Jak wygląda laparoskopia – operacja laparoskopowa z perspektywy pacjenta

Mój wpis opisujący gastroskopię w znieczuleniu ogólnym do dzisiaj przydaje się wielu osobom, więc postanowiłam w ten sam sposób przybliżyć Wam, jak wygląda laparoskopia z perspektywy pacjenta. Po to, abyście wiedzieli czego się spodziewać i mogli się na to przygotować psychicznie 😉 Opiszę ten proces od przygotowania do zabiegu, aż po rekonwalescencję. 

jak wyglada laparoskopia

Jestem osobą z olbrzymią fobią przed szpitalami, ingerencją medyczną w moje ciało i wszystkim tym, co jest związane z zagrożeniem zdrowia (nie mówiąc już o życiu). I z perspektywy takiej osoby piszę ten post. Jeśli Was takie rzeczy za bardzo nie ruszają, będziecie wszystko odbierać dużo łagodniej niż ja (i wtedy przekonacie się, że nie czeka Was nic strasznego), a jeśli macie podobną fobię, to mam nadzieję, że moja “relacja” pomoże Wam złagodzić ten strach. Ja przeszłam laparoskopię z powodu ciąży pozamacicznej, o której opowiadałam Wam w osobnym poście. Kiedy po USG wykrywającym zarodek w jajowodzie dowiedziałam się, że będę miała operację, ruszyła machina przygotowywania mnie do tego zabiegu, a każdy kolejny krok był dla mnie czymś nowym. Oczywiście w zależności od szpitala  mogą występować jakieś różnice w poszczególnych krokach, ale to będą już raczej detale.

Krok 1 – głodówka, wenflon i kroplówka

Wszystko zaczęło się ok. godziny 14tej. Pierwszą rzeczą, którą zalecono mi od razu po diagnozie, była głodówka. Dostałam całkowity zakaz jedzenia i picia. Po chwili przyszła do mnie pielęgniarka i zaprosiła mnie na zakładanie wenflonu. Ta część nie należy do najprzyjemniejszych i u mnie nie poszła gładko, ale nie chcę straszyć, bo u Was równie dobrze może pójść zupełnie bezproblemowo. Po chwili dożylnie podano mi też lek przeciwwymiotny, aby operacja mogła odbyć się szybciej. Gdyby nie ten lek, trzeba byłoby poczekać z nią ok. 5 godzin, aby mieć pewność, że nie dojdzie do zachłyśnięcia ostatnim posiłkiem. 

Następnym krokiem było podłączenie mnie do kroplówki i tutaj nadszedł mój kryzysowy moment. Nie będę opisywać swojego ataku paniki, bo ani mnie nie jest przyjemnie o tym pisać, ani Wam nie byłoby przyjemnie tego czytać. Na szczęście dzięki profesjonalizmowi pielęgniarki udało mi się dość szybko uspokoić i “przywiązana” do łóżka mogłam czekać na kolejne kroki. 

Krok 2 – wizyta anestezjologa

Po około godzinie odwiedził mnie anestezjolog, który przeprowadził ze mną wywiad i opowiedział o tym, co miało mnie czekać. Dał mi też do podpisania dokumenty, w których miałam wyrazić zgodę na ryzyko wszystkich możliwych powikłań (a było ich sporo, ale szczerze mówiąc przeczytałam to bardzo pobieżnie, aby znowu nie wpaść w panikę). W ramach wywiadu pytano mnie oczywiście o uczulenie na leki… To pytanie zawsze jest trudne, bo często nie wiemy, że jesteśmy na coś uczuleni, dopóki nie mamy kontaktu z alergenem ;). Ja nigdy w życiu nie miałam operacji, więc nie miałam takiej wiedzy na swój temat. I tutaj dziękowałam sobie za to, że wiosną zdecydowałam się na gastroskopię ze znieczuleniem ogólnym. To nieważne, że to było coś zupełnie innego… Ja dzięki temu, że tamto doświadczenie wspominam bardzo pozytywnie, teraz o wiele mniej bałam się narkozy. 

