Dlaczego jestem starą panną*

Jestem kobietą pozbawioną jakiegokolwiek zamiłowania do rzeczy i zachowań uważanych za romantyczne. Dostając kwiaty myślę sobie „fajnie, dzięki, ale nie zapomnij tego podlewać”. Kolacja przy świecach? Spoko, lubię świece, ładnie wychodzą na zdjęciach, ale żeby to dodawało magii chwili? Oglądając w sieci filmiki z jakichś głośnych zaręczyn czuję się bardziej zażenowana niż wzruszona. Czy zawsze tak było? Nie. Jeszcze jakieś 7 lat temu myśląc o przyszłości widziałam w niej m.in. białą suknię i pierwszy weselny taniec do jakiejś „naszej” piosenki. Od kilku lat się z tego śmieję. Naprawdę, miałam takie marzenia? Naprawdę byłam bliska ich realizacji? Co się zmieniło?

Zachęcam Was dzisiaj do dyskusji na temat ślubów i nieformalnych związków partnerskich. Po której stronie mocy jesteście?

stara_panna

Co za lipa – nawet nie mogłam zrobić sobie odpowiedniego zdjęcia do tego wpisu, bo zaręczynowo wyglądających pierścionków nawet nie mam w swojej kolekcji, moje poglądy przekładają się na mój gust ;).

Więc co się u mnie zmieniło?

Życie wywróciło do góry nogami moje poglądy. Przestałam wierzyć w miłość do końca życia, przez 10 lat związku na własnej skórze przekonałam się, że trzeba się zmierzyć z bardzo różnymi problemami, że związek nie jest czymś wiecznym co będzie trwać mimo wszystko. Że miłość pomiędzy kobietą a mężczyzną nie jest bezwarunkowa tak jak na przykład miłość rodziców do dziecka. Że kiedyś może przyjść moment, w którym lepiej się rozejść niż dalej być razem.  I co najważniejsze – że żaden papier tego wszystkiego nie zmieni. Ksiądz albo urzędnik to nie czarodziej, który machnie różdżką i sprawi, że będziemy się kochać już zawsze i przetrwamy wszystko. Chociaż wielu osobom wydaje się, że ten papierek to już taka dożywotnia gwarancja, że teraz to już nie trzeba nad związkiem pracować. Że kawałek złota na serdecznym palcu odstraszy ewentualnych konkurentów. Zaklepane, oznakowane, to teraz tylko żyć długo i szczęśliwie do grobowej deski.

A tak naprawdę nic się nie zmienia. A „do końca życia” czasami zostaje nam naprawdę dużo czasu i przez ten czas może się wydarzyć wiele rzeczy. Może, ale oczywiście nie musi.

Co mówią statystyki?

Przyglądam się statystykom. Nie tylko tym o których trąbi się w mediach, ale również tym z mojego bliskiego otoczenia. Byłam w życiu na 7 ślubach. I z perspektywy czasu widzę, że 2 z tych małżeństw są dawno po rozwodzie, 2 w trakcie rozwodu/separacji (nie mieszkają razem), 1 jest szczęśliwe od ponad 3 lat, a 2 pozostałe to śluby z 2013 roku, więc za wcześnie aby oceniać, ale oczywiście życzę im aby pozostali po tej pozytywnej stronie statystyk ;). Generalnie jednak – nie wygląda to najlepiej. I ja naprawdę znam ten argument, że nie ma co patrzeć na innych, że samemu trzeba zrobić wszystko aby przejść przez całe życie z tą jedną ukochaną osobą u boku, ale… Czy na pewno dla każdego to jest najlepsze? Jestem za tym, aby nie traktować ślubu i miłości aż do śmierci jako jedynej słusznej drogi. To nie tragedia kiedy w wieku 40 lat rozleci Ci się wieloletni związek i będziesz zaczynać od nowa… Zakochać się można zawsze, w każdym wieku i każda z tych miłości może być wspaniała, nawet jeśli nie będzie do grobowej deski.

A propos grobowej deski…

Kościół wymaga od nas przysięgi „do końca życia”. Tym samym całkowicie zniechęcając wielu wierzących (w tym mnie) do brania ślubu kościelnego. Ja nie wiem co się wydarzy za miesiąc, za rok… Więc jak mam przysięgać coś „dopóki śmierć nas nie rozłączy”? No way, nie będę hipokrytką i nie powiem czegoś, z czym się nie zgadzam. I to już tak abstrahując od tego, że na chwilę obecną autentycznie wzdrygam się na myśl o takim ślubie jako o całej ceremonii.

I tu zaznaczę – wiem, że mnóstwo osób biorących ślub kościelny czuje słowa tej przysięgi. Nie neguję tego w żaden sposób, a takie osoby podziwiam, może nawet zazdroszczę im tej silnej wiary i … optymizmu?

Presja otoczenia

W mojej rodzinie nie brakuje osób, które potępiają moje podejście do sprawy. Boli je moje życie „nie po Bożemu” i mają problem z jego akceptacją. I co najgorsze – nakręcają moją mamę, która przez takie głupie gadki zaczyna się przejmować moim odbiegającym od „jedynego właściwego” szablonu życiem. Zastanawiam się – czy ci ludzie naprawdę myślą, że ja zrobię coś wbrew sobie, byle tylko ich usatysfakcjonować? To tak niedorzeczne, że nawet nie ma co się na ten temat rozpisywać.

Ślub cywilny?

Jest spoko. Słowa przysięgi są jak najbardziej do zaakceptowania. Ceremonia trwająca 10 minut też ujdzie. Czas organizacji – chyba w miesiąc można się wyrobić. A jak małżeństwo okaże się pomyłką – można je bez większego bólu rozwiązać i nigdzie nie jesteśmy wpisani już do końca życia jako żona swojego ex-a.

I podsumowując…

Nie jestem zgorzkniała, bo ktoś mnie skrzywdził a moim celem życiowym jest zmiana partnera co kilka lat ;). Te poglądy towarzyszą mi już od dłuższego czasu i nie miały one destrukcyjnego wpływu na mój związek. I absolutnie nie wykluczam tego, że sama też będę „aż do śmierci” z jednym człowiekiem. Mogę się starać aby tak było, ale pewnych rzeczy nie jestem w stanie przewidzieć. Myślę, że rozumiecie mój przekaz, więc nie będę się bardziej rozpisywać 🙂 czekam teraz na Wasze opinie! Powiedzcie dlaczego bierzecie ślub, albo dlaczego go nie bierzecie 🙂 

*Starą panną jestem w oczach niektórych moich cioć i wujków 😉 we własnych już niekoniecznie – wychodzę raczej z założenia, że na ten tytuł zasłużę dopiero gdzieś w wieku 70 lat 😉

Kategorie: Różne

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.

  • Wzięłam ślub, ponieważ mój Ukochany jest osobą, z którą chcę spędzić resztę życia, nie wyobrażam sobie innego scenariusza i „do końca życia” to naprawdę dużo czasu na wszystkie cudowne rzeczy, których razem doświadczymy. Ja odwrotnie do Ciebie, nigdy jakoś nie wyobrażałam sobie swojego ślubu, nie marzyłam o tym, byłam w różnych związkach, które niezbyt przyjemnie się kończyły. Do czasu aż poznałam tego jedynego… świat wywrócił się do góry nogami 🙂

  • A ja podpisuję się pod tym co myślisz obiema rękami i nogami! W ogóle całą sobą się podpisuje! 😀

  • Ja gdy się w coś angażuję, to robię to na 100%, na etapie realizacji nie myślę o porażkach. I tak było, gdy uczyłam się na egzaminy, tak jest z pracą i też z miłością. Ślub jest dla mnie przpieczętowaniem naszego uczucia, kościelny bo oboje jesteśmy wierzący i po prostu tak czujemy i chcemy. Nie twierdzę, że odmieni nasze życie, a my przestaniemy pracować nad uczuciem, wręcz przeciwnie, myślę że dużo przed nami nowych sytuacji, w których będziemy się poznawać na nowo i od nowa pracować nad naszym związkiem. Ale chcę to robić właśnie z tym człowiekiem i dlatego jestem gotowa mu to obiecać nie tylko szeptem do uszka, ale przed ludźmi, którzy są nam bliscy 🙂

    Czy jestem taką optymistką, że wierzę, że będziemy razem aż do śmierci? Generalnie tak, bo nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy się rozstać i jest to dla mnie trochę abstrakcyjne, ale jestem też realistką i wiem, że różnie może być. Choć wierzę w to, że się razem zestarzejemy 🙂

    Ślub u mnie to też bycie jedną rodziną, bo choć teraz mieszkamy razem, to nie spędzamy wspólnie Wigilii, gdy wracamy do rodziców, to każde jedzie do swoich. I z takich „namacalnych” zmian, to te będą dla nas najbardziej wartościowe.

