Idealny dzień vs. rzeczywistość, czyli dlaczego nie robię planu dnia

Często nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jestem najgorzej zorganizowaną osobą w polskiej blogosferze. O ironio, bo nazwa mojego bloga teoretycznie zobowiązuje, aby dobrze zarządzać. Sobą, swoim czasem i wszystkim, czego się podejmuję. A że podejmuję się wielu rzeczy, to powinnam żyć z kalendarzem w ręku, albo jeszcze lepiej planować kreatywnie w jakimś pięknym bullet journal (to nie ironia, naprawdę podziwiam te plannery innych dziewczyn). Ostatnio w jakimś poście wspomniałam, że dobra organizacja jest sprzeczna z moją naturą, a jedna z Was zasugerowała, że warto popracować nad taką mentalną blokadą. Tylko że tu chyba nie chodzi o mentalność, a o styl życia. Każda próba bycia super zorganizowaną kończy się u mnie frustracją, bo życie cały czas mi pokazuje, że mało co zależy ode mnie. Gdybym planowała, każdy mój dzień składałby się z wymyślania planów B, C i cholera wie ilu jeszcze liter alfabetu. 

dzien-z-zycia-freelancera

Ale wiecie co? Dobrze mi z tym. Lubię ten luz i umiejętność dostosowywania się do sytuacji. Czy jest w tym coś złego, czy każdy musi być super zorganizowany, żyć z zegarkiem w ręku i co do minuty planować swój dzień? Czy to świadczy o rozwoju, byciu bardziej zaradnym, o lepszym życiu? Moim zdaniem nie. Każdy z nas ma inny charakter i inny styl życia, u jednych sprawdzi się planowanie, u innych życie na spontanie. Nikt nie jest z tego powodu lepszy ani gorszy. 

A piszę o tym, bo widzę, że – tak jak ja kiedyś – część z Was ma wyrzuty sumienia, kiedy czytacie posty o organizacji u innych blogerek. Podziwiacie, zazdrościcie i żałujecie, że Wy tak nie potraficie. A może to wcale nie jest dobry pomysł, aby w Waszym akurat przypadku usilnie dążyć do tworzenia planu i postępowania zgodnie z nim? Może to staje się źródłem frustracji a nie satysfakcji? 

Ja podziwiam osoby świetnie zorganizowane i mówię to bardzo szczerze. Podziwiam, ale już nie staram się przekładać ich zwyczajów na moje życie, bo to się po prostu nie sprawdza. I tak zupełnie gratis do tego posta, dla chętnych zamieszczam opis mojego przykładowego dnia w dwóch wersjach – idealnej, zaplanowanej i tej realnej. Tak, to mój dzisiejszy dzień. I tak, mało co poszło zgodnie z planem*, ale ostatecznie uważam go za udany i „spełniony”. 

*Plan ten na totalnym luzie ułożyłam sobie w głowie wczoraj przed zaśnięciem i dziś po przebudzeniu.

Poranek

Wstaję najpóźniej o 8. Wskakuję na matę na kilka powitań słońca, zaliczam ssanie oleju, szykuję sobie sałatkę owocową, którą zjadam przy komputerze, odbieram maila ze wszystkimi niezbędnymi do dzisiejszej pracy materiałami… Ok. 9 zaczynam pracę i po kolei odhaczam wszystkie punkty z mojej listy „TO DO”. 

A w rzeczywistości prezentuje się tak… 

Wstaję o 9, jest już za późno na powitania słońca, więc szybko ogarniam ssanie oleju w międzyczasie robiąc sobie sałatkę owocową. Zjadam ją przy komputerze jednocześnie odbierając maile. Jest! Jest mail z długo oczekiwanymi materiałami od klienta, od których jest uzależniona moja praca! Cieszę się, że prawie wszystko idzie zgodnie z planem, otwieram maila i… Okazuje się, że znowu czegoś brakuje, a przesłane pliki video nie działają w moim programie do montażu. Zaczynam więc próby przekonwertowania ich i ogólnie uratowania sytuacji bez angażowania klienta. Walczę z tym dłuższą chwilę, ale muszę się poddać, bo nic nie działa jak należy. W oczekiwaniu na poprawione pliki biorę się za odpisywanie na maile i komentarze. 

Południe

W idealnej wersji około 12tej kończę zaplanowaną na dziś pracę i biorę się za odpisywanie na maile, a potem za załatwienie spraw prywatnych. Zakupy spożywcze przez internet, zamówienie oczyszczacza powietrza na który się zdecydowałam, umówienie się do lekarza i na spotkanie z nową księgową. Potem wychodzę z psem. Jest piękna pogoda, więc jest to co najmniej godzinny spacer, słucham śpiewu ptaków, wygrzewam się na słońcu (które naprawdę zaczyna już grzać!), cieszę się odgłosem zamarzniętego śniegu chrupiącego mi pod stopami. Luna biega za patykami, dzięki czemu zmęczy się fizycznie i w dalszej części dnia będzie dużo spokojniejsza. 