Anestezjolog poinformował mnie, że operacja będzie trwała co najmniej godzinę (jeśli wszystko pójdzie ok, bo jeśli pojawią się komplikacje to dłużej), a potem przez jakiś czas będę leżeć na sali pooperacyjnej. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to jeszcze tego wieczoru zostanę przewieziona na oddział, a jeśli nie, to zostanę pod obserwacją do rana. 

Krok 3 – przygotowanie do operacji

Później przyszła do mnie pielęgniarka ze wskazówkami, jak mam się przygotować do operacji. Uzbrojona w maszynkę do golenia zapytała, czy jestem ogolona 😉 operowany obszar brzucha musi być gładki, więc przejechała mi trochę tą maszynką po skórze. Odpięła mnie od kroplówki i poinstruowała, że jak przyjdzie “godzina zero” to mam sobie jeszcze skorzystać z toalety, a potem przebrać się w jednorazową koszulę, którą oczywiście mi przyniosła. 

Krok 4 – operacja laparoskopowa

Ok. 18tej po przebraniu się w sexy prześwitującą, wydekoltowaną koszulkę, zostałam przewieziona na wózku na blok operacyjny. Ta część szpitala napawała mnie przerażeniem… Na miejscu czekał na mnie już poznany wcześniej anestezjolog i inni ludzie. Przebrałam się w kapcioszki, założyłam czepek i podreptałam za nimi na salę operacyjną. Tutaj moja pamięć zaczyna szwankować… Pamiętam tylko, że wdrapałam się na stół i poprosiłam, aby jak najszybciej dali mi coś uspokajającego. Wokół mnie zgromadziło się dużo ludzi, każdy coś robił, wszyscy poza mną byli oczywiście totalnie wyluzowani. Po chwili anestezjolog założył mi maseczkę tlenową i kazał głęboko oddychać. To był taki trudny moment, kiedy znowu byłam bliska paniki, bo poczułam jakieś ograniczenie, miałam wrażenie że się uduszę. Szybko jednak poczułam, że wdycham jakiś dziwny zapach i odleciałam. 

Krok 5 – po operacji

Obudziłam się leżąc jeszcze na stole operacyjnym. 

  • Pani Agnieszko, słyszy nas pani? Słyszy pani o czym rozmawiamy?
  • Tak – odpowiadam zgodnie z prawdą – usłyszałam coś o pacjentce z białaczką
  • TO NIE O PANI! – jak jeden mąż krzyknęli chyba wszyscy zgromadzeni na sali 

Potem jak przez mgłę pamiętam, jak przewozili mnie na salę pooperacyjną i pytali co mi się śniło, a ja opowiadałam o grzybobraniu. Zapytałam też dlaczego boli mnie prawa strona, skoro zarodek był w lewym jajowodzie. Uspokoili mnie, że to z powodu zainstalowanego drenu. 

Kiedy na sali pooperacyjnej zaczęłam już tak właściwie się wybudzać, zapytałam krzątającą się tam panią o godzinę. Kiedy powiedziała, że jest 19:15, odetchnęłam z ulgą. Skoro całość trwała godzinę, to znaczy, że wszystko poszło zgodnie z planem. Po chwili zresztą przyszła do mnie lekarka aby poinformować mnie o przebiegu operacji. Nie zapamiętałam zbyt wiele z tego, co powiedziała, ani jak wyglądała. 