    Nie twierdzę, że moja droga jest jedyną słuszną, myślę że każdy powinien robić tak jak podpowiada mu serce. Moje, a w zasadzie to nasze serca, potrzebują tej ceremonii 🙂 Czasem mam wrażenie, że mój narzeczony bardziej nie może się jej doczekać niż ja. A czy mamy rację, to pokaże życie.

  • hm, bardzo ciekawy temat… wiesz, przejechalam sie na pierwszej wielkiej milosci zycia, jedynej zreszta, jak do tej pory… o bialej sukni, weselu nigdy nie marzylam, ale chcialam byc dziewica do slubu itd, itp… tak sie nie stalo… na dodatek zdrada tej drugiej strony zachiwala moja wiare w milosc miedzy ludzmi… bylam na najlepszej drodze do zgorzknienia, na serio… rozpacz, depresja… wyszlam na prosta tylko dlatego, ze… nazwijmy to powrotem na Lono Kosciola… bo bylam w takim srodowisku, ktore wywieralo wrecz presje: „idz do lozka z kim innym to ci przejdzie” – dzieki Bogu nigdy nie popelnilam tej glupoty, bo wiedzialam, ze to nic nie pomoze… klin klinem? to nie dziala… nie mam sil na inne, niezobowiazujace zwiazki – nie mam sil na sakramentalne malzenstwo, po prostu z takimi ranami, jakich sie nabawilam to byloby strasznie trudne… ale znow wierze w Milosc, nawet jesli jest udzialem „tylko” moich wierzacych przyjaciol czy rodziny… moze kiedys sie zakocham, kto wie, do tego czasu nie chce sie rozdrabniac – staje sie stabilna emocjonalnie, rozwijam moje pasje no i przede wszystkim staje sie niezalezna od tamtego mezczyzny 🙂 slub koscielny mnie przerasta na dzien dzisiejszy, ale innego nie biore pod uwage – fakt, to strach tak przyrzekac na cale zycie, ale nie przyrzeka sie przeciez uczuc tylko Dobra Wole, a to juz moja dzialka w ciagu tych kilkudziesieciu lat u boku kochanego czlowieka nie zamienic sie w potwora i nie robic mu krzywdy, nie? dotrzymac owej obietnicy – malzenstwo w Kosciele, takie na zawsze, do tego wlasnie ma mobilizowac i dyscyplinowac: staram sie, chocby nie wiem, jak trudno bylo – bo z Bogiem to jest troche tak… chocby to byla niemodna juz dzis i zamierzchla figura retoryczna, sprawia, ze on i ona nie wisza na sobie, nie oczekuja wszystkiego od siebie, bo to Bog jest na 1 miejscu – niezbedny element emancypacji jednostki 🙂 a tamten zwiazek, na kocia lape, tylko pozbawil mnie sil i zranil, wiec jestem z tych, co to ostatecznie przyznaja racje Kosciolowi – jak czlowiek nie zaangazuje sie na 100%, Na Zawsze, to z reguly miernie mu to wychodzi… „Nie zyje sie, nie kocha sie i nie umiera sie na probe.” (Jan Pawel II)

    • Fajnie, że przedstawiasz jak to wygląda z perspektywy osoby mocno wierzącej. Dobrze poznać ten punkt widzenia, widzę, że jest bardzo podobny do punktu widzenia mojej wierzącej znajomej, która w rozmowie na ten temat powołała się kiedyś na dokładnie te same słowa JP II :).
      Ja nigdy nie traktowałam mojego związku jako czegoś na próbę, w zasadzie mimo braku ślubu traktuję go jak małżeństwo i podczas kryzysów walczyłam, a nie poddawałam się korzystając z wolności jaką daje związek „na kocią łapę”.
      Ale rozumiem o co Ci chodzi, rozumiem i szanuję ten punkt widzenia 🙂

      • widzisz, dla mnie tamten zwiazek też nie był na próbę – dla mnie był jak małżeństwo – tym większe zdziwienie i ból, że dla niego jednak to była tylko próba :/
        o czym dowiedziałam się na końcu…

        nie osądzam innych, każdy ma swoje powody – jakos każdy tutaj to rozumie i szanuje, wydaje mi się, że z tym nie ma problemu… ale już wiem, że osoby o różnych swiatopoglądach na życie (jak jego i mój), a zwłaszcza na związek, nie są w stanie stworzyć czegos trwałego na dłuższą metę… więc mądrzejsza o tę wiedzę nie szukam ani faceta, ani związku wbrew sobie samej

        boże, to naprawdę było strasznie bolesne – dmucham na zimne i nigdy więcej nie chcę popełnić podobnego błędu

        ale też bliska jest mi postawa WSZYSTKO ALBO NIC – może dlatego katolicyzm jednak mnie przekonuje – ale wiesz, ten z górnej półki, gdzie ludzie naprawdę robią to, co deklarują 🙂

  • No cóż. Mogę się jedynie podpisać pod tym co napisałaś. Nie jestem mężatką i nie planuję nią być. Mimo, że kiedyś podobnie jak Ty, widziałam nas przed ołtarzem.

    Wierzę w miłość, ale wiem również, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć co nas w życiu spotka i przysięga „do końca życia” wydaje mi się abstrakcją. Nie wiem jaka kiedyś będę ja, nie wiem kim kiedyś będzie On.
    Przecież będąc w poprzednim związku kochałam równie mocno, a jednak dziś mimo, że walczyliśmy nie jesteśmy razem. Nie uważam żeby tamta miłość była gorsza.

    Bliska jest mi teoria, że ludzie spotykają się na pewne okresy w swoim życiu, czasem jest to rok, czasem 5 lat, czasem 20, a niektórzy na całe życie. Żaden związek nie jest gorszy, jest inny. A samo rozstanie owszem jest przykre bo przecież zależało nam na tej drugiej osobie, ale zamyka pewnien etap, zmieniliśmy się my, zmieniła sie druga strona, zmienił się etap naszego życia. Trzeba iść do przodu bo tam też ktoś i coś czeka.

    I nie chodzi tu o to żeby zmieniać partnerów jak rękawiczki, zawsze trzeba zawalczyć jeśli coś sie psuje bo rożne mogą być powody. Ale trzeba też „wiedzieć kiedy ze sceny zejść”. Nie żałować, bo to był przecież cenny czas, wartościowy człowiek i ten związek również nas czegoś nauczył.

    Temat długi jak rzeka i co osoba to opinia 🙂 A powyższe jest moją opinią i tyle 🙂

    • Dokładnie, w 100% się z Tobą zgadzam 🙂

  • Moja sytuacja wygląda podobnie jak u Ani. Tyle, że ja od prawie pół roku jestem mężatką.

    A jestem po ślubie, bo miałam (a właściwie razem mieliśmy) taką potrzebę. Ale nie krytykuję, a nawet popieram ludzi, którzy tego nie robią. Lepiej nie brać ślubu niż za 2 lata być po rozwodzie.

