O tym, jak nauczyłam się odpuszczać

W zeszłym roku coraz częściej w mojej głowie pojawiała się myśl, że nie poznaję samej siebie. Ze zdumieniem zauważyłam, że nauczyłam się odpuszczać! Oczywiście przesadziłabym, gdybym zaczęła Wam teraz opowiadać, jaka to ja zawsze byłam niesamowicie ambitna, jak konsekwentnie dążyłam do celu itd. Nie, nie uważam, abym jakoś wyróżniała się pod tym względem. Ale zawsze miałam bardzo silne poczucie obowiązku i wielki szacunek do deadline’ów. Praca w agencji nauczyła mnie, że deadline to świętość. Co ciekawe, nadal tak uważam, ale teraz jestem przekonana, że deadline deadline’owi nie równy i że czasami trzeba odpuścić. Wybaczcie, że posługuję się słowem „deadline”, ale nie znajduję polskiego odpowiednika, który oddawałby sedno tego zagadnienia.

img_9972

Powiem na przykładzie ZdrowoManii, bo to będzie dla Was najbardziej czytelne, ale takich przykładów znalazłabym więcej. Kiedy pracuje się nad jakimś projektem samodzielnie (pod tym względem, że w pewnych rzeczach nikt mnie nie zastąpi), a jednocześnie jest się uzależnionym od innych ludzi (od operatora, od gości…), to naprawdę nie jest łatwo zawsze wszystko zrobić na czas. Czasami ktoś się rozchoruje, ktoś w ostatniej chwili odwoła nagrania, czasami jakiś najważniejszy-na-świecie plik poleci w kosmos (ekhm, raz się zdarzyło)… No bywa. I wiecie, jak ja na to wszystko na początku reagowałam? Płakałam. Rwałam włosy z głowy. Byłam nie do zniesienia. Potrafiłam przez cały weekend zadręczać się tym, że nie mam odcinka na środę, że nawaliłam, zawiodłam… Autentycznie biczowałam się emocjonalnie :D. Pamiętam, że moja przyjaciółka miała wtedy tradycję dzwonienia do mnie w poniedziałkowe poranki i to jej wypłakiwałam się jaki to mam straszny problem. Teraz chce mi się śmiać, jak to wspominam, ale wierzcie mi, że to była dla mnie tragedia ;). Miałam wtedy w zwyczaju za wszelką cenę walczyć o honor i w efekcie zdarzało mi się umawiać nie do końca trafionych gości, albo nie przygotować się odpowiednio do nagrania odcinka. Ale jakie to miało znacznie, ważniejszy był deadline… Aż któregoś razu nie udało mi się uratować sytuacji i po prostu musiałam wypuścić odcinek później. I wiecie co się stało? Na pewno się domyślacie. Nie stało się nic. Nikt nie zapytał co z odcinkiem, telefon z pretensjami od sponsora programu nie zadzwonił w środę o 18:01… Ba, nie zadzwonił w ogóle, bo to zupełnie nie ten typ relacji i to ostatni z moich klientów, od którego mogłabym się spodziewać pretensji. 

I to chyba był ten moment, kiedy nauczyłam się odpuszczać. Stres, jaki towarzyszył takim sytuacjom, miał niesamowicie destrukcyjny wpływ na mój organizm, na moje relacje, samopoczucie… A to zupełnie nie było tego warte! Do dziś wzdrygam się na samo wspomnienie czasów, kiedy literówka na wstępnym projekcie ulotki spędzała mi sen z powiek i z jej powodu (tzn. w oczekiwaniu na poprawki od grafika) byłam gotowa odwołać spotkanie ze znajomymi czy zrezygnować z planów na wieczór we dwoje… Teraz w takich sytuacjach zadaję sobie jedno ważne („ale to zajebiście ważne”) pytanie: 

Co się stanie, jak odpuścisz? 

Odpowiadam konkretnie, np.

  • klient dostanie poprawioną ulotkę jutro o 8, a nie dzisiaj o 21
  • widzowie będą mieli odcinek trochę później

I co w związku z tym?