Rzeczywistość jednak znowu wygląda nieco inaczej…

Odpisałam na maile, umówiłam się do lekarza, zamówiłam oczyszczacz powietrza… Na stronie pisali, że za godzinę będzie do odebrania w sklepie. Idealnie, przy okazji wizyty w centrum handlowym wreszcie zarejestruję mój numer, ciągle mnie straszą, że od lutego wyłączą mi możliwość wykonywania połączeń. Już miałam brać się za zakupy spożywcze, kiedy Luna odkryła ładną pogodę. A wtedy nie ma przebacz, jest wiosna (a przynajmniej Luna ma taką nadzieję) i ona musi wyjść już-teraz-natychmiast. Zaczynam się szykować, jednocześnie wysłuchując jej tęsknych popiskiwań na widok słońca za oknem. Sprawdzam aplikację smogową, aby sprawdzić, czy otworzyć okna. Niestety, jest źle. To może nie będzie najprzyjemniejszy spacer, ale nie poddajemy się. Dochodzimy do ulubionego parku, zachwycam się słońcem, śniegiem, mimo wszystko jest pięknie, więc zaczynam rzucać Lunie patyki… I nagle coś księżniczce nie pasuje, chce wracać do domu. Może za zimno, może zamarznięty śnieg (którego chrupaniem ja się zachwycam) uwiera księżniczkę w łapki. Podejmuję jeszcze próbę udania się w stronę przeciwną niż dom, ale Luna wyraźnie nie ma na to ochoty. Ok, poddaję się, może to lepiej dla moich płuc, może dzięki temu wypalę dziś mniej „papierosów” ;). Po powrocie ze spaceru odgrzewam sobie potrawkę z soczewicy, której wczoraj na szczęście zrobiłam zdecydowanie za dużo.

Popołudnie

Mam już ogarniętą pracę i spacer z psem, więc czas zjeść coś treściwszego i zająć się blogiem. Dopieszczam napisany już wstępnie post na dzisiaj i po ok. 30 minutach jestem wolna. Dostaję SMS, że mogę już odebrać oczyszczacz powietrza, więc jadę do centrum handlowego i załatwiam tam dwie sprawy – rejestrację numeru i odbiór zamówionego sprzętu. Po powrocie planuję posprzątać w kuchni i ugotować coś dobrego. Mam bataty, pieczarki… Wszystko aż się prosi aby to zużyć. Może uda mi się to przygotować za dnia, wtedy zrobię jakieś zdjęcia na bloga… W idealnym dniu wszystko idzie zgodnie z planem, więc rzecz jasna wszystko pięknie mi się udaje. 

Naprawdę piękny ten plan…

Niestety w rzeczywistości wcale nie mam ogarniętej pracy, bo nadal czekam na poprawione materiały od klienta. Mam więc chwilę, aby jechać do galerii odebrać oczyszczacz, ale… zaraz zaraz, nie dostałam informacji, że jest już do odebrania. Ale to nic, dzwonię więc do biura rachunkowego, któremu chcę przekazać swoją księgowość, omawiamy moją sytuację, umawiamy się na spotkanie… Po chwili uświadamiam sobie, że nie mam na dziś posta na bloga, więc zerkam na listę Waszych pomysłów na posty… Ktoś chce, abym częściej opisywała swój dzień. Ależ proszę bardzo, dzisiejszy jest ku temu idealną okazją. Zaczynam pisać, a w międzyczasie przychodzi sms, że mogę odebrać oczyszczacz. Jadę więc! W galerii wszystko idzie sprawnie. Jestem największym hejterem centrów handlowych i kiedy już do jakiegoś wchodzę, nigdy nie włóczę się po sklepach, idę tylko tam, gdzie muszę. Dzięki temu w ciągu godziny jestem już w domu, testuję oczyszczacz, nadaję do Was na Insta Stories i dzwonię do mamy, aby zapytać, czy czegoś nie potrzebuje (ma złamaną rękę). Mama zaprasza na zupę pieczarkową, nie mogę odmówić. Przed wyjściem na szybko robię zdjęcie tytułowe do tego posta. Tylko co tu zobrazować – ten idealny dzień, czy prawdziwy? Ok, stawiam na prawdziwy, zostawiam dres, koc na krześle i bałagan na biurku. Zgodnie z moją codzienną rzeczywistością Luna ładuje mi się na kolana. Ale nie położy się grzecznie, bo słyszała, że rozmawiam z mamą, więc co chwilę mnie zaczepia i spogląda wymownie „Mamusiu, ja pójdę z tobą do babci, nie zapomnij o mnie, jestem tu”. Dobra, maila od klienta nadal nie ma, więc idę. 