    Jeżeli natomiast chodzi o rozwody to to prawda, że jest ich teraz przerażająco dużo, ale wydaje mi się, że to dlatego, że po pierwsze ludzie biorą śluby nie zdając sobie z tego sprawy albo nie traktując tego jako decyzja na całe życie, często z bezsensownych powodów (bo rodzice, bo wypada, bo przecież jesteśmy już 2 miesiące razem i jest nam dobrze), po drugie mam wrażenie, że ludzie sobie łatwiej „odpuszczają”, po co mam się męczyć i próbować naprawiać związek jak można się rozwieść, tak jest łatwiej. Z drugiej strony nie uważam, że trzeba się na siłę męczyć w związku, który nie ma żadnego sensu ani tym bardziej przyszłości, bo przecież wzięliśmy ślub. Także wszystko w granicach rozsądku.

  • Kościół głosi i promuje rzeczy oderwane od rzeczywistości? A to ci niespodzianka! Ludzie, otwórzcie oczy! Ta autorytarna organizacja i jej mizoginiczne, pseudohumanitarne nauki w wielu przypadkach są źródłem ludzkiego cierpienia (i nie dajcie się nabrać na szczwany chwyt, że to ludzie błądzą, a religia jest bezgrzeszna – de facto jest tak że to ludzie błądzą, bo religia daje im na to przyzwolenie). Te panieńskie marzenia o ślubie kościelnym to efekt wielopokoleniowej tresury. A pogląd, że po przysiędze „w obliczu boga” będzie się odtąd żyło długo i szczęśliwie jest tej tresury nieodłącznym elementem. Nie dajcie się więc tresować! Bądźcie ze sobą i nie baczcie na kościelną propagandę.

  • Ewa

    Najgorsze jest to, że kwestia takich wyborów jest tematem dyskusji innych ludzi. Niech każdy podejmuje swoje decyzje , jeśli się z tym dobrze czujemy to nikomu nic do tego. Niestety ostatnio słyszę średnio co tydzień pytanie „kiedy ślub?”, bo wg niektórych jak po 5 latach związku nie mam pierścionka zaklepania na ręku to coś ze mną nie tak 😉 I tak się zastanawiam czemu wszystkich to tak interesuje ? Jedyne co mi przychodzi to za dużo wolnego czasu, brak zainteresowań, tematów do rozmów i brak taktu ;)…

    • Ja przez jakiś czas miałam standardową odpowiedź na to nietaktowne pytanie – „Reklamacje proszę zgłaszać do mojego faceta, przecież ja mu się nie oświadczę”.
      Miały jednak tę odrobinę taktu aby nie atakować o to jego ;).

      • Zofia Bogusławska

        Po 3 latach związku zaszłam w ciążę. To jest dopiero szkoła życia dla nieformalnych. Dla rodziny było O-CZY-WI-STE że ślub. Dla nas nie było związku dziecko-ślub. Nie żebyśmy się nie kochali czy coś. Ja nigdy nie marzyłam o ślubie, o białej sukni i takichtam. Po jakimś czasie na pytania „kiedy ślub” nauczyłam się odpowiadać krótko „Czyj?”

        Bierzemy ślub za pół roku.. będziemy wtedy mieć 11 letni staż razem. Przyszedł po prostu moment, kiedy oboje stwierdziliśmy niezależnie, że chcemy, tak po prostu.

        Chociaż mój tata jakies 5 lat temu stwierdził „impreze byście chociaż zrobili, jak ślubu nie chcecie!” 😀

  • Mam bardzo podobne podejście. Od pięciu lat jestem w związku. Jestem szczęśliwa, chociaż wiadomo, że są lepsze i gorsze momenty. Mimo to nie wyobrażam sobie, żebym miała brać ślub. Nie dlatego, że nie kocham mojego chłopaka albo robię coś na próbę, ale dlatego, że nie jestem w stanie przewidzieć co się stanie za rok, dwa czy pięć. Mam w swoim otoczeniu zbyt dużo nieszczęśliwych małżeństw z długoletnim stażem, które nie rozwiodą się dlatego, że to „nie po bożemu”. Denerwuje mnie, że dużo babć i cioć nie potrafi zrozumieć, że dla kogoś ważniejsze może być jego szczęście i życie w zgodzie z samym sobą, niż dostosowywanie się do ich „jedynie słusznej” wizji świata.

  • Rzeczywiście, bardzo często jest tak, że młode małżeństwa rozpadają się w chwilę po uzyskaniu papierka. Nie wrzucałabym tego jednak do worka z tym, że nie ma miłości „do samego końca”. Po prostu, ludzie, którzy wzięli ten ślub prawdopodobnie myśleli, że zmieni on ich podejście do siebie. Nie wiem ile razy słyszałam od koleżanek, że mają nadzieję, że ich mężczyzna zmieni się po ślubie. Co to w ogóle za myślenie? Niby dlaczego, z jakiego powodu miałby się zmieniać? Tak samo denerwuje mnie podejście mojego M., który uparcie twierdzi, że po ślubie to już nie to samo. Że ślub ogranicza i w jakiś sposób „zniewala”. Absurd. Jeżeli jestem rozsądna, to wezmę ślub, nie oczekując, że cokolwiek zmieni w moim życiu lub partnerze. Ja również będę taka sama. Jakim czarodziejem musiałby być ksiądz/urzędnik, żeby wywołać we mnie zmiany, których dotychczas nie szło?

    A jeśli chodzi o to czy wierzę w miłość do „grobowej deski”, to owszem, wierzę. Nie jakoś namiętnie. Myślę, że taki związek zdarza się tylko raz na jakiś czas, ale jednak. Może z racji tego, że jestem nieufna i raczej sceptycznie nastawiona do wielu spraw? Nie wiem. W każdym razie, wydaje mi się, że jeśli jesteśmy świadomi tego, jakie posiadamy cechy i jakimi cechami „ukształtowany” jest nasz partner, i mimo to, chcemy tej osobie powierzyć siebie/swoje emocje/życie, to okej. 🙂

  • Hm… w pewnych kwestiach myślę podobnie, nie mam potrzeby białej sukni, ślubu i całej ceremonii… ale nie zgodzę się z tym, że rozwód to nie tragedia, bo niestety, ale jest to drugie najbardziej stresujące doświadczenie człowieka, po śmierci kogoś bliskiego. Owszem można się zakochać po 40, po 50… ale myślę, że ocenić łatwość tego rozwodu w tym wieku mogą tylko osoby, które to przeszły, a z moich obserwacji wynika, że przechodzą to ciężko (dziec, wspólny majątek, codzienność). Poza tym w przyszłości wolę być żoną niż konkubiną :))

    • Każde rozstanie jest na swój sposób trudne i to o czym piszesz dotyczy każdego związku, obojętne czy jest on sformalizowany czy nie. Odnosisz się pewnie do tego mojego zdania: „A jak małżeństwo okaże się pomyłką – można je bez większego bólu rozwiązać i nigdzie nie jesteśmy wpisani już do końca życia jako żona swojego ex-a.”
      Ja tutaj porównuję rozwód po ślubie cywilnym z takim po ślubie kościelnym, gdzie mimo że para nie żyje ze sobą od wielu lat, w świetle kościoła nadal jest małżeństwem. Ma też utrudnione życie jeśli chce ponownie wziąć ślub (a wiadomo, że osobom wierzącym zależy na kościelnym), czy ochrzcić dzieci z tym nowym partnerem.

      • Właściwie to odniosłam się do tego zdania:
        „Czy na pewno dla każdego to jest najlepsze? Jestem za tym, aby nie traktować ślubu i miłości aż do śmierci jako jedynej słusznej drogi. To nie tragedia kiedy w wieku 40 lat rozleci Ci się wieloletni związek i będziesz zaczynać od nowa… Zakochać się można zawsze, w każdym wieku i każda z tych miłości może być wspaniała, nawet jeśli nie będzie do grobowej deski.”