To już drugie pytanie, ale też ważne 😉

  • no w sumie to nic, i tak będziemy się bujać z tą ulotką jeszcze ze 3 tygodnie z powodu zmian w tekście, kolorach, przesuwania nagłówka o jedną setną milimetra w prawo albo z innego równie istotnego powodu
  • no w sumie to nic, na pewno na liście subskrypcji mają masę innych kanałów, a i tak mało kto ogląda odcinki od razu po publikacji

Oczywiście czasami już odpowiedź na pierwsze pytanie pokazuje, że problem jest błahy. A czasami wręcz przeciwnie, pierwszego pytania nie muszę sobie zadawać, bo i bez tego wiem, że w tym momencie odpuścić nie mogę i wtedy cisnę ;). Ale szczerze? Mam może kilka takich sytuacji w roku.

Te dwa proste pytania można zadać sobie też w wielu innych życiowych sytuacjach, nie tylko jeśli chodzi o pracę. 

I teraz najważniejsze – życie z umiejętnością odpuszczania jest o wiele piękniejsze. Spokojniejsze, zdrowsze, bardziej świadome, lepsze jakościowo. Nie marnuję go na rwanie włosów z głowy, a co najlepsze – zauważyłam, że kiedy człowiek jest spokojny, problemy często same się rozwiązują. Znowu przykład ZdrowoManii – wczoraj za późno powiedziałam Michałowi co ma zmontować na dziś i powiedział, że zdąży to zrobić dopiero dziś późniejszym wieczorem. Zamiast cisnąć, powiedziałam „ok, spoko, tylko zrób od razu dobrze, żeby nie było poprawek”. W ostateczności Michał wysłał mi gotowy odcinek ok. 17:30, a ja na punkt 18tą wyrobiłam się z publikacją (od jakiegoś czasu odcinki publikuję w czwartki). Wiecie ile nerwów oszczędziłam dzięki temu podejściu? O ile dni dłużej będę żyła i o ile młodziej będę wyglądała (wcześniejsze podejście sprzyjało zmarszczkom i siwieniu włosów)? O ile mniej komórek rakowych nakarmiłam stresem i o ile mniej niedoskonałości pojawiło się na mojej twarzy? 

Ostatnie dni trochę dały mi w kość, więc dzisiaj będąc już naprawdę padnięta, postanowiłam odpuścić. Odpuściłam pracę, bo i tak robiłabym ją w zwolnionym tempie… Odpuściłam też napisanie posta na bloga, bo nie miałam weny i pogodziłam się już z porażką mojego wyzwania codziennego pisania (nie mam postów napisanych na zapas, tworzę treści na bieżąco). I wtedy znowu pomyślałam sobie – wow, ale nauczyłam się odpuszczać, jestem z siebie dumna, muszę napisać o tym post! No i tak wyszło, że jednak dodałam dziś post, o odpuszczaniu właśnie ;). Widzicie to? Odpuściłam i problem znowu sam się rozwiązał. Magia. 

No dobra, a teraz już naprawdę odpuszczam, książka i kocyk czekają. Jutro też będzie dzień i wtedy zrobię wszystko, na co dziś nie starczyło mi czasu i energii. I świat się nie zawali. 

Jestem bardzo ciekawa, czy potraficie odpuszczać i czy przychodzi Wam to z łatwością?

Kategorie: Szczęście, Zdrowy duch

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.

  • Odpuszczanie to szalenie ważna umiejętność, która bardzo się w życiu przydaje 😉 Bardzo doceniłam odpuszczanie sobie gdy zostałam mamą i to, czy uda mi się zrealizować wszystkie plany przestało być zależne tylko ode mnie. Dobrego wieczoru 🙂

  • Nie wiem ile włosów straciłam zanim się nauczyłam odpuszczać. Z jednej strony pomogła Córa a z drugiej chyba praca nad własnym produktem, kiedy nic nie szło tak jak powinno. A jak odpuściłam, to zaczęło iść. Choć są sytuacje, że jednak odpowiedz na to pierwsze pytanie jest twierdząca.

    Przypomniało mi się, kiedy zaczęłam doceniać odpuszczanie! Po lekturze książki Tima Ferrisa „4 godzinny tydzień pracy” i pytanie „Co najgorszego może się stać?” kiedy nie odpisze na maila czy nie odbiorę telefonu. To był początek, ale ostatni rok to zdecydowanie nauka odpuszczania w sytuacjach kiedy bardzo na czymś mi żalezy.

