Dość gloryfikacji zajętości, czyli dlaczego warto mieć czas

Zjawisko gloryfikacji zajętości zastanawia mnie już od dość dawna. Niby dużo pisze się teraz o uważnym życiu (czy jak kto woli „slow life”), a jednak wciąż dużo ludzi z pewną dumą i satysfakcją mówi o swoim zapracowaniu i braku czasu. A przyznanie się do posiadania sporej ilości czasu wolnego, przez niektóre osoby może być odbierane wręcz jako przejaw życiowego nieudacznictwa. Bo przecież jeśli masz czas, to pewnie masz mało pracy, a to oznacza, że za bardzo sobie nie radzisz… A ja właśnie uważam, że warto mieć czas i że nie ma w tym absolutnie nic złego, wręcz przeciwnie!

IMG_4732

Sama czasami przyznaję, że mam dużo pracy i że na pewne rzeczy nie starcza mi czasu. Ale jeśli powiem Ci, że np. nie mam czasu na jakieś spotkanie lub zlecenie, a potem „przyłapiesz mnie” na wrzuceniu na Instagram fotki jak czytam książkę, to musisz o czymś wiedzieć. Są rzeczy, na które zawsze znajduję czas, nawet kiedy w zapracowanym okresie teoretycznie mam go bardzo mało. Mogę odmówić spotkania dalszej znajomej, ale to nie znaczy, że nie znajdę czasu dla przyjaciółki. Mogę zamówić na kolację pizzę, ale to nie znaczy, że nie mam czasu na półgodzinną lekturę książki czy spacer z psem. Mogę z braku czasu nie przyjąć jakiegoś zlecenia, ale to nie znaczy, że nie mam czasu na weekendowy wyjazd za miasto. Wszystko jest kwestią priorytetów i uważam, że takie rzeczy jak czas dla siebie powinny być równie ważne jak np. zlecenia zawodowe. Dlatego też kiedy dostaję propozycję jakiegoś zlecenia, uczciwie mówię, że zajmie mi ono np. tydzień, choć w oczach potencjalnego klienta zapewne jest to robota na 2 dni. I faktycznie, gdybym przysiadła do czegoś na pełne dwa dni, to pewnie bym to zrobiła… Ale ja chcę mieć czas dla siebie i dla bliskich. Wiem, że przez to podejście pewnie straciłam kilka potencjalnych zleceń, ale czy jest mi z tego powodu źle? Nie, źle to by mi było gdybym pozbawiła się życia prywatnego na tydzień tylko po to, aby zadowolić klienta. 

Ilu z Was teraz pomyślało, że jestem rozpieszczona i kapryśna, a może nawet leniwa…? Założę się, że komuś przeszło to przez myśl. I właśnie z tym podejściem chciałabym walczyć… 

Ludzie często w jakiejś tragicznej sytuacji uświadamiają sobie, że źle zarządzali swoim życiowym czasem. Że za dużo pracowali, za mało czasu spędzali z rodziną albo że za mało poświęcali go sobie. „Mądry Polak po szkodzie”. U mnie tak nie będzie. Pewnie, że ZAWSZE można powiedzieć, że coś można było zrobić lepiej, mocniej, bardziej… Zawsze będzie nam się wydawało, że nie wykorzystaliśmy dobrze czasu, który mogliśmy spędzić z kimś, kto odszedł albo za chwilę odejdzie. Ale to zupełnie naturalne odczucie i nie można porównywać tego z sytuacją, kiedy tego czasu dla kogoś tak naprawdę wcale nie mieliśmy. W sumie podobnie jest ze zdrowym stylem życia. Możesz go olać, a potem płakać nad rozlanym mlekiem, kiedy zachorujesz. Możesz też żyć zdrowo, a i tak zachorować, ale przynajmniej będziesz mieć świadomość, że zrobiłeś wszystko aby się przed tym uchronić. 

Przyznaję, że kiedy ktoś mi mówi, że jest bardzo zajęty i na nic nie ma czasu, ja mu zwyczajnie współczuję. Nie podziwiam, nie gratuluję dużej ilości pracy czy sukcesu zawodowego. Czasami kiedy zdarza mi się przez kilka dni żyć w biegu, współczuję samej sobie. Po dniach totalnego szaleństwa zawsze próbuję wygospodarować sobie kilka dni luzu, aby zachować tę niezwykle istotną dla mnie równowagę. I wtedy mam czas na wypad na kawę z koleżanką, zabranie Luny na długi spacer, spokojne zakupy na bazarku czy kulinarne eksperymenty. I nawet jeśli oznacza to, że z tego powodu mniej zarobię, to nie jest to dla mnie powód do smutku. Kurczę, głupio o tym pisać, bo to straszne banały… Ale chociaż pieniądze w wielu sytuacjach bardzo pomagają i są bardzo potrzebne, to pewnych rzeczy nigdy nie zastąpią. Można mieć pełne konto w banku, a jednocześnie być cholernie samotnym, gdyż w trosce o swoje konto zaniedbało się relacje z ludźmi. 