        A odnośnie tego porównania ślubu cywilnego, a kościelnego to się zgadzam 🙂

        Pozdrawiam! 🙂

        • A ok, rozumiem o czym mówisz, zapomniałam o tym fragmencie :).
          I tu chyba wiele zależy od nastawienia, pewnie mniej cierpieć po rozstaniu będzie osoba, która uważa, ze nie trzeba być z jedną osobą do końca zycia, a bardziej ktoś, kto miał taki właśnie plan. Tak czy siak – zgadzam się z tobą, że rozstanie na pewno jest bardzo trudne. Mnie nawet teraz trudno to sobie wyobrazić, a co dopiero np. po 20 latach jak ma się jeszcze dzieci i wspólny majątek (i jeszcze więcej wspólnych wspomnień)

  • Zgadzam się z Agatą co do zmian po ślubie. Jeżeli ludziom jest dobrze w związku to po co to zmieniać, a jeżeli nie jest dobrze, to ślub nie da niczego albo pogorszy sprawę. Ja u siebie, poza nazwiskiem, nie widzę żadnej zmiany, być może dlatego, że mieszkaliśmy wcześniej razem wiec po ślubie wróciliśmy do tego samego miejsca, mieszkania i atmosfery. Tak czy inaczej życie się nie wywróciło o 180 stopni.

  • Ja z moim mężem jesteśmy razem od 10 lat, a od sierpnia małżeństwem. U mnie chyba było odwrotnie. Zawsze uważałam, że małżeństwo jest nudne, niepotrzebne i jak już mi się coś pomyli to wyjdę za mąż przed 40stką. Mam prawie 25 lat i na palcu noszę złotą obrączkę. Co się zmieniło? WSZYSTKO. Nie mieszkaliśmy razem, dopiero dzień po slubie przeprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania. Dla mnie słowa przysięgi mają ogromny sens. Do końca życia razem? Taaak, ja w to wierzę:) Może dlatego ,że zarówno moi rodzice, dziadkowie, teście są szczęśliwymi małżeństwami. Patrząc na nich uważam, że bycie razem NA ZAWSZE wcale nie jest czymś niemożliwym:) Mój mąż to nie jest przypadkowy facet, nie musiałam wychodzić za mąż, bo rodzina tego wymagała czy dziecko było w drodze. Była to decyzja przemyślana, świadoma.
    Więc jeśli ktoś nie chce ślubu to jego decyzja, nie będę jej negować:) Rozumiem, że ktoś może mieć całkiem inne podejście do życia. Niech każdy robi tak, aby był szczęśliwy:)))

    • Masz w swoim otoczeniu dobre wzorce 🙂 u mnie ich niestety za mało, dlatego ta wiara w szczęśliwe małżeństwo też jest mniejsza. Takie rzeczy mają duży wpływ na nasze poglądy.

  • Moja wypowiedź zabrzmi pewnie egoistycznie, ale dla mnie ślub to zabawa. Zabawa do rana 🙂 pewna chwila, którą żyjemy teraz. A jakbym miałą myśleć, że może nie, bo z tym człówiekiem mi nie wyjdzie, to może lepiej nie. Ślub to coś radosnego, więc przeżywajmy to teraz w tej chwili. Ktoś powie, że to lekkie i niedojrzałe. Ale ludzie naprawdę traktują życie zbyt poważnie i sztywno. Mam ślub w lipcu 2014, przeszłam przez wszystkie fazy jakie mogą być: radość,mówienie tylko o tym, zachwyt, potem niepewność, wątpliwośći czy to czas, czy to ten, możliwość odwołania, a teraz wreście spokój i pewnego rodzaju szczęscie. Ale tylko dlatego, że zaczełam traktować to troche bardziej na luzie. Osobiście trochę twierdzę, że człowiek nie jest stworzony do monogamii. Ale jest stworzony do pracy nad sobą i jeżeli ktoś jest świadomy ludzkiej natury, umie walczyć. Tak jak już ktoś wyżej w komatarzach wspomniał, ludzie za szybko odpuszczają, nie rozmawiają… Zobaczymy co życie przyniesie. Ale we wszystkim próbujmy widzieć dobre strony, nie martwy się na zapas. I na ludzie, na luzie 🙂

  • O roku żyję nie po bożemu i moi rodzice trochę cierpią z tego powodu. Nie nachalnie, ale od czasu do czasu sugerują, że już czas coś z tym zrobić. Rozumiem ich, takie mają poglądy, ale na moje decyzje to nie wpływa. Nie jestem przeciwniczką ślubów, wręcz przeciwnie. A na decyzję o jego wzięciu nie wpłyną historie czy opinie innych ani żadne statystyki, tylko – tak zupełnie banalnie – serce. Traktuję ślub jako zwieńczenie miłości, symbol, których czasem w życiu potrzebujemy. Ślub nie zmieni wiele, a ci, którzy wierzą w jego zbawienne moce, zazwyczaj źle na tym wychodzą. Tak jak ci, którzy biorą go pod wpływem innych ludzi lub konwenansów. Myślę, że póki robimy coś w zgodzie ze sobą wszystko jest cacy. I czy będziemy do końca życia starą panną (trzeba znaleźć inne słowo :)), czy weźmiemy ślub i będziemy szczęśliwi do końca życia, czy też weźmiemy go i się rozwiedziemy – ważne, aby decyzja była nasza. Wezmę ślub, gdy będę tego pewna. Tylko ślub, bez wesela. A jeśli zdarzy się tak, że się rozwiodę, to nie będę żałować ślubu, bo go chciałam.
    Ciekawy temat poruszyłaś 🙂

    • Ładnie i mądrze powiedziane 🙂 o to: A jeśli zdarzy się tak, że się rozwiodę, to nie będę żałować ślubu, bo go chciałam.

  • Ja się nie dziwię tylu rozwodom, skoro powodem większości ślubów jest niestety przede wszystkim ciąża, albo raczej powinnam powiedzieć: wpadka.

    • Serio jeszcze tak jest? Ja to w ogóle nie rozumiem pojęcia „wpadka” w przypadku dorosłych ludzi, przecież w dzisiejszych czasach nie ma problemu z antykoncepcją i każdy wie z czym to się je. Jak ktoś mimo braku chęci posiadania potomstwa uprawia seks bez zabezpieczenia (albo stosując metodę kalendarzykową lub przerywaną) to dla mnie to jest głupota a nie wpadka 🙂 to tak abstrahując od tematu naszego wątku 😉

  • Hmmm… Sama nie wiem… Jestem po ślubie, ale i Twoje myślenie jest mi bliskie… Czy ślub nie zmienia nic? Nie do końca. Nie jest to tylko kwestia zmiany nazwiska (przy czym ja nie zmieniałam, a dodałam). Z perspektywy widzę, że spełniło to jednak moje oczekiwania i dało jeszcze ciut. Byłam pełna obaw, ale nie żałuję. To była nasza decyzja, która traktujemy jak obietnicę: będziemy się starać bardziej, bo chcemy ze sobą być. Oczywiście, ludzie się zmieniają i nie chcę być jedną z tych, co to do grobowej deski, choćby nie wiem co, bo nie wypada… Ale ślub jest wynikiem nasze wiary – wiary w to, że będziemy umieli czynić się szczęśliwymi. Piszę „umieli” celowo, bo nie jest tak, że jesteśmy albo nie i koniec. Każdy związek – formalny czy nie jest wynikiem pracy i my sobie obiecaliśmy tą pracę. A dodatkowo mieliśmy piękną ceremonię (doceniam takie obrzędy i uważam, że warto „zaczarowywać” rzeczywistość. To było nasze święto, a znów jestem za tym, że życie (i związki) warto celebrować. Teraz mamy kolejną datę do świętowanie co roku 😉 Otworzyło to przed nami pewne możliwości (państwo jednak honoruje legalne związki, przy czym wcale nie twierdzę, że to super, bo uważam, że nie powinno dyskryminować tzw konkubinatów. I czego się nie spodziewałam, a jednak sprawia mi w jakiś sposób dużo radości: nie tylko ja zyskałam nową rodzinę. Nasi rodzice bardzo się polubili, spotykają się często, snują wspólne plany na przyszłość (czasem niestety także za nas;) ) Dzięki naszemu ślubowi mają nowe życie 🙂
    Mam nadzieję, że nie brzmi to wszystko płytko… To dla mnie duża sprawa, chyba tez dlatego wywoływała lęk, ale nie żałuję ani trochę. Ale trzeba jeszcze zaznaczyć, że nie o sam ślub dla ślubu chodzi, ale o podejście do związku i o drugą osobę

  • Starą panną nazwać siebie jeszcze nie mogę, bo nawet ćwierćwiecza za sobą nie mam. Jednak co do ślubu kościelnego, romantycznych i oklepanych motywów, sztucznej i wymuszonej tradycji/zaręczyn itd. – od zawsze jestem na nie. Jak na razie nie czuję potrzeby legalizowania czy „umagiczniania”(kościelnym) jakiegokolwiek związku jaki wystąpi w moim życiu. Moje historie miłosne jakoś też skutecznie odganiają ode mnie myśli o takim modelu życia 😉 Myślę, że jak na ciągłą i często bolesną naukę o naturze ludzkiej, to raczej tak zostanie i nie będę tego nigdy widziała w zbyt różowych barwach. Ale ja będę chciala kiedyś wyjść za mąż to pewnie to zrobię. Ślub kościelny jednak odpada całkowicie, bo jestem agnostyczką i planowana przeze mnie od kilku dobrych lat apostazja, z pewnością mi to uniemożliwi. Poza tym zgadzam się z każdym słowem, które napisałaś i być może jesteśmy trochę jak ta karta w tarocie- Królowa Mieczy-mądra,silna,niedostępna i roztropna 😉 W każdym bądź razie w tym temacie zbijam z Tobą piątkę!

  • Ze mną jest tak, że nie jestem zwolenniczką ślubu kościelnego. Po prostu ta cała wielka ceremonia z udziałem księży nie jest mi do szczęścia potrzebna. Ślub cywilny by mi w zupełności wystarczył.
    Gorzej już z ludźmi, którzy słyszą moją opinię… Nawet moja rodzina jest zniesmaczona gdy słyszy moje zdanie na ten temat. Zaczynają się teksty typu: „Ale jak to? przecież musi być kościelny!” itd.
    Niestety tak jest nasz kraj skonstruowany, że coraz bardziej wymaga ślubu kościelnego, np. gdy chcemy ochrzcić dziecko. Spotkałam się z sytuacją kiedy to dwóch księży odmówiło moim znajomym chrztu dziecka, dlatego że nie mieli ślubu kościelnego. Trzeci nie odmówił, ale mimo wszystko to trochę zniechęca…

  • W wieku 21 lat mogę powiedzieć, że od 7 jestem stale w związku. Aktualnie z trzecim mężczyzną i dopiero teraz z pełnym przekonaniem do jego potencjalnej kandydatury przyszłego towarzysza życia 🙂 Wizja taty prowadzącego mnie do ołtarza zamiast wzruszeń wywołuje na mojej twarzy cień uśmiechu – tak bardzo nieralne wydają się te obrazy, nawet w mojej głowie. Absolutnie zgadzam się z Tobą co do podejścia do ślubu kościelnego. Z resztą, do cywilnego też mam dobre.

    Nieco inaczej widzę samą „zasadność” bycia z kimś „do końca”. Lub choćby prób bycia (a załóżmy, że taką próbą jest np. przysięga składana w USC formalizująca prawnie związek). Ale może to dlatego, że perspektywa posiadania dzieci jest integralną częścią przyszłości, a zwyczajnie nie chciałabym ich pozbawiać szansy na to, czego sama zaznałam. Każde z rodziców nauczyło mnie czegoś innego. Zaróno twardych umiejętności jak i samego sposobu patrzenia na świat. Słowo tata czy mama wywołują u mnie uśmiech na twarzy i wiele bardoz pozytywnych historii. Uwielbiałam, uwielbiam przyglądać się temu jak rano piją razem kawę, patrząc na siebie jak para dzieciaków. Ta wizja jest tym, co trzyma mnie przy próbie stworzenia czegoś mocnego, silnego – nie do złamania przez pierwszą potężniejszą burzę.

    Uznajmy, że chłopak, który po wspólnym 2,5 roku nadal nie odstrasza a nawet potrafi jeszcze bardziej w sobie rozkochać ułatwia mi takie podejście do sprawy 🙂

    Podsumowując ten i tak zbyt długi komentarz, powiem krótko i raczej bez innowacji – niech każdy żyje w sposób, który da mu najwięcej szczęścia, bo dopóki nie krzywdzi tym drugiej osoby – nic nam do tego. Bardzo podoba mi się Twoje podejście, bo nie zamykasz się na żadną z opcji i nie przemawia przez Ciebie głupio-uparta-kobietka, która postanowiła sobie, że do końca życia będzie szaloną singielką.

  • Ja mam 37 lat, w zwiazku jestem od 4. I nie mysle o slubie. Nie jest mi potrzebny.
    Jedyna osoba, ktora widzi moje zycie jako nieszczesliwe jest moja babcia, ktora zyje jeszcze w innej epoce. Moi rodzice, przyjaciele zaakceptowali nasz wybor i nie czuje sie z tego powodu gorsza. Nie czuje tez zadnej presji ze strony otoczenia. Moze dlatego, ze jestem bardzo szczesliwa i wiem, ze szczescie w zwiazku mozna doswiadczyc dajac wolnosc drugiemu czlowiekowi. I czuje sie bardzo kochana.

    Slub to dla mnie jakas forma obowiazku, zobowiazania. A ja chce aby moja troska o mojego ukochanego wyplywala z serca a nie ze strachu, ze wszystko sie skonczy i zostane z niczym (takie argumenty wysuwala jedna z moich przyjaciolek). Powinnam dodac moze, ze nie mam dzieci i nie planuje. To tez moze miec znaczenie w moim postrzeganiu tego tematu.

    Taka harmonie mozna osiagnac tylko wtedy jak sie trafi na wlasciwa osobe. Co jest trudne zgadza sie. Ale w zwiazku wazne jest zaufanie, wolnosc i troska o druga osobe, ktora wychodzi z serca a nie z obowiazku. I absolutnie nie oczekuje, ze moj ukochany zrobi dla mnie to co ja robie dla niego. I to jest wlasnie roznica.

    Nie zakladam ile lat jeszcze bedziemy razem. Nawet jesli zdarzy sie, ze znow zostane singielka to sie bede tez cieszyc. Bo singielstwo to bardzo fajny stan. Ma nie mnostwo czasu dla siebie i spelnianiu swoich zachcianek i marzen. Ja widze wiele zalet w zyciu w pojedynke 🙂

  • To znak naszych czasów. Ślub jest dla mnie ważną decyzją. I dlatego się ślubuje, że do śmierci bo jest to decyzja podjęta głową. Miłość to nie zakochanie, nie emocja. Nie ślubujesz, że się nie zakochasz. Ślubujesz, że będziesz wierna swojemu mężowi choćbyś . Bo taką podjęłaś decyzję. Dzisiaj ludzie albo się boją takich decyzji bo są niewygodne, wymagające albo je lekceważą.
    Patrząc na to z perspektywy osoby wierzącej – ślub daje kopa. Pomaga w pracy nad sobą – a praca nad sobą pomaga nam przestać być egoistami. Ale to dość niemodne dawać z siebie trochę więcej…

    • Ok. Ale gdzie jest granica tego dawania z siebie więcej…? Jeśli np. mąż zdradzi żonę albo z biegiem lat przestanie ją uszczęśliwiać, zmieni się… To jak długo ta żona ma dawać z siebie więcej i więcej i odmawiać sobie lepszego życia, bo przysięgała?

      • W takich momentach brakuje mi przycisku Lubię To!

      • to już jest wchodzenie na grząski teren wiary… kto nie wierzy, że „tracić to zyskać” – no nie udźwignie małżeństwa sakramentalnego… i uwaga! nie mówię, że dać się sponiewierać, o nie! nawet w Kosciele istnieje instytucja separacji, o której swietnie i konkretnie mówi ks. Dziewiecki – już brak miłosci ze strony męża jest powodem, żeby odmówić współżycia – więc o biciu i gwałtach pod wpływem alkoholu nie może być mowy! kobieta powinna odejsc i dzis Kosciół jej to uniemożliwia

        niemniej rozwodu i tak nie będzie – i tutaj leży to owe „tracić to zyskać”… kto dobrowolnie zgodzi się na utratę miłosci, marzeń, ciepła, dobra? no nikt – a jednak istnieje spora garstka osób zdradzonych, a wiernych swojej przysiędze… i ja ich podziwiam

        pozostaje mi tylko powiedzieć: wcale się nie dziwię, że ludzie własnie z tych powodów nie chcą katolickich małżeństw… a jednak moja osobista wiara popycha mnie do tego, że gdybym kochała naprawdę… zaryzykowałabym takie mażłeństwo – już na moją zupełną i wyłączną odpowiedzialnosć 😀

        p.s. Agniszka, naprawdę SUUUPER temat!

      • Oczywiście może się zdarzyć taka sytuacja, że mąż (który również ślubował!) stanie się oprawcą. Wtedy należy podjąć stosowne działania. Nie sądzę, żeby ktokolwiek wtedy potępiał taką osobę. Zresztą to strasznie ciężka sytuacja, którą zapewne ciężko zrozumieć tak w ogóle. Jednak moim zdaniem taki rozwój zdarzeń to jednak skrajność. Słyszymy o tym dużo – ale w dzisiejszym świecie więcej się w ogóle słyszy o złych rzeczach niż dobrych.
        W moim poprzednim komentarzu mówię o sytuacji, kiedy ludzie nie chcą brać za siebie nawzajem odpowiedzialności. A może raczej podjąć odpowiedzialności za coś wielkiego – czym jest założenie rodziny. To jest ryzyko, oczywiście, skok w przepaść można powiedzieć. A życie na „kocią łapę” wydaje się w takim wypadku bezpieczne i bez ryzyka. To daje takie przekonanie, że w razie czego można się rozstać.
        Czy jednak kobiecie kochającej swojego mężczyznę będzie mniej boleśnie od niego odejść jeśli ją uderzy jeśli nie będzie w małżeństwie? Po wielu latach spędzonych razem?
        Jeśli dla kogoś ślub nie ma znaczenia to faktycznie, niewiele zmieni jeśli ten ślub weźmie (po ludzku). Nie jestem zdania, że wszyscy powinni brać ślub. Uważam nawet, że powinno być trudniej wziąć ślub kościelny. Powinno być więcej rozmowy, więcej uświadamiania. Powinno się przyłożyć jak najwięcej starań, żeby ślubu nie brał nikt kto nie jest świadomy co ślubuje. A kwestia nacisku społecznego na branie lub niebranie ślubu jest w sumie odrębną sprawą.

  • Jestem na tak! Najwyższy czas przeciwstawić się głupiej tradycji naszych rodziców, dziadków itp. Udają świętych, z tradycjami i zasadami, przysięgają, po czym duża część z nich ma na koncie rozwody, zdrady lub co najgorsze stracone lata w małżeństwie bez miłości (bo przecież przysięgli przed Bogiem, że bez względu na wszystko będą obok siebie). Osobiście jestem w 7 letnim, udanym związku i nie sądzę aby ślub uczynił mnie szczęśliwszą.

    • Czasami ludzie przez wzglad na wyznawana religie chca zalegalizowac zwiazek. Sumienie nie pozwala im na zycie na kocia lape. Ja tego nie potepiam, choc sama pomimo iz jestem wierzaca, slubu nie potrzebuje. U mnie wywoluje pewnego rodzaju opory przez bycie zaleznym od kogos. JEstem szczesliwie zakochana od wielu lat i pomimo, iz kocham mojego partnera przeogromnie to nie uwazam, aby slub cokolwiek zmienil. A argument typu, bo jak sie jest w malzenstwie to sie walczy o milosc, do mnie nie przemawia. Bo jak komus zalezy i widzi szanse na na wygranie walki o milosc to mozna to zrobic zyjac w partnerskim zwiazku.
      Przyznam tez, ze niewielu sposrod moich znajomych czy przyjaciol rozwiodla sie. Wiekszosc jest w trwalych zwiazkach malzenskich i dosc szczesliwych 🙂

      • ” bo jak sie jest w malzenstwie to sie walczy o milosc,”… Widzę to raczej tak, że trudniej jest nie walczyć, trudniej w chwili emocji trzasnąć drzwiami i spalić za sobą mosty… Nie mówię o skrajnych przypadkach bicia, zdrad itp, ale o codziennych relacjach… Dziś wszyscy mamy dość roszczeniowe podejście. Coś nam się nie podoba, zmieniamy to. Coś nam nie pasuje w pracy, zmieńmy, nie to miasto, zmieńmy… I to okey – mamy dużo możliwości. Ale czy nie jest to aż do przesady? Mój znajomy niemal co rok zmienia pracę i ciągle jest niezadowolony. Nasze wymagania ciągle tylko rosną, a jak coś nam nie odpowiada, szukamy dalej, bo przecież mamy prawo być szczęśliwi. Owszem, mamy, ale szczęście nie przychodzi samo z siebie… Oczywiście ślub nie jest żadnym gwarantem, tak samo jak jego nie branie. Ale takie podejście pozwoliło mi ślub wziąć i mimo mojego również ambiwalentnego do niego podejścia, nie żałować. Może się kiedyś rozwiodę, bo nie było to dla mnie „teraz już nie ma odwrotu”, ale było OBOPÓLNYM stwierdzeniem, że nie damy się tak łatwo. Ktoś inny może to sobie postanowić bez ślubu i też super, jestem tylko przeciwnikiem postawy” nie jesteś w 100% tym, czego szukałam, poszukam dalej” (i znów nie twierdzę, że każdy związek za wszelka cenę musi być do końca życia) 🙂

  • Ciezki temat!Ja jestem szczesliwa mezatka od 5 lat!Kazdy zwiazek czy malzenstwo-wymaga pracy nad soba nad zwiazkiem!Mysle ze to sprawa indywidualna kazdego czlowieka!Slub koscielny,cywilny niczego nie zmienia po rozwodzie kazdy z nas idzie w swoja strone!bo jestesmy wolni!Nic nie laczy nas na cale zycie!ja nie zaluje!nie wyobrazam zycia z kims innym!Pozdrawiam

  • Najgorsze jest to, że w Polsce tak bardzo zwraca się uwagę na to czy ktoś jest po ślubie czy nie. Presja rodziców, docinki, nierówne traktowanie – zmiany ida jak po grudzie. Ja żyłam ze swoim obecnym mężem 7 lat bez ślubu i super nam było, bo i tak żyliśmy jak małżeństwo. Wzięliśmy dopiero teraz ślub cywilny,ale chyba bardziej ze względów praktycznych, formalnych. Tak jak piszesz – 10 minut, żadnego wesela, tylko obiad dla rodziny – super, bardzo nam to odpowiadało i drugi raz zrobiłabym tak samo:) Przykre jest to, że nieraz pary, które żyją ze sobą wiele lat, mają dzieci, mieszkają dosłownie jak małżeństwa nie mają takich praw jak żyjący w formalnym związku. Tyle było o związkach partnerskich i co? …i nic i obawiam się, że długo to się nie zmieni.

    • Masz rację, dla mnie to jest niefajne, że np. w przypadku wypadku partnera nie jestem traktowana jak członek rodziny i tylko od dobrej woli lekarzy zależy czy będą mnie informować o jego stanie. To tylko taki przykład, pierwszy, który mi przyszedł na myśl. Ale w sumie gdyby związek partnerski też trzeba było jakoś formalnie legalizować, to już mogę wziąć ślub cywilny, wtedy przynajmniej nie będę miała problemu z nazywaniem swojego partnera, bo teraz mnie to irytuje ;). Nie mąż, na chłopaka już raczej za stary, partner brzmi bardziej biznesowo…

      • Konkubent… chociaż kojarzy mi się bardziej z programów informacyjnych i to w negatywny sposób..:)

        • Mówię tak czasem żartobliwie, przekornie 😉 to słowo ma zdecydowanie kiepską sławę i fatalnie się kojarzy, niestety 🙂

  • Ja ślub wzięłam w tym roku – kościelny z weselem (takim dla najbliższych). Zdecydowaliśmy się po siedmiu latach związku. Znaczy ja zdecydowałam się dużo wcześniej, ale czekałam aż P. stwierdzi, że też tego chce. W końcu nic na siłę 🙂

  • Z perspektywy osoby wierzącej i praktykującej mogę powiedzieć tyle: ja sobie nie wyobrażam małżeństwa bez pomocy Boga, bo faktycznie wytrzymanie z jedną osobą i bycie z nią na dobre i na złe (a to złe czasem potrafi być paskudne) jak to się przysięga w Kościele, po ludzku może być czasem niemożliwe. A jeśli partner lub oboje są wierzący, łatwiej jest im się zmieniać, pracować nad sobą, rozumieć swoje błędy. My prosimy Pana Boga o pomoc i o siłę w trudnych sytuacjach, bo nasze małżeństwa też często gęsto są trudne, skopane i bolesne. Ale jak się dostanie taką siłę to można góry przenosić 😀 Także -oczywiście mówię z perspektywy osób wierzących- ślub w postaci papierka nie zmienia dla nas nic. Ale w postaci przysięgi złożonej przed naszym Bogiem – zmienia wiele.
    Miłości i wytrwałości wszystkim życzę. I żeby każda z Was znalazła swojego Mr. Right 😀

  • Ja jestem weteranką, w marcu stuknie mi i mojemu Księciu 12 lat 🙂 Pierścionek zaręczynowy na palcu mam już od wielu lat 🙂 Ślub mogę brać nawet dzisiaj ale chcielibyśmy zrobić wszystko za swoje, więc czekamy, zbieramy i słuchamy z każdej strony „Ile można? Wszyscy się z Was już śmieją”, „Kaśka już jesteś starą panną”. Wiesz co? Walić to, jestem w 12 letnim szczęśliwym związku i to jest najważniejsze 🙂

  • Każdy ma prawo wyboru. Jeśli Tobie dobrze jest bez ślub to nic nikomu to tego. To Ty żyjesz w tym związku i to Tobie ma być dobrze. Nie mama, nie babcia nie ciocia a TY masz czuć, ze jest Ci dobrze:))

  • do małżeństwa trzeba się nadawać, ja widzę to kiedy patrzę na moich dziadków dzisiaj mija 55 lat od ślubu, a oni nadal rozmawiają ze sobą jak by mieli 18 lat a nie te ok 80.

  • A ja bardziej wypowiem się na temat zaręczyn etc. obserwuję moje znajome czekąjace przez cały czas trwania związku na zaręczyny i zaczyna mnie to przerażać… No litości, czy naprawdę do prawdziwej miłości potrzebna jest Wam mini obroża ? Poza tym chłopak naprawdę będzie wiedział kiedy nadszedł i czy w ogóle nadejdzie moment w którym zechce się Wam oświadczyć więc nie rozumiem pewnej manipulacji uczuciami itd… A o małżeństwie nie myślę 😀

  • Rany, dokładnie jakbym niektóre zdania tutaj sama napisała. Także do pewnego momentu nie mogłam ogarnąć tego tematu. Jednak jeden moment i wszystko znika. Dopiero wtedy człowiek uświadamia sobie, że nic nie trwa wiecznie. I tak, wg mnie miłość która nie wygasa to ta miłość matki do dziecka – każda inna jest ograniczona ‚wypaleniem’.
    I powoli zaczynam o sobie myśleć, tak jak większość cioć to robi, o sobie jak o starej pannie. Hah…

  • Ja w związku jestem od prawie 7 lat, z tym samym mężczyzną (znamy się jednak z moim K. od podstawówki, można powiedzieć, że „stara miłość nie rdzewieje” bo w tamtym czasie też byliśmy przez chwilę parą ;)), który wcześniej był moim przyjacielem. Mam 25 lat i chcę ślubu. W tym roku bierzemy cywilny a kościelny z weselichem za 2-3lata. W sumie nie wiem dlaczego tak bardzo chcemy tego ślubu, skoro i tak żyjemy już jak małżeństwo.. przeżyliśmy wiele i wiemy oboje, że w każdej sytuacji możemy na siebie polegać, bo jesteśmy nie tylko partnerami – ale też – przyjaciółmi, kumplami.. na dobre i na złe 😉 Myślę, że ta chęć formalizacji to jakaś bliżej nieokreślona wewnętrzna potrzeba płynąca i ze mnie i z niego.. ja chcę nosić jego nazwisko, On tego chce, chcemy stworzyć rodzinę. Ale rozumiem o co Ci chodzi i nie mogę powiedzieć, że się z Tobą nie zgadzam – bo się zgadzam. Gdyby nie ta nasza wewnętrzna potrzeba, zapewne też nie bralibyśmy ślubu, bo to w niczym nie jest nam niezbędne (no może poza cywilnym, on jednak wiele spraw ułatwia jak chce się budować wspólne gniazdko). Nie zgodzę się tylko z tym, że miłość kobiety i mężczyzny nie jest bezinteresowna, myślę, że to zależy wszystko od tego jacy ludzie się ze sobą dobrali, jaką relację zbudują, czy będą dla siebie po prostu przyjaciółmi i prawdziwymi partnerami 🙂

    • Pisałam, że nie jest bezwarunkowa, a nie bezinteresowna 🙂

  • A ja się nie przyglądam statystykom, tylko tym, co widzą moje oczy na co dzień i jakoś widzę same szczęśliwe małżeństwa, ale to chyba moja rodzina tak ma 😉 Pan Taksówkarz – przeciwnik małżeństwa – widzi z kolei same rozwody wśród swoich znajomych…. A tak serio to myślę, że trzeba się tylko i wyłącznie przyjrzeć swoim potrzebom, marzeniom i celom.

  • Jestem 20 lat mężatką i to co do tej pory uważam za swoją życiową porażkę to fakt , że uległam rodzinie i zdecydowałam się na formalny ślub. Instytucja małżeństwa jest bardzo mocno przereklamowana . Pamiętajcie ! Wesele i biała sukienka to tylko jeden dzień , potem zostaje całe życie ! A to całe życie to dzień po dniu godzina po godzinie docieranie się i ustępstwa . I to co z uśmiechem robimy na początku związku potem robimy już tylko z westchnieniem . Jestem pełna podziwu że w 21 wieku jeszcze są chętne dziewczyny aby wychodzić za mąż . Ja zrobię wszystko aby moja córka nie popełniła tego błędu . Czy wiecie jakie są historyczne fakty po co i dlaczego jest małżeństwo ? Mąż potrzebny był do przynoszenia wody , węgla , pomocy przy ciężkich pracach fizycznych , żona do gotowania itp. Niestety zabrzmi to jak żart ale bardzo istotna jest klasa społeczna z której pochodzimy , miejsce gdzie żyliśmy , nasze przyzwyczajenia. Mmiłość i fascynacja kończą się po ok . 3 latach. Potem to już tylko szara codzienność …

    • W takim razie nie powinnaś pisać, że porażką był ślub tylko że porażką był wybór partnera. Skoro piszesz że po 3 latach mija fascynacja to może nie trafiłaś na właściwego? Z papierkiem czy bez, o związek trzeba walczyć i o niego dbać, a szara codzienność dotyka związki ze ślubem i bez.
      Pytanie tylko dlaczego nie skorzystałaś z instytucji rozwodu?

  • Wiesz co, wydaje mi się, że wszystko zależy od tego, jaki się ma charakter. Jedni są tacy, którzy się szybko zakochują, bardzo mocno, ale też szybko odkochują. Innym bardzo ciężko się zakochać, ale gdy już to zrobią to na całe życie. Pewna austriacka księżna, po śmierci swojego męża do końca życia nosiła żałobę, ponieważ bardzo się kochali i spłodzili 8 dzieci. Z kolei Henryk VIII należał do I kategorii osób, które opisałam. Poza tym, jeśli już tworzymy rodzinę (są dzieci), to zazwyczaj mamy jedno nazwisko, tworzymy team, co jest plusem małżeństwa. W związkach partnerskich mamy tatę Nowaka, dzieci – małych Nowaków i mamę – Kwiatkowską, ta kobieta z samej jest już outsiderką.

  • Fajny wpis i mocny (odwazny) tytul. Nie moglam sie oprzec i napisalam o nim u siebie. Pozdrawiam Bea (Hardaska)

  • Ja rozumiem przekaz i właściwie się zgadzam ze wszystkim chociaż nie ukrywam chciałaby kiedyś wziąć ślub kościelny ze względu na saą cereonię i białą suknię (hahaha wiem, banalne i kiczowate ale jakoś tak fajnie by było). Cała reszta, która w sumie powinna być najważniejsza taka nie jest imo. Nie rozumiem ludzi, którzy pobierają się po 5 latach związku bo już proa, bo za długo zwlekają. Często nie mieszkają razem [sic!!] aż do ślubu właśnie a potem okazuje się, że te skarpetki to przeszkadzają, że ona późno wraa z imprez i zdaża jej się zapalić i w ogóle wychodzi milion innych rzeczy. Nie jestem w ogóle w stanie zrozumieć jak ożna pdoejować decyzje o poważnym związku bez zamieszkania razem (a mówiąc poważny związek wcale nie chodzi mi o małżeńtwo!). Także zgadzam się, widzę też po moich znajomych, że ich małżeństwa wcale nie przetrwają do grobowej deski, a wśród niektórych ten kawałek metalu na palcu faktycznie = zaklepana, punkt żona/mąż można odhaczyć a teraz mam wszystko w dupie i skupiam się na innych rzeczach.. Przykre ale prawdziwe.

    • Ja też na pewno nie zdecydowałabym się na ślub bez wcześniejszego mieszkania razem. Dla mnie to jak kupowanie kota w worku – wspólne mieszkanie może obnażyć wiele problemów i niepożądanych u partnera cech charakteru.

      • Dokładnie, a jednak ja znam wiele osób, które decydują się na taki krok. Mnie wydaje się to zbyt ryzykowne.

  • W życiu liczy się miłość, każdy na miłość ma inny sposób. Jedni lubią patrzeć sobie w oczy a inni wyjeżdżać osobno na wakacje. Nie widzę powodu, żeby krytykować ludzi biorących śluby kościelne bądź żyjących w związku bez papierka.
    Każdy musi znaleźć sposób na siebie i wspólnie z partnerem podejmować decyzje dotyczące związku.
    Ważne, żeby być fair w stosunku do siebie i postępować według własnych przekonań a nie widzimisię innych osób.

    Napisała szczęśliwa mężatka od 4 lat 😀

  • Ja również w pełni zgadzam się z Twoim wpisem… Moja rodzina (i znajomi powoli też) zaczynają myśleć o mnie jak o starej pannie… No bo wszystkie koleżanki już od dawna mają mężów/narzeczonych, no a ja nie… Cóż, dobrze mi tak jak jest i nie w głowie mi tego typu rzeczy… Będę się martwić jak będę miała 40 lat na karku i nadal nie zmienię swojego stanu cywilnego… 🙂 Pozdrawiam!

  • Pingback: 4 Kreatywne metody promocji bloga, nawiązywania kontaktow w blogosferze i przyciągania nowych czytelnikow. | VADEMECUM BLOGERA()

  • Bardzi dobrze piszesz kochana – nic dodać, nic ująć! Mam lat 30, jest ktoś, kogo kocham. Ja żyję sobie szczęśliwie na kocią łapę, a znajomi w moim wieku często właśnie się rozwodzą. Ja dziękuję bardzo!

  • Angelika

    Przeczytałam Twój wpis, przemyślałam i postanowiłam wrócić z odpowiedzią. Też tak jak Ty żyję w wolnym związku z chłopakiem na tak zwaną kocią łapę – z różnych powodów. Też tak jak Ty (na razie) nie chcę wychodzić za mąż i mam podobne przeczucia i przekonania i dużo rozwodników wśród znajomych. Mimo wszystko nie postawię nigdy znaku równości między małżeństwem a związkiem na kocią łapę- w którym sama żyję. Uważam, że ludzie pobierają się a potem rozwodzą tak często i gęsto dlatego że mylą małżeństwo z tak zwanym byciem ze sobą bo się kochamy. W moim odczuciu powodem do zawarcia małżeństwa powinno nie być tylko i wyłącznie chęć wspólnego spędzenia ze sobą życia, ale przede wszystkim chęć założenia rodziny z odpowiednią, ukochaną osobą. Mam tu na myśli posiadanie dzieci. Chociaż małżeństwo bez dzieci też uważam za rodzinę, ale ludzie zawarli je właśnie z tą intencją. Rodzinę, gdy się założy to sie już jej nie odzałoży. Ona pozostaje na zawsze. Nie można przestać być mamą i tatą nawet gdy się owe dzieci porzuci. Rodzina, zostanie matką ojcem to jest coś co będzie z Tobą do końca życia. I dlatego małżeństwo to jest coś co dodatkowo scala rodzinę, mimo wszystko też pomaga prawnie w wielu sprawach. Dużo ludzi bagatelizuje tak zwane nauki przedmałżeńskie gdzie wyraźnie się mówi o tym z czym wiąże się małżeństwo – ludzie mówią sobie co ta klecha może wiedzieć. Naoglądają się romantycznych komedii a potem gdy się okaże że małżeństwo to nie pluszowy miś ani kwiaty, ani całusy małe ani duże ale miłość jest gdy jedno spada a drugie ciągnie je ku górze! Święte słowa piosenki zespołu Happysad, którą powinni poznać wszyscy narzeczeni. Ja właśnie zdając sobie sprawę jaka to jest odpowiedzialność i jak bardzo trzeba być dojrzałym i pewnym siebie i partnera – nie jestem wstanie jeszcze założyć rodziny i złożyć przysięgę czy to przed Bogiem czy przed urzędnikiem państwowym. Dlatego, że nie jestem jeszcze na to gotowa. Chcialabym kiedyś być ale nigdy nie wyjdę za mąż wbrew sobie. Nie wszyscy do małżeństwa się nadają, tak samo jak nie każdy się nadaje by być dentystą. Dlatego tym bardziej wkur… mnie teksty ludzi którzy wiercą dziurę w brzuchu, że trzeba się hajtać. Jak nieodpowiedzialnym i głupim człowiekiem trzeba być by innym takie rzeczy jak małżeństwo czy dzieci narzucać. A jeszcze większą głupotą jest uleganie takim idiotom. I tyle w tym temacie. 🙂

  • Serena

    Jestem singielką i dobrze mi z tym. Mam 25 lat. Nie byłam w związku i przyznaje nie chcę. Mam złe wzorce z domu co do związków. Nie miałam okazji realizowania siebie. Chodzi mi to że pojechałabym sobie w różne miejsca i tak dalej. Poza tym interesuje się motoryzacją i ta pasja jest ważna dla mnie. Mało który facet by zrozumiał to że kobieta może mieć pasje zwłaszcza takie. Nie chce też i dzieci. Miałabym poczucie że dziecko by mi odebrało możliwość realizowania siebie. Zaraz by wkroczyła moja toksyczna matka zabraniając mi różnych rzeczy. Nie chciałabym by powtórzyła się historia jaką widziałam jako dziecko. Mama zapowiadała mi że wnuki to rozpuści.

    Do tego związek to mi się kojarzy z egoizmem bo jest się z kimś bo w razie jak się złamie nogę to żeby miał kto pomóc, albo żeby miał kto podać szklankę wody na starość. Nie jestem zdolna do kochania.