  • Ach gdyby ludzie pracujący w Agencjach, a przede wszystkim Ci po stronie klienta umieli tak chociaż czasem odpuścić. Ta praca byłaby o wiele wiele przyjemniejsza. To wieczne deadlinowe napięcie jest tym co wspominam najgorzej. Jasne, czasem są sytuacje że czegoś nie można odpuścić ale 99% to były właśnie te które ciągnęły się jeszcze z wielu „bardzo bardzo ważnych przyczyn” tygodniami i spokojnie można było wiele razy wyjść do domu normalnie zamiast kiblować w pracy..

  • Zawsze staram się mieć z tyłu głowy tę świadomość, że nie wszystko jest warte mojego zmęczenia, negatywnych emocji i łaciny podwórkowej, byle tylko się wyrobić… Często więcej przy tym skutków negatywnych niż pozytywnych, więc… po co?:)

  • Milena

    Dla mnie jest o bardzo trudne i naprawdę rzadkie są sytucje, gdy udaje mi się odpuścić.

  • ja też trochę odpuściłam, uczę się odpoczywać i brać życie bardziej na luzie 🙂

  • Z tą książką masz wieczór z głowy 😉 To mój ulubiony kryminał Miłoszewskiego. A co do nauki odpuszczania to chyba przychodzi z wiekiem. Czasem tyle spraw się nawarstwia, że jedyne co można zrobić, żeby nie zwariować to właśnie odpuścić, a niektóre kwestie rzeczywiście magicznie rozwiązują się same.

  • Bardzo mądre co piszesz 🙂
    Ja się chyba muszę nauczyć opuszczać – skłoniłaś mnie, żeby się nad tym zastanowić. Czasami np. nie chce mi się pisać notek na bloga (piszę 3 w weekend na zapas na tydzień, a zamiast tego czasem poleżałabym chętnie przed tv bez lapiego na brzuchu :)), ale rzadko się zdarza, żebym nieplanowanie tego nie zrobiła (co innego jak np. wiem, że gdzieś jadę) – czuję wtedy wyrzuty sumienia, w sumie niczym nieuzasadnione 😀

  • Edyta

    Ja nauczyłam się tego kilka lat temu. Zrozumiałam, że nawet gdy będę się w pracy spinała, stresowała, to i tak nikt tego nie zobaczy, nikt tego nie doceni. Dlatego nauczyłam się „szanować” pracę. Powoli, ale dokładnie. Coś, co kiedyś robiłam w ogromnym stresie, nie zawsze było idealne. Teraz pracując na spokojnie, wiem, że mój projekt będzie dopracowany, że ja będę z niego zadowolona. Dodam, że pracuję w firmie na etacie (nie na swoim) i też się tam da odpuścić. Trzeba się tylko tego nauczyć.

  • Oj, to odwieczne problemy freelancera. 🙂 Mój partner zawsze mi powtarza, jak się tak czymś zamartwiam: Ok, jaka jest najgorsza rzecz, jaka może się stać (w następstwie tej domniemanej straszliwej „tragedii”). Najczęściej okazuje się, że ten najgorszy scenariusz to w ogóle żaden szczególny problem. 😀

  • Przyznaję – nie potrafię 🙁 Nie chcę wiedzieć, o ile lat skróciłam sobie przez to życie.

  • Post jest o odpuszczaniu, a jednocześnie jest bardzo inspirujący 🙂 Czasami trzeba odpuścić i masz rację, te dwa podstawowe pytania pozwolą nam określić czy można odpuścić czy jednak będa tego jakieś konsekwencje ( bo i tak się zdarza ).
    Ja podobne przykłady znajduję choćby przy sprzątaniu – czasami planuję sobie co posprzątam danego dnia, ale niekiedy plany się zmieniają i nie mam czasu tego zrobić. Kiedyś byłam z tego powodu zła i nie potrafiłam się cieszyć na przykład z nieoczekiwanego wyjazdu, teraz potrafię sobie uświadomić, że naprawdę NIC się nie stanie jeżeli podłoga będzie odkurzona za dwa dni 🙂 Wiem, że to błahy przykład w porównaniu do pracy, ale jak widać odpuszczanie jest potrzebne na każdej płaszczyźnie życia 🙂

  • Im bardziej się spinam tym gorzej pracuję, zaczynam odpuszczać ale głównie w sprawach ogarniania domu bo jest to praca, która nigdy się nie kończy:)

  • Na mnie życie wymusiło, bym zaczął odpuszczać. Mam podobnie jak Ty i deadliny to dla mnie świętość. Jednak oprócz nich, w pracy mamy wiele zobowiązań wobec ludzi, którym zwyczajnie obiecaliśmy w czymś pomóc. Czasem wystarczy spytać, czy to naprawdę musi być skończone dzisiaj. Są przypadki, że ludzie nawet nie pamiętają, że coś im obiecywaliśmy…
    Szkoda zdrowia, skoro często wystarczy zwyczajnie spytać 🙂

  • Ojjjj, przydałoby mi się ogarnięcie tej kwestii :)))

  • Esencja Kobiecości

    Doskonale Cię rozumiem. Jakiś czas temu byłam w bardzo podobnej sytuacji. Ręce pełne roboty, szkoła, praca, przeprowadzka, dom, nadgodziny. Wstałam o 6:30 chodziłam spać o północy. Któregoś dnia organizm się zbuntował i się rozchorowałam. Leżałam tydzień w łóżku z gorączką. W pracy sobie poradzili, a ja sobie uświadomiłam jak bardzo mi brakowało chwili dla siebie.

  • ja nie mam problemu z odpuszczaniem, przydatna umiejętność w życiu nie dająca człowiekowi zwariować

  • Małgorzata Gutral

    Kiedyś też nauczę się sobie odpuszczać 😉

  • Nie było łatwo „odpuszczać”. Teraz staram się sama sobie tłumaczyć, że normalni ludzie pracują najpóźniej do 18. Po 18 załatwia się tylko najgorsze pożary, a te przecież nie wybuchają codziennie 😉

  • Początki walki z odpuszczaniem wyglądały u mnie bardzo podobnie do Twoich. 😀 Kiedy w końcu pojęłam, że dzień czy dwa opóźnienia to naprawdę nic strasznego, odetchnęłam z ulgą. A ile mniej stresu! 😀

  • Warto się tego nauczyć. Oczywiście nie ma co przesadzać, ale i mi zeszły rok pokazał, że niektóre problemy rozwiązały się same, kiedy przestałam przy nich „dłubać”. 😉

  • Doskonale to rozumiem, bo przez lata też tak miałam. Mogłam nawet weekendów nie mieć – i często nie miałam – byle tylko nie nawalić deadline’ów. Trzeba było nauczyć się odpuszczać. I uważam dziś, że to w sumie jedna z najważniejszych umiejętności we współczesnych czasach.

  • pozostaje mi tylko powiedzieć: AMEN. Sztuka odpuszczania jest ciężka do nauki, jednak niesie za sobą wiele plusów. Czasem naprawdę warto odpuścić i docenić święty spokój.

  • Bardzo mądre słowa. W dzisiejszym świecie, kiedy wszystko wokół nas dąży do bycia perfekcyjnym (perfekcyjnie wychowane dzieci, perfekcyjnie zrobione paznokcie, perfekcyjnie urządzony dom itd.). Nie każdy ma odwagę na to, żeby w tym wyścigu do bycia idealnym zwolnić, odpuścić, wrzucić luz. Bo przecież nic się nie stanie, świat się nie zawali, jeśli nie wyprasujemy na raz całej sterty prania, albo jeśli upieczone ciasto będzie miało zakalec. W sumie kto o tym będzie wiedział poza nami? 😉

  • Wychodze dokładnie z tego samego założenia! Cały czas jednak jeszcze uczę się odpuszczać, nie opanowałam tematu do perfekcji hehe, ale przecież człowiek całe życie się uczy prawda 🙂 I jestem tego samego zdania odnośnie wpisów, wszędzie trąbi się o tym by regularnie dodawać treści, ale po co pisać puste teksty na siłę, bez głębszego sensu, czasem zdarza mi się że naprawdę mam sporą przerwę, ale później jak zasiadam do pisania to świat dla mnie nie istnieje oddaje się całkowicie temu co mam w duszy i co chcę przekazać, a po ukończeniu sama sobie gratuluję dobrej pracy, bo jestem dumna z tego co napisałam i wiem że śmiało mogę puścić w świat coś prawdziwego napisanego od serca 🙂