Trochę byłam przerażona ilością podłączonych do mnie rurek i kabelków. Prawdopodobnie wyglądałam jak bohaterka serialu medycznego i tak też się czułam. Po chwili od tych wszystkich urządzeń moją uwagę odwróciły dreszcze. Zaczęłam się trząść jak galareta i zupełnie nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Kiedy zlokalizowałam w okolicy kogoś z personelu, zapytałam czy to normalne i pani powiedziała, że może się tak dziać po operacji, co wynika m.in. z tego, że organizm jest wychłodzony. Przykryła mnie drugim kocem, który po kilku minutach przyniósł ukojenie. Odwiedził mnie też anestezjolog, zapytał jak silny czuję ból w skali od 0 do 10 przy czym 0 to w ogóle, a 10 to tyle, ze chcę wyskoczyć przez okno. W sumie o to samo i tymi samymi słowami pytali mnie też na stole operacyjnym po wybudzeniu…. Za każdym razem odpowiedziałam, że 2, choć nie wiem, czy nie powinnam była powiedzieć więcej ;). 

Po ok. godzinie (może dwóch) leżenia na sali pooperacyjnej, przewieziono mnie już na oddział. 

Krok 6 – na oddziale

Po powrocie na oddział ulokowano mnie w wygodnym łóżeczku, podłączono do kroplówki z czymś przeciwbólowym i polecono odpoczynek. Niestety tej nocy też nie udało mi się zasnąć, więc prawie całą spędziłam czytając książkę na czytniku. W międzyczasie przychodziła pielęgniarka sprawdzać czy wszystko ok. Tutaj niestety nie zapamiętałam wszystkiego, co robiły przy mnie pielęgniarki. Majstrowały coś przy kroplówce, mierzyły ciśnienie, pobierały krew, robiły jakieś zastrzyki… Najwięcej roboty było przy mnie rano, bo wtedy odpięto mnie wreszcie od ostatnich rurek – cewnika, wenflonu i drenu. Z tym wyciąganiem drenu to pani pielęgniarka trochę mnie nastraszyła, mówiąc że to bardzo nieprzyjemne… Ale u mnie poszło dosłownie jak po maśle, praktycznie w ogóle nie poczułam wyciągania rurki z brzucha. Zastrzykiem w pośladek też mnie pani trochę straszyła, ale w ogóle mnie nie bolało ani nie szczypało. Na końcu dostałam instrukcje, jak dalej postępować z bliznami i polecono mi, aby już zacząć powoli wstawać. Trzeba było się zaktywizować, bo za kilka godzin mogłam już wyjść do domu. 

Krok 7  – w domu

Najlepiej wraca się do formy w domu? Zdecydowanie tak, ale na początku można zatęsknić za elektrycznie sterowanym łóżkiem ;). Pierwsze dni po laparoskopii są trudne. Ja wyszłam ze szpitala z następującymi zaleceniami:

  • dieta lekkostrawna
  • zakaz kąpieli i chodzenia na basen
  • aktywność fizyczna dopiero po 2 tygodniach
  • ogólny nakaz oszczędzania się, unikanie dźwigania itp.
  • wyjęcie szwów po tygodniu (samo wyjmowanie nie bolało, po tym tylko blizny znowu zaczęły trochę doskwierać, ale trwało to 1 dzień)

Największym wyzwaniem w tych pierwszych dniach okazał się… kaszel. Może się on pojawić jako efekt uboczny operacji, ale u mnie wynikał przede wszystkim z przeziębienia. I tu nie będę ściemniać – kaszel po operacji brzucha jest jak tortury. To co mogę Wam poradzić to to, co i tak pewnie będziecie robić intuicyjnie – delikatne uciskanie brzucha, jakby przytrzymywanie blizny podczas kaszlnięć. Wiele z Was poleciło mi też patent zalecany przez położne po cesarskim cięciu, czyli podkulanie nóg i przyciskanie do brzucha poduszki. 

Podczas rekonwalescencji warto zadbać o odpowiednie odżywianie. To znaczy zawsze warto, ale po takiej ingerencji w organizm w szczególności ;). Prawdopodobnie opuścicie szpital z kiepskimi wynikami morfologii, więc dobrze włączyć do diety więcej produktów bogatych w żelazo i witaminy sprzyjające tworzeniu krwi. Po jakimś czasie (2-4 tygodnie) dobrze ponownie wykonać morfologię, aby sprawdzić, czy wszystko wróciło do normy, czy może jest nam potrzebne jakieś dodatkowe wspomaganie. 

