poradniki i filozofię – czemu nie 🙂

  • Żaneta Wojtyna

    Dostałam „Hygge” pod choinkę, choć nazwa nowa i dziwnie brzmiąca z ideą celebrowania małych przyjemności znamy się od lat. Podoba mi się, że Duńczycy postanowili się tym tak szczególnie pochwalić. To pokazuje, że dla nas, wiecznie narzekających Polaków, jest nadzieja. Co ciekawe, mieszkając zagranicą, w słonecznej Barcelonie wiele razy miałam do czynienia z sytuacjami:
    – pijesz wieczorem herbatę? Zwariowałaś?
    – po co Ci ten koc? Jest ciepło
    Jakby znajomi w ogóle nie byli w stanie pojąć relaksującego wpływu ciepłego napoju i otulenia 🙂 Chociaż dla mnie te hygge momenty to nie tylko herbata i koc…To też oglądanie z mamą magazynów wnętrzarskich, spacer z psem i gonitwa za bażantami, a czasami wspólne sprzątanie samochodu. Chyba właśnie wspólnota i poczucie bliskości jest dla mnie w hygge najważniejsze.

  • Nie czytałam książek o hygge, ale faktycznie ostatnio wszędzie je widać. „Wyłazi z każdego kąta”. Czy to oznacza, że je neguję lub twierdzę, że jest to chwyt marketingowy? Nie. Po tym, co przeczytałam u Ciebie, stwierdzam, że lubię ten nurt! Zawsze lubiłam czytać książki z ciepłą herbatą w kubku i z kocykiem. 😉

  • Rzeczywiście ostatnio dośyć dużo się mówi o hygge w negatywnym kontekście i postrzega je jako chwyt marketingowy. Warto dodać, że w Danii są naukowcy, którzy badają hygge już od dłuższego czasu więc nie jest to ani nic nowego, ani żaden chwyt, tylko niektórzy zwyczajnie nie są otwarci na takie działania, podobnie jak na medycynę holistyczną czy holistyczną psychologię, uważność, praktykę wdzięczności, jogi, medytację i wiele innych, które istnieją od setek, a nawet tysięcy lat, są dobrze przebadane i korzystnie wpływają na człowieka.

    Jesli ktoś ma mentalną blokadę, trudno mu na coś co dla niego jest nowe spojrzeć z otwartością i zaciekawieniem, a szkoda.