Dlatego warto mieć czas i wykorzystać go na uważne życie. Na długi spacer, na podziwianie rozkwitającej wiosny, na pielęgnowanie relacji z wartymi tego ludźmi, na nieco przydługie śniadanie na balkonie, na wybranie roweru zamiast samochodu… I wiem, że nie zawsze się da, tu zupełnie nie o to chodzi! Chodzi o to, aby nie wstydzić się tego, że ten czas się posiada. Pewnie można poczuć się dziwnie kiedy np. siedzi się na placu zabaw z dzieckiem i dzwoni się do przyjaciółki, która gdzieś w pędzie między jednym spotkaniem a drugim robi szybkie zakupy, a na wieczór ma zaplanowaną jeszcze kolację z klientem. Czy to znaczy, że ona odniosła sukces, a ty jako gospodyni domowa i matka na pełen etat nie możesz się nim pochwalić? Nie. I tu i tu jest mowa o jakimś sukcesie, tylko one są inne. I w sumie żadnego nie można gloryfikować, ale to właśnie zajętość często jest postrzegana jako przejaw sukcesu i to moim zdaniem nie jest OK. 

Sukcesem jest szczęśliwe życie. Dla każdego oznacza ono coś innego. 

Jestem ciekawa czy dostrzegacie w swoim otoczeniu przejawy gloryfikacji zajętości, a może nawet widzicie to u siebie? Ja czasami przyłapuję się na takim myśleniu, ale szybko moje myśli wracają na właściwe tory. I cóż, pochwalę Wam się, że dzisiaj mam dużo czasu. Skończyłam pisać ten post, zrobię jeszcze kilka rzeczy do pracy, a następnie zabiorę psa na długi spacer… W planach mam jeszcze wizytę na bazarku i zakup sezonowych produktów. Na gotowanie też znajdę dziś czas! I jestem z tego dumna 🙂


Kategorie: Czas wolny, Szczęście, Zdrowy duch

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.

  • No i właśnie napisałaś dokładnie o tym, o czym sama miałam plan napisać 😉 Do tego na tyle trafnie i w zgodzie z moimi poglądami, że pozostaje mi tylko linkować do Twojego tekstu! Dzięki, uważam dokładnie tak samo! Od dawna obserwuję też np., że seriale bardzo mocno podtrzymują „etos pracy” – każdy pracuje po 60 godzin tygodniowo, nie brał urlopu od 7 lat i jeśli trafia mu się dzień wolny, to nie wie, co ze sobą zrobić…

    • Nie rezygnuj z napisania tamtego posta 🙂 warto o tym mówić/pisać.

      • Własnie przed chwilą napisałam również na podobny temat 🙂 to tylko świadczy o tym, że coraz bardziej skupiamy uwagę na to, żeby trochę zwolnić, przystopować i nauczyć się odpoczywać i żyć z tym, że jednego dnia możemy nie robić nic i to wcale nie świadczy o naszej bezużyteczności czy lenistwie 🙂

    • I najgorsze jest to, że najcześćiej ci ludzie naparwde nie wiedzą co ze soba zrobić…a dla niektórych czas wolny, wymuszony jak np. święta jest niemal powodem do rozpaczy, bo ci ludzie nie potrafią spędzić dnia bez pracy (miewam takich w gabinecie)…

  • Tak! Cieszę się, że coraz więcej osób odważnie i głośno mówi o tym, że bycie wiecznie zajętym nie oznacza bycia lepszym. Fajnie też, że określenie „gloryfikacja zajętości” poszło w świat :).

  • Weronika Kwiatkowska

    Głupio się przyznać, ale sama przez długi czas chlubiłam się zabieganym życiem -wiecznie z redbullem w ręku i wiecznie niewyspana. Nie wiem co chciałam sobie czy innym udowodnić, ale uczę się na nowo „konstruktywnego leniuchowania” bez wyrzutów sumienia 🙂

  • Ja nie lubiłam swojego życia kiedy byłam wiecznie zajęta i na nic nie starczało mi czasu. Dni mijały jeden za drugim, niewiele się od siebie różniąc. Tyle że nie wiedziałam jak się z tego zaklętego koła wyplątać. W końcu po prostu powiedziałam stop, dość. A to co stało się potem było pasmem radości. Czasem warto podjąć to ryzyko i wrócić życie na właściwe tory. Ja również bardzo współczuję ludziom siedzącym w pracy od rana do nocy, stresujących się tak mało istotnymi rzeczami (a w ich oczach najważniejszymi na świecie.. wiem jak jest, sama tak miałam). Jeszcze bardziej tym którzy są z tego powodu samotni. A najbardziej tym którzy stawiają pracę ponad relacje międzyludzkie świadomie…

    • Ach te „problemy pierwszego świata”! Znam, pamiętam, można powiedzieć, że razem przez to przechodziłyśmy… Boże jakie to było głupie 😀 i obecne podejście wydaje nam się takie oczywiste i banalne, a jednak wciąż mnóstwo ludzi myśli tak, jak my wtedy.