Kolejną rzeczą, która może Was zaskoczyć po operacji, to wypadanie włosów. Szczerze mówiąc nie wiem, czy jest to efekt narkozy, zmian hormonalnych, czy moich przedoperacyjnych stresów, ale włosy zaczęły mi wypadać niemal garściami. Nie chcę Was straszyć, bo nie u każdego się tak dzieje, ale jeśli Wam się to przytrafi to wiedzcie, że nie jesteście sami. 

W pierwszych dniach po operacji może Wam się wydawać, że już nigdy się normalnie nie wyprostujecie, bo tak będzie Was ciągnąć blizna na brzuchu. To na szczęście mija. Po około tygodniu brzuch boli już o wiele mniej, a po 2 tygodniach o operacji przypominają Wam już tylko 3 niewielkie blizny na brzuchu. Na zdjęciu możecie zobaczyć, jak to wygląda. Dodatkowo po prawej widać, że jeszcze po ponad dwóch tygodniach od operacji brzuch jest lekko napompowany. Podobno to efekt gazu, który jest wpuszczany do brzucha podczas operacji. Od tego gazu w pierwszych dniach może boleć Was cały tułów, aż po obojczyki (ja tego nie doświadczyłam, więc trudno mi ten ból opisać). 

Jeśli chodzi o pielęgnację blizn, to polecam Wam profil na Instagramie i posty na ten temat u Pani Fizjotrener. O bliznach od strony fizjoterapeutycznej i od strony dermatologicznej

Powikłaniem, które może się pojawić po operacji i które mnie się przytrafiło, jest zapalenie żyły po wenflonie. Przedramię, na którym był wenflon jest lekko spuchnięte, pod skórą wyczuwalne są zgrubienia, a ręka jest zielona od siniaków i obolała. Na niewielki stan zapalny powinno pomóc smarowanie maścią z heparyną, ale jeśli tak jak u mnie problem nie mija – trzeba pokazać rękę lekarzowi. Polecam od razu udać się do flebologa, bo nie każdy internista ma wystarczającą wiedzę na ten temat. Ja dostałam antybiotyk, który później przez flebologa został uznany za zupełnie zbędny. 

Podsumowując….

Zakładając, że wszystko pójdzie OK (a mam nadzieję, że u mnie tak było), operacja laparoskopowa nie jest niczym strasznym. Jako największy boidudek na świecie mogę stwierdzić, że fizycznie najgorsze w tym wszystkim było zakładanie wenflonu i zapalenie żyły po nim, drgawki po narkozie i kaszel po operacji. Psychicznie najtrudniejsze momenty to atak paniki przed podłączeniem kroplówki, wjazd na wózku na blok operacyjny i to, co dzieje się teraz, czyli niepewność, czy oby na pewno wszystko poszło OK, czy w tych żyłach nie dzieje się nic strasznego itp. Można momentami czuć się jak hipochondryk, bo każdy ból wydaje się niepokojący…. Ale wierzę, że to minie i że odzyskam jeszcze pełen komfort fizyczny i psychiczny związany z pełnym powrotem do zdrowia. 

Polecam Wam też wpis na blogu WomanStory, gdzie te wszystkie operacyjne procedury opisane są z perspektywy osoby z personelu medycznego. Tamten wpis jest świetnym, merytorycznym rozwinięciem tego, o czym ja napisałam z perspektywy pacjenta.

Mam nadzieję, że ten mój szczegółowy post okazał się dla kogoś pomocny i że przybliżyłam Wam, jak wygląda laparoskopia z perspektywy pacjenta. Nikomu nie życzę takich przygód, ale jeśli już Was to spotka, życzę dużo spokoju i szybkiego powrotu do dobrego samopoczucia. 

Kategorie: Zdrowe ciało

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.