Wieczór

Idealny wieczór przychodzi około 18tej. Publikuję post na blogu i zaczynam cieszyć się weekendem. Postanawiam najpierw położyć się z Luną na kanapie i oddać się lekturze fajnego ebooka, a później poćwiczyć jakąś relaksującą sekwencję jogi. Wieczorem wypijam jeszcze herbatkę Choco Mint, sprawdzam, czy pojawiło się coś ciekawego na YouTube i wracam do czytania. 

W wersji realistycznej około 18tej wracam od rodziców (ta wizyta dobrze mi zrobiła na samopoczucie psychiczne) i biorę się za dokończenie wpisu na bloga. W międzyczasie włączają mi się wyrzuty sumienia, że chcę dodać coś tak niedopracowanego i spontanicznego. Przez chwilę myślę, że chyba sobie to daruję i nic dziś nie opublikuję. Zostawiam więc swojego bloga i idę pochodzić po innych, sprawdzam co słychać u Kasi, Oli i Elwiry. Po chwili kryzysu postanawiam jednak dokończyć ten wpis i opublikować go. Czy muszę mówić, że oczekiwanego maila od klienta nadal nie dostałam? I czy domyślacie się co to oznacza? Ano to, że te kilka godzin pracy z dzisiaj muszę przełożyć na poniedziałek. Na który miałam już zaplanowane (ha ha ha) coś zupełnie innego, dzień poza domem i z daleka od komputera. W poniedziałek cała zabawa w dostosowywanie się do sytuacji zacznie się od nowa. Męczące? Nie, jeśli ma się do tego luźne podejście. Byłoby to natomiast bardzo męczące, gdyby plan dnia był moją świętością. 

Publikuję ten post po 20tej, robię sobie kolację, przez chwilę zajmuję się jeszcze pracą nad nowym, blogowym produktem… Dopiero ok. 21 będzie czas na relaks z książką i Luną na kanapie… Na jogę nie mam już ochoty, bywa i tak. Kuchnia też nieposprzątana, ale to nic, może W. będzie miał wenę na zmywanie, a może po prostu poczeka to do jutra. Czas zaplanowany na sprzątanie wykorzystałam przecież na wizytę u rodziców. Nie żałuję. Nie muszę być perfekcyjną panią domu, odpuszczam

Udanego weekendu!

Jestem bardzo ciekawa Waszego stosunku do planowania – lubicie, nie lubicie? Co się u Was lepiej sprawdza – świetna organizacja, czy totalny luz i elastyczność? 

Kategorie: Różne

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.

  • U mnie jest trochę inaczej, bo pracuję poza domem. Ciężko, więc mówić o planowaniu całego dnia, skoro połowa to praca 😀 Jedyne co planuję to posiłki i to bardzo skrupulatnie. Jeżeli jednak coś nie wypali nie załamuję rąk, ale staram się przechodzić do porządku dziennego i wrócić do tego jak tylko to możliwe. Resztę zostawiam losowi 😀 To co się da (wizyta u lekarza itp) oczywiście muszę zaplanować, ale pozostałe sprawy zostawiam i robię wszystko wtedy kiedy mam czas 🙂

  • Świetny wpis Aga !:) utożsamiam się, bo właśnie walczę z dotpay, który przestał działać bezpośresnio przed sprzedażą kursu 😉

  • Kiedyś przeczytałabym Twój post z ogromnym zdziwieniem – jak to, jak można nie planować i się tym NIE STRESOWAĆ? Ale teraz w drugim pokoju śpi mój roczny syn, który zmienił moje podejście do wszystkiego. Nie miałam wyjścia – w ciągu ostatniego roku nauczyłam się odpuszczać, przerywać czynności w połowie, wykonywać pewne rzeczy szesnaście razy pod rząd (takie, które kiedyś wystarczyłoby zrobić raz, np. włączenie pralki – odkąd J. nauczył się wyłączać pralkę to czasem muszę ją włączać i kilkanaście razy) i się tym nie frustrować. Kiedyś moje motto to była świetna organizacja, odhaczanie planów na kartce – uwielbiałam to. Dziś luz i elastyczność. Na początku myśląc o tej zmianie mówiłam „niestety”. Ale powoli zaczynam godzić się z tym, że tak też jest ok i cieszyć się spontanicznymi decyzjami. Powoli 😉

    Ps. Mamy ten sam oczyszczacz z Webbera. Po teście odkurzacza jestem w stanie powiedzieć, że działa i jest lepiej. Skoro już jesteśmy zamknięci w domu to chociaż tutaj oddychamy czystym powietrzem ;-).

    Uściski!

    • O, dzięki za info na temat oczyszczacza 🙂 ja nie robiłam testu odkurzacza wcześniej, ale może w inny sposób zaobserwuję i odczuję różnicę 🙂

    • i niech ktoś powie że dziecko nie zmienia pewnych rzeczy… a słyszę takie opinie czasami. Wydaje mi się że to nierealne, po prostu 😉 ale fajnie że dzieci nas też uczą innego spojrzenia na świat i właśnie odpuszczania.. 🙂

  • Co do wstawania, to niestety nie umiem zrozumieć śpiochów 😉 Budzę się bez budzika między 06:00 a 08:00, a jeśli planuję coś na dany poranek, to koniecznie nastawiam alarm na odpowiednią godzinę. Jeśli chodzi o opiekę nad psem, to też mam swoje rytuały, ale dostosowuję je do siebie. Dostaje śniadanie po mojej pobudce, idziemy na krótki spacer, a później maluch wraca spać. Codziennie mam zaplanowany co najmniej jeden długi spacer, ale podchodzę do tego nieco inaczej. Jeśli Blacky chce wracać do domu, to się po prostu nie poddaję i zachęcam go chrupkami albo zabawą do dalszego tuptania. Wiem, że jeśli wrócimy wcześniej będę miała rozwalony dzień, bo on się zupełnie nie zmęczy.

    Jeśli coś zamawiam, to nigdy po to nie jeżdżę – doświadczenie nauczyło mnie jak bardzo jest to upierdliwe i zajmujące. Odbiór przesyłki czy zamówionego towaru potrafił przestawić mi dzień do góry nogami. Często przekładałam odbiór na kolejny i kolejny dzień, bo była brzydka pogoda/byłam zmęczona/zajęta/źle się poczułam. Od kiedy zdecydowałam się na dostarczanie paczek kurierem/pocztą, zaoszczędziłam mnóstwo czasu.

    Dodatkowo – nigdy nie planuję spotkań spontanicznie i podziwiam osoby, które tak robią! Niestety (albo stety :D) należę do osób, które dosyć dokładnie planują dzień i trzymają się wyznaczonego planu. Wszystkie spotkania planuję z dłuższym wyprzedzeniem (co najmniej tydzień), bo to ułatwia mi organizację dnia i nie ma ryzyka, że czegoś nie zdążę wykonać.

    Są natomiast takie rzeczy, których wykonania nie planuję na określoną godzinę: ćwiczenia (chociaż zawsze wiem, że będę robiła je jakoś wieczorem) i wieczorny relaks (bo nie chcę się denerwować i spieszyć po przekroczeniu magicznej granicy końca obowiązków) 🙂

    • Ja też nauczyłam się, że odbiór osobisty to strata czasu, ale tutaj była zupełnie inna sytuacja i pojechanie po mój zakup było najbardziej optymalną opcją, m.in. dlatego, że i tak musiałam jechać w to miejsce, aby zarejestrować telefon. I idealnie się złożyło, że chcąc mieć oczyszczacz przed weekendem załatwiłam coś, co planowałam wstępnie na poniedziałek :).
      Co do wstawania, to czy nazwałaś mnie śpiochem? Skąd wiesz o której poszłam wczoraj spać i jak długo spałam? 😀

      • No tak, rozumiem. Skoro i tak jechałaś w dane miejsce, to był to racjonalny wybór 🙂
        Ja ciągle zastanawiam się nad tym oczyszczaczem, bo to jednak spory wydatek i nie chciałabym kupić czegoś na hurra.
        Ha! Dla mnie każdy kto wstaje po 08:00 jest śpiochem 😉 Ale to nie była żadna krytyka. Wiem, że dużo osób nie może pozwolić sobie na regularne pory zasypiania czy długi sen. Ja przeważnie chodzę spać między 21 a 23, więc zdecydowanie łatwiej wstawać mi o wcześniejszych godzinach.
        Nie wiem jak Ty, ale ja zauważyłam jak często bardzo dużo czasu marnuję wieczorami bezczynnie siedząc przed komputerem! To niestety coś z czym walczę, bo ciągle tłumaczę sobie, że to będzie ostatni odcinek serialu, ostatnia wymiana zdań z koleżanką, ostatni dokument do napisania 🙁

        Chociaż cieszę się, że to sobie jakoś uregulowałam, bo kiedyś
        potrafiłam kłaść się spać po 24, a 5h sen był dla mnie tragedią przy
        zabieganym dniu.

        • Co do czasu wieczorem przed komputerem to – jak widać – też to robię. Nie jest to do końca bezczynne, bo np. odpisuję na Wasze komentarze, ale faktem jest, że mogłabym to już olać i zostawić na jutro, kiedy rano obudzę się dużo wcześniej od faceta.
          Ja śpię średnio ok. 8 h, też nie używam budzika (chyba, że muszę, bo np. rano wychodzę, albo harmonogram mam bardzo napięty i muszę wstać wcześniej) i śpię dokładnie tyle ile potrzebuje mój organizm. Bardzo to cenię we freelancingu. Tego śpiocha nie odebrałam jako krytyki, tylko mnie to rozbawiło, bo czasami przypina się komuś łatki na podstawie wyrwanego z kontekstu zdania, a ja wczoraj naprawdę niewiele spałam 😀
          I już nie raz robiłam podejście do zasypiania przed północą, bo wszędzie mówią, że wtedy sen jest najbardziej wartościowy. Niestety tutaj w dużej mierze dostosowuję się do trybu życia faceta, który jest tzw. nocnym markiem i ja siłą rzeczy też przesuwam swoje godziny snu.
          Co do oczyszczacza, to po przetestowaniu na pewno dam znać, czy się sprawdza. Mnie przerażały ceny takiego sprzętu, ciężko byłoby mi wydać na niego więcej niż 1000 zł. Ale ten był tańszy, a opinie miał niezłe, więc postanowiłam zaryzykować.

  • RudaM

    A ja pracuję ciągle na etat, więc mój dzień zaczyna się od 14:30 kiedy wyjdę z pracy.. najgorsze jest to, że gdy jestem w pracy to mam tyle rzeczy w planach do zrobienia w domu (tak ambitnie!) a gdy tylko przekraczam jego próg, czuję roznoszący się zapach obiadku przygotowanego przez M, moje małe kocie klei się do nóg, jest ciepło i przytulnie i.. wszystkie plany idą na bok, bo jemy razem obiad, później jakiś serial albo wspólny basen a potem już nie mam ochoty na nic innego jak tylko wypić gorącą herbatę i rozmawiać z moją drugą połową.. o 21 jeszcze robię jedną jedyną rzecz związaną z pracą w trybie online i po 21 zasypiam jak dziecko. Dzień się kończy a ja znowu mam wyrzuty sumienia, że nie zrobiłam niczego kreatywnego, nie ruszyłam mojego rękodzielniczego hobby, obserwowałam blogosferę ciągle tylko planując swoje miejsce w sieci ale nadal nic z tym nie zrobiłam.. za to jestem wyspana i następnego dnia wstaję jak gdyby nigdy nic o 6 i zaczynam od nowa podobny dzień do poprzedniego..

    • Wiesz ale co w tym złego? Przepraszam za szczerość, ale dobre spędzenie czasu z bliskimi, wyspanie się, radość z chwili są moim zdaniem o wiele ważniejsze i wartościowsze niż to miejsce w sieci 😉 Do takiego wniosku doszłam po długim ściganiu się ze samą sobą.

      • trochę w tym prawdy… z drugiej strony szkoda przekładać plany na to wieczne nigdy, rozumiem że można się z tym źle czuć. Sorry że tak się wcinam ale trochę znam obie strony medalu 😉

        • Jasne, też znam dwie strony medalu i najtrudniej znaleźć w tym wszystkim złoty środek 😉 Myślę, że trzeba być dla siebie wyrozumiałym i jak odpoczywamy to odpoczywamy na całego czyli bez wyrzutów sumienia.

  • Dzięki za tego posta 😉 Widzę, że nie jestem sama z tym nie-planowaniem i wstawaniem o 9.00. Choćbym nie wiem jak próbowała się zmusić, po prostu nie jestem w stanie – po jakimś czasie zwyczajnie to zaakceptowałam i daleka jestem od biczowania się za nie przestrzeganie planu kropka po kropce. Wiem, że pracowanie w swoim rytmie, bez większego planu może dać duże korzyści – po prostu mam mniej stresu, że czegoś nie robię tak jak „powinnam, bo inni tak robią” 😉 I póki co się sprawdza – prowadzę firmę ponad 3 lata, rozrasta się i działa fajnie. Są rzeczy, które muszę sobie zaplanować – ale na miłość boską, nie dajmy się dziewczyny zagryźć wyrzutami sumienia, że nie robimy czegoś tak jak inne 😛

  • Bardzo się cieszę, że opisałaś to właśnie w taki sposób! Od razu poczułam się lepiej i uśmiech wystąpił na mojej twarzy. Mam nadzieję, że nie czujesz się samotna w swoim „podwójnym życiu” ; ) Trzymam kciuki za jak najwięcej dni może nie „idealnych”, ale po prostu przyjemnych.

    Jadwiga

    P.S Rzeczywiście posty opisujące czyjeś życie mają coś w sobie. Jakbyś wpuszczała nas do swojego życia.

  • Tak mniej więcej od roku nic nie planuje. Kiedyś miałam wszystko dokładnie zaplanowane. Co do godziny. Frustrowało mnie to głównie ze względu na pracę, bo „przecież już miałam skończyć, a klient nadal ma jakieś wąty! No przecież to tekst idealny, czego on chce?”. Zwłaszcza jak ta praca wchodziła na mój czas wolny i mi go zabierała. Teraz w ogóle nie planuje. A przynajmniej tak na jeden konkretny dzień. Raczej wypisuje sobie co jest do zrobienia i próbuję to wszystko ogarnąć w ciągu 7 dni. Oczywiście u mnie to zmiana spowodowana dzieckiem, ale muszę przyznać…że momentami mi lepiej. Owszem, frustruje się czasem, że czegoś nie zrobiłam, a potem mówię sobie, że praca to nie mój priorytet. Mój priorytet siedzi koło mnie, radośnie sobie gada i trzyma mnie za palec. Ogląda się na mnie i się uśmiecha. A ja do pracy wracam, gdy ten diabełek mały pójdzie spać. W końcu jestem na swoim i to ja decyduję o swoim „planie dnia” 😉 Przynajmniej do pracy siadam szczęśliwa, że patrzę jak mój synek szczęśliwie i zdrowo rozwija się na moich oczach.
    Uff, ale długo i ckliwie 😉

  • Ja planuję z jednego powodu – moja lista mnie motywuje do działania, ale nie jest to jakiś sztywny plan dnia z zdaniami, które muszę zrealizować w danych godzinach. Dużo w tej kwestii zmieniło dziecko, bo wcześniej miałam swój plan dnia, bloki czasowe na różne zadania i było mi z tym dobrze. Teraz rytm dnia jest ustalony pod córkę i jej plan dnia, który jest dosyć sztywny. A dla siebie wyznaczam sobie zadania, bo gdy siadam do pracy, to nie muszę się zastanawiać, co mam do zrobienia. Przez 80% mojej doby jestem wyłączona z zadań, pracy, czasem oczywiście o niej myślę, ale siadając wieczorem po całym dniu do pracy bez żadnego planu, totalnie nie wiedziałabym za co się złapać i odpuszczałabym wszystko.

    Najważniejsze to znaleźć sposób, który u nas się sprawdza 🙂 Ja uwielbiam planować, ale plan nie jest dla mnie świętością, on jest tylko narzędziem 🙂

    • Asia

      Ja podobnie. Lubie planowac, bo wtedy robie wiecej, planuje bez godzin, po prostu rzeczy, ktore chcialabym zrobic danego dnia, tygodnia, miesiaca i nawet jak nie spojrze na ta liste to potem okazuje sie, ze wykonalam z niej duzo. Bez planowania, z 2 dzieci, domem, ogrodem, praca, ktora zajmuje mi 11 godzin dziennie moje priorytety nie mialy by szans, zeby sie przebic.

    • Dla mnie planowanie dnia, a robienie listy rzeczy do zrobienia to coś trochę innego 🙂 Jestem zwolenniczką list „to do”, bo bardzo odciążają umysł i pomagają ogarnąć pracę i życie tak ogólnie. Sama też z nich korzystam, ale takie listy są dla mnie luźniejsze niż plan, bo te rzeczy (poza jakimiś spotkaniami oczywiście) nie są przypisane do konkretnego dnia, momentu czy godziny.

      Nie zmienia to jednak faktu, że u wielu osób – tak jak kiedyś u Ciebie – sprawdza się praca według planu i w blokach czasowych. Ilu ludzi tyle podejść do organizacji 🙂

  • Jakbym czytała o sobie – naprawdę. 😀

  • Milena

    Mi się podoba ten artykuł. Ja na ogół w ogóle nie planuję. W sumie to wolę nie mieć planów, bo jak mam to przeważnie się przez to denerwuję, bo niemal zawsze coś się wydłuża, wypada i z planów są nici. Natomiast chciałabym nauczyć się lepiej planować, bo o ile planowanie wielu rzeczy jest frustrujące to potrzebuję jednak tego by mieć choć w zarysie plany i tych kluczowych się trzyma, bo tak mnóstwo dni jest po prostu zmarnowanych.

  • Plan dnia nie działa bo wszystko się może zmienić, coś wyskoczyć i po planach.. Np. rano zaplanujemy sobie, że wstajemy o 8 a wszyscy dobrze wiemy czasem jak to jest i jesteśmy tą godzinę w plecy. Lepiej rozpisać co ma się do zrobienia i rozkładać to w czasie tego dnia, przystosowując wszystko do okoliczności życia codziennego 🙂

  • Ostatnio zacząłem planować w następujący sposób:

    1] Cel / marzenie do którego dążę – zastanawiam się jakie kroki muszę podjąć, aby to się stało
    2] Rozbijam więc te kroki na lata. Co muszę zrobić w 2017? Co muszę zrobić w 2018?
    3] Rozbijam to na jeszcze drobniejsze kroki miesiąc po miesiącu
    4] Miesiące rozbijam na tygodnie – są tam najdrobniejsze kroki.

    Fakt, że czasem coś się przesunie, ale to żaden problem – w najgorszym wypadku będę miał jakieś opóźnienie i wystarczy przesunąć związane z tym kroki w czasie. Jest to bardzo świeża technika. Wstaję rano, sprawdzam co mam do zrobienia i lecę na autopilocie. Co tydzień w weekend siedzę przed tablicą korkową i koryguje ewentualne kroki. Działa to fenomenalnie, bo wreszcie mam poczucie (niemal) całkowitej kontroli.

  • Fiołek88

    Oj jak byłam studentką to miałam plan dnia i mega duży kalendarz gdzie wszystko spisywałam – działało idealnie. Plany się posypały odkąd pracuję w biurze 8h dziennie 🙂 Z dużego kalendarza zrobił się mały, bo co mogę zaplanować od 17:00 do pójścia spać czyli koło 22:00 niby dużo czasu, ale tutaj trzeba zakupy zrobić,a tu kawa z koleżanką bo zadzwoniła, a tu coś i choć bym miała zaplanowane popołudnie, że np. posprzątam w końcu szafę, to czasami jak miałam to zrobić w poniedziałek, to tyle rzeczy w międzyczasie wyskoczy, że robię to dopiero w piątek i prawda jest taka, że jakbym wpisała to na poniedziałek do kalendarza to bym się ino frustrowała, że mam nie wykonane zadanie. Wiem, że lepiej to zrobić od razu, ale po prostu czasem się nie da 🙂 Po 4 ostatnich latach mega harówki (nie chodzi tu o studia bo te już skończyłam 5 lat temu), której nie będę opisywać. Odpoczywam, nie planuję po prostu jak coś mam zrobić to to robię, jak nie to zapisuję na listę, najdzie mnie ochota to to zrobię. Ale tak jak piszesz także podziwiam wszystkich, którzy planują, ja nie umiem ustalić sobie odpoczywania od godz. 17:00 do 18:00 po prostu w tym czasie będę musiała np. zawieźć chorą mamę do lekarza bo akurat wypadnie, i w tedy mój plan się posypie. A to mnie bardziej frustruje 🙂 Więc stawiam na luz 🙂

  • Sylwia

    Świetny tekst. Doskonale wiem, o co Ci chodzi. Moja praca (tłumacz) też nie pozwala mi na żadne planowanie, bo nigdy nie wiem, co mi nagle wyskoczy, z czym będę mieć problem i ile zajmie mi jego rozwiązanie, jakie zlecenie dostanę i kiedy. Muszę więc być przygotowana na wszelkie okoliczności i być bardzo elastyczna. I podobnie jak ty, zdarza mi się pracować kilka godzin dziennie albo mieć w ogóle wolny dzień, ale za to nadrabiać w weekend lub wieczorami. Coś za coś. Mimo to nie zmieniłabym tej pracy na etacie, bo nie przepadam za wstawaniem o 6 rano (u mnie to przynajmniej 7.30), a po drugie nie lubię, gdy ktoś mi patrzy na ręce, jak coś robi, pilnuje, kontroluje. Freelance daje mi więcej satysfakcji 🙂 Najlepsze jest to, że nie muszę się motywować czy zmuszać, żeby usiąść do pracy, bo ja po prostu tę pracę lubię 🙂

  • Bardzo fajny pomysł na post 🙂 Ja też raczej nie planuję, po prostu wiem co muszę zrobić, choć i tak czasem jakieś niespodziewane sytuacje uniemożliwiają mi to. Czasami jeżeli mam naprawdę wiele rzeczy do zrobienia i martwię się czy to ogarną to w przeddzień przed snem wszystko sobie wizualizuję w głowie, żeby wiedzieć za co się wziąć od rana i nie tracić niepotrzebnie czasu 🙂

  • Ja bardzo lubię planować, ale też zachowuję pewną swobodę, bo nie wszystko zależy ode mnie. Mam na to swoje sposoby, np. planuję zrobić połowę mniej rzeczy niż bym była w stanie wykonać. Ja zrobię coś ponad plan – świetnie, jak nie, to dzienne założenia i tak wykonane. W ogóle uważam, że dobieranie metod „uporządkowywania” swojego życia to sprawa bardzo indywidualna. Tu ma znaczenie charakter, styl, życia, rodzaj pracy, a nawet ludzie, wśród których funkcjonujemy. Nie chodzi też o to, żeby planowanie samo było czasochłonnym zadaniem, bo to strata czasu, która z organizacją ma niewiele wspólnego. A czasem trzeba po prostu wrzucić na luz i się nie przejmować. 🙂

    • Dobry pomysł z tym planowaniem na 50% 🙂 dobry kompromis 🙂

  • I bardzo dobrze, że masz taki dzień, bo on jest normalny. Mimo wszystko robisz wszystko na ile możesz aby sobie poradzić i to się liczy. Idealne planowanie to ściema i mam wrażenie, że ludzie chwalą się tym jacy są zorganizowani aby się dowartościować i…pociągnąć za sobą innych co chcą tak mieć i sprzedać im choćby piękny planner który wszystko załatwi albo cię zmotywuje. W rzeczywistości im też się zdarza kompletny bałagan. Uważam, że o planowaniu i organizacji w sieci jest za dużo, że aż wychodzi bokiem. Robi dużo szkody bo kobiety wpędza w poczucie winy, że nie udało im się zrobić co planowały. Jeśli znana blogerka o tym pisze tzn. że rzeczywistość nie ma wiele wspólnego z pięknymi planerami. Nie dawajmy sobie wmówić, że wszystko od nas zależy i wszystko jest możliwe, dopóki w naszym planie dnia są obecni inni ludzie o innych oczekiwaniach.

    • Zgadzam się taaaak bardzo 🙂 Wirtualna piąteczka!

      • Zwłaszcza jak się ma w domu niemowlę. Potrafi zmienić plany w niespodziewanym momencie. Ale to jedyny ludź, któremu się za to wybacza 😉

  • Paulina Kinal

    im mniej planuje, tym wszystko wychodzi mi lepiej :)) wykonywanie punktów z listy, powoduje u mnie frustracje, bo zawsze się coś wykruszy 🙂

  • No właśnie trzeba mieć tę świadomość, że nawet najlepiej zaplanowany dzień może się skończyć zupełnie inaczej 🙂 Ale i tak kocham planować! 🙂

  • Ja zawsze miałam wszystko zaplanowane. Listy zrobione w kalendarzu, na tablicy magnetycznej, na lodówce. Jak wiadomo bardzo trudno wykonać 100% zadań, więc często czułam się sfrustrowana, coraz częściej… zdecydowanie za często. Wynikało to z mojej niecierpliwości. Od stycznia zaczęłam sobie odpuszczać i podchodzić bardziej elastycznie do swoich zadań i celów. Spisałam plany na kwartał, rozbiłam je na mniejsze etapy i realizuje wtedy, gdy mam czas, możliwość i największe flow do tego zadania. I wiesz co? Realizacja planów idzie super, a ja zyskałam taki ogromny spokój wewnętrzny. Czuję się tak pozytywnie nastawiona i zrelaksowana, że aż trochę mi wstyd 😉

  • U mnie totalny luz, spontan i brak planów chyba że coś o stałej godzinie jak np. lekarz. Cała reszta zwykle idzie zupełnie inaczej niż w teorii 😉

  • Ja w moim idealnym dniu wstaję codziennie około 7, a mimo że nastawiam na tą godzinę budzik, to i tak zawsze kończy się wstaniem o 9, co mnie mocno dołuje, bo jestem zorganizowana trochę, robiąc plan do zrobienia na dzisiaj i potem walczę do późnych godzin z tym 🙁 No cóż, myślę, że postaram się nad tym zapanować 🙂

  • Ja lubię planować i robie listy zadań kiedy pracuję w domu. Jak wychodzę do drugiej pracy albo na uczelnię to rownież mam określony plan działania, ale wiadomo, że trzeba mieć juz małą poprawkę 😉

  • Próba wepchnięcia swojego życia w kalendarz mnie również wiele razy doprowadziła do stresu i frustracji. Od pewnego czasu wyznaczam sobie tylko 3 rzeczy, które musze koniecznie zrobić następnego dnia. Nie precyzuję przy tym kiedy je wykonam (no chyba, że wymagają one innych ludzi…). Jeśli starczy czasu, zawsze mogę dopisać do listy kolejne zadania…
    Takie podejście nie odbiera nam elastyczności, pozwala dopasować się do tego o przynosi życie, jednocześnie zapewniając, żę zajmiemy się tym co jest istotne dla nas w dłuższej perspektywie czasu.

  • Bardzo przyjemny wpis :). Ja nigdy nie planuję niczego z zegarkiem w ręku, bo doskonale wiem, że różnie to wygląda. Zazwyczaj piszę sobie kartkę z zadaniami, które chciałabym wykonać danego dnia i tyle :). Różnie bywa. Czasami nie zrobię treningu walcząc z bólem głowy. A innym razem wypadnie mi nagłe wyjście. Życia nie można zaplanować jak w zegarku, bo jest pełne niespodzianek :). Pozdrawiam 🙂

  • Jak jest dobry okres, to organizacja sprzyja produktywności, ale jak fala nie niesie, to nawet najlepsze techniki nie pomogą w ogarnięciu zadań. Wtedy daję sobie trochę więcej luzu, żeby wrócić na właściwy tor.