      • No właśnie, tylko niestety „siedząc w tym” nie ma się perspektywy. Mimo że niby wiesz że nie zbawiasz świata, to nie umiesz się nie przejmować (chyba że ma się wyjątkowo „olewcze” podejście).To jest najgorsze, że taka jest atmosfera w tych korporacjach, żebyś tak myślała że od tego wszystko zależy. BLEH…

        • W korporacji w której ja pracowałam, jedna z koleżanek powiedziała mi kiedyś, kiedy zapytałam ją jak sobie radzi ze swoim dyrektorem (a był to człowiek nie tylko trudny w komunikacji, rzadko dostępny w firmie, bez wiedzy ekonomicznej i wyibraźni ale także szalenie niekompetentny i nie znający branży) „miej wyjebane a będzie Ci dane” (przepraszam za wulgaryzm ale to dosłowny cytat) i rzeczywiście coś w tym jest.
          Nie chodzi o to, żeby sie nie starać i nie wywiązywać ze swoich obowiązków, chodzi o to, żeby pracy nie traktować jak cos, co jest ważniejsze od zycia…

        • Zdecydowanie, tyle że w branży w której ja pracowałam trudno było mieć „wyjebane”. Ciągła presja, terminy nie do przekroczenia itd. Niestety łatwo w to wsiąknąć, trudniej z tego wyjść. Ale to była bardzo specyficzna praca, wiem że już na pewno do tego nie wrócę (jeśli tylko będę mogła).

        • W mojej branży było dokładnie tak samo, tym bardziej, ze koleżanka wprowadzała ekskluzywny produkt na polski rynek.
          Jest tak jak napisalas, człowiek w to szybko wciąga i za syna płynąc z nurtem…a to nie jest warte zycie, zdrowia psychicznego i fizycznego, samopoczucia…tym bardziej, ze osoby takie jak ona były opłacane poniżej 3000zl…wiec nawet nie mozna tutaj mowić o tym, ze robiła to dla super pieniedzy…

        • Dokładnie, u mnie to samo. Zarobki śmieszne w stosunku do włożonej pracy.. Zero płatnych nadgodzin czy jakichkolwiek innych bonusów. Więc człowiek w końcu dochodzi do wniosku… po co ja to robię? Dla czego, dla kogo? A już totalnie najgorsze jest to, że na koniec nikt Ci nie podziękuje. Ja dla lepszego samopoczucia siłą wyciągnęłam jakąś marną rekompensatę finansową, co jest rzadkością że się udaje, ale stwierdziłam że nie popuszczę. Więc chociaż tyle. Ale niejednokrotnie ktoś kto tak ciężko pracuje jest zwalniany (z powodu cięć, utraty klienta itp.). Wtedy to dopiero można się poczuć jak… nie powiem co.

        • Dokładnie tak jak napisała…w firmie gdzie pracowałam nie było premii (bo celowo zawyżano progi ich osiągnięcia badajacpoprzednie kwartały, żeby ich realizacja była prawie możliwa czyli zabrakło bardzo niewiele ale jednak zabrakło), nie było dodatkowych bonusów typu multisport czy pakiet ubezpieczeń, nie było płatnych nadgodzin, pracowało sie w swieta religijne, państwowe czy nawet nowy rok…W delegacji samemu trzeba sobie było opłacić np. transport na lotnisko czy dworzec…i na koniec nikt nie jest wdzięczny za wykonana prace, wysiłek, szef nawet nie poklepie po ramieniu…I najgorsze jest to, ze niemal wszyscy sie na to godzili, nie szukali alternatyw, innej pracy a to byli naparwde zdolni, wykształceni ludzie…

        • O rety, to rzeczywiście szokujące.. :/ właśnie to jest straszne, że ludzie nie umieją jakoś się skrzyknąć, postawić, w końcu pracowników jest wielu a szef jeden..

        • Zgadza się, tylko dokładnie tak samo było w obozach koncentracyjnych-większość była po stronie więzionych, gdyby się postawili grupowo mieli duże szanse na „wygraną”. W pracy jest tak samo, mało który szef zwolni cały zespół bo mu na to jego lrzełożony zwyczajnie nie pozwoli. Zatem gdyby zespoły trzyma’y się razem i walczyły i swoje szef nie miałby tylu „asów w rękawie”. Tak było w korporacji, w której ja pracowałam z jednym z działów, który wywalczył sobie wszystko, nawet to, że z grupy 5 osób w święta czy nowy rok, w dziale była tