Jak zaakceptować siebie – moja droga do samoakceptacji i bycia sobą

Mam wrażenie, że słowo “samoakceptacja” mylnie kojarzone jest głównie z akceptacją swojego wyglądu zewnętrznego. Dla mnie jednak oznacza ono zdecydowanie więcej. Samoakceptacja to pogodzenie się z sobą samym na każdej życiowej płaszczyźnie. To polubienie nie tylko swojego odbicia w lustrze, ale i siebie jako człowieka, a także zaakceptowanie momentu w życiu, w którym się ten człowiek znajduje. Dla mnie to jest ściśle związane z życiem tu i teraz. 

samoakceptacja - jak zaakceptowac siebie

Dlaczego mamy problem z samoakceptacją?

Mam wrażenie, że samoakceptację w dużej mierze wynosi się z domu. To, jak wyglądał nasz dom rodzinny i to, jak byliśmy w nim traktowani, ma wpływ na całe nasze życie. Mocno kształtuje nas też środowisko, w którym poruszamy się poza domem – szkoła, znajomi, sąsiedzi… Ciężko jest polubić siebie, kiedy ciągle ktoś na nas narzeka, albo wręcz się z nas wyśmiewa. Wierzę jednak, że w dorosłym życiu każdy może nabrać dystansu do tego, co było w młodości i spojrzeć na siebie przychylniejszym okiem… A docelowo też w pełni zaakceptować siebie i swoje życie, ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami i “fanaberiami”. 

Ja, oprócz kompleksów zewnętrznych, we wczesnej młodości miałam duży problem z zaakceptowaniem mojej introwertycznej natury. Zawsze różniłam się nieco od innych, nie przepadałam za imprezami, w moim życiu towarzyskim było mało spontaniczności, ważną dla mnie rolę odgrywał czas spędzany z samą sobą. I często od różnych osób słyszałam, że to jest złe. Że powinnam wyjść do ludzi, że powinnam być bardziej otwarta na ich propozycje, że powinnam się dostosować. I wtedy wierzyłam, że oni mają rację, miałam do siebie żal o to, jaka jestem… Biczowałam się emocjonalnie z tego powodu i często robiłam coś wbrew sobie. Owszem, bywało, że wychodziło z tego coś fajnego, ale bywało też tak, że czułam się w danej sytuacji bardzo niekomfortowo. Na szczęście już od dobrych kilku lat wiem, że jedyne, co powinnam, to żyć w zgodzie ze sobą. Uświadomienie sobie tego całkowicie zmieniło moje życie i pozwoliło mi wreszcie na bycie sobą. 

Druga rzecz to oczekiwania. Ludzie zawsze będą od nas oczekiwać, żebyśmy byli mniej lub bardziej “jacyś”. Przykładowo bardziej uśmiechnięci, mniej kontrowersyjni, bardziej ugodowi, mniej pesymistyczni… Jeśli będziecie coś tworzyć, ludzie będą chcieli decydować również o tym. Przykładów nie trzeba daleko szukać, chociażby na moim blogowym podwórku dobrze widać, że ludzie próbują mieć wpływ na to, jakie treści my blogerzy publikujemy. I nie chodzi mi tu bynajmniej o prośby w stylu “fajnie, gdybyś napisała o tym”, tylko bardziej pretensje “nie podoba mi się, że mówisz o swoim życiu prywatnym / omijasz prywatne pytania / pokazujesz dziecko / majtki / kota / nieosiągalny dla pracownika etatowego styl życia / drogie podróże”. Oczekiwania różnych osób często są sprzeczne i spełnienie wszystkich (gdyby ktoś się ugiął i miał takie ambicje) jest absolutnie nierealne. Im szybciej wszyscy to zrozumiemy, tym lepiej dla nas. Szkoda czasu i energii na oczekiwanie czegoś od obcych ludzi. I tu anegdotka, o której chętnie wspominam, bo jest dla mnie klasycznym przykładem na to, jak absurdalne jest oczekiwanie czegoś od innych. Dostałam kiedyś na Instagramie wiadomość, że nie powinnam tak często pytać swoich odbiorców o zdanie i przepraszać ich za coś, bo powinnam być sobą i robić po swojemu. Nie pamiętam o co chodziło, nie uważam, abym często za coś przepraszała, ale zamiast tłumaczyć się, że wcale nie robię tego tak często, napisałam: “Zgodnie z Twoimi oczekiwaniami pozostanę sobą i jeśli będę miała ochotę zapytać o coś moich odbiorców lub ich za coś przeprosić, to będę to nadal robić”. Jaką otrzymałam odpowiedź? Coś w stylu” Aha, no to jest nam nie po drodze, miło było, ale unfollow”. Dalszy komentarz myślę, że jest zbędny :). 

Jak zaakceptować siebie?

Mam wrażenie, że to działa w obie strony. Że aby pozwolić sobie na bycie sobą i zaakceptować siebie, trzeba dać spokój też innym. Trzeba zrozumieć, że Zosia ma prawo nie mieć ochoty na piątkową imprezę, a Asia może wrzucić na Facebooka zdjęcie w bieliźnie, jeśli tylko jest to zgodne z jej poczuciem estetyki, granicami prywatności itd. Twoja przyjaciółka może palić papierosy (choć ty masz prawo prosić, aby nie robiła tego przy tobie), a twój ukochany rodzic ma prawo gardzić sportem, choć ty wiesz, że to jest dla niego złe. Ja wiem, że trudno się z tym pogodzić, ale ci wszyscy otaczający nas ludzie mają pełne prawo być sobą i postępować inaczej, niż my byśmy od nich oczekiwali. I tak samo musimy zrozumieć, że inni nie mają prawa oczekiwać nic od nas. I oczywiście nie mówię teraz o klientach, którzy oczekują od nas wykonania pracy w terminie 😉 mam nadzieję, że rozumiecie, jakiego rodzaju oczekiwania mam na myśli. 

Nie pamiętam tego momentu, kiedy dotarło do mnie, że nie muszę być ani idealna, ani taka, jaką chcieliby mnie widzieć inni. Wydaje mi się, że na początku jeszcze czułam potrzebę tłumaczenia się innym ludziom ze swoich “fanaberii”. Przykładowo miałam chyba z 15 argumentów na uzasadnienie tego, że praca w domu może być o wiele korzystniejsza od pracy na etacie, w biurze. Zazwyczaj nie spotykało się to ze zrozumieniem z tej drugiej strony, bo ta osoba miała zupełnie inną wizję idealnej pracy i była zamknięta na inne opcje. Z czasem uświadomiłam sobie, że wdając się w dyskusję tracę czas i nerwy. Dziś moja odpowiedź jest jedna. Pracuję w domu bo testowałam różne opcje i ta jest dla mnie najlepsza. Tak naprawdę na wszystko mam jedną, prostą odpowiedź. Dlaczego w tym wieku nie mam obrączki na palcu i dzieci? Bo do tej pory tego nie chciałam. Dlaczego nie zmieniam mieszkania na większe? Bo na ten moment nie mam takiej potrzeby. Dlaczego kupiłam samochód z salonu, mimo że to takie nieopłacalne? Bo z różnych powodów tę opcję uznałam za najlepszą.

Postępuję zgodnie ze swoimi aktualnymi potrzebami i w związku z tym nie żałuję swoich decyzji. Akceptuję je i jeśli one są w porządku dla mnie i nikogo nie krzywdzą, to znaczy że ogólnie są OK i nie muszę się z nich tłumaczyć. Co więcej – w każdej chwili mogę zmienić zdanie i to też jest OK. Na tym właśnie polega samoakceptacja. 

A wygląd? Doskonale wiem, co znaczy mieć problemy z samoakceptacją na tym polu. W życiu miałam dwa poważne kompleksy. Trądzik i krzywe zęby. Były to rzeczy, których nie byłam w stanie zaakceptować… Często słyszałam np. od swoich ciotek komentarze “Biedactwo, byłabyś ładna, gdyby nie ten trądzik”. Dlatego w pierwszej kolejności naprawiłam te dwie rzeczy, bo one jak najbardziej były do naprawienia. Kosztowało mnie to wiele czasu, pieniędzy i wysiłku, ale uważam, że pozbycie się kompleksów jest tego warte. Dzięki temu teraz przez 90% dni w roku chodzę bez makijażu (mimo że moja cera nadal jest daleka od ideału) i uśmiecham się szeroko, bo uwielbiam swoje zęby po aparacie ortodontycznym (choć też idealne nie są). Czy to znaczy, że teraz uważam swoje ciało za perfekcyjne? Z obiektywnego punktu widzenia na pewno takie nie jest, ale pozostałe jego “mankamenty” w ogóle mi nie przeszkadzają. Gdyby przeszkadzało mi na przykład moje płaskodupie, zaczęłabym je trenować. Jeśli tego nie robię, to znaczy, że to akceptuję.

Mam prawo być nieidealna, nie muszę się wszystkim podobać, bo nie jestem od tego, żeby zaspokajać czyjeś potrzeby estetyczne. Żyję po to, aby przeżyć swoje życie jak najlepiej, a robienie przysiadów z obciążeniem w tym momencie nie budzi we mnie pozytywnych emocji. 

Nie muszę być miła dla ludzi, którzy nie są mili dla mnie. Mogę czasami kupić coś w jednorazowym plastiku. Mogę nie być weganką, bo chcę czasami zjeść pizzę z serem czy makaron z parmezanem. Mogę też brzydzić się surowego mięsa, nigdy go nie dotknąć i nie wchodzić do sklepu mięsnego. Mam pełne prawo być domatorką i nie chodzić z Wojtkiem na koncerty, które on uwielbia a ja szczerze ich nie znoszę. Mam też prawo mieć swoje depresyjne nastroje, albo wkurzyć się czasami na wścibskich ludzi za wchodzenie z buciorami w moją prywatność. Nie muszę zmuszać się do “small talk” z kimś, kogo nie lubię. Nie muszę się chirurgicznie odmładzać, mimo że zmarszczki powodują u mnie “bitch face”. I wy też nie musicie robić nic wbrew sobie. Pozwólmy sobie wszyscy na bycie sobą. Sobie samym i sobie nawzajem. 

Jeszcze rozwinę, bo widzę po jednym komentarzu na Instagramie, że mój przekaz nie został do końca zrozumiany :). W moim podejściu nie chodzi o to, że mamy przestać się rozwijać i doskonalić, albo być egoistą i siebie stawiać zawsze na pierwszym miejscu. Przykładem jest ten aparat ortodontyczny – moje krzywe zęby mnie “uwierały”, więc je poprawiłam. Tak samo, jak uwierały mnie pewne cechy mojego charakteru, więc poszłam na terapię. Samoakceptacja nie oznacza, że mamy stanąć w miejscu i przestać odczuwać potrzebę rozwoju. Uważam jednak, że w tym samodoskonaleniu są pewne granice i że pewnych swoich cech nie musimy zmieniać, nawet jeśli nie podobają się one innym. A czy życie na swoich zasadach oznacza stawianie siebie zawsze na 1 miejscu i egoizm? Też nie. Uważam się za empatyczną osobę, która chętnie daje coś od siebie innym. Nijak nie kłóci się to z moim podejściem, że moje potrzeby też są ważne. Tym bardziej, że jedną z moich potrzeb jest pomaganie potrzebującym. I jeśli np. mam do wyboru spędzić wieczór w domu, czy pomóc przyjaciółce w przeprowadzce, to na pewno wybiorę to drugie. Mam nadzieję, że teraz jasno wszystko wyjaśniłam 🙂

Jestem bardzo ciekawa, jaka jest Wasza definicja samoakceptacji i jak do niej doszliście. Komentarze są do Waszej dyspozycji 🙂

Kategorie: Szczęście, Zdrowy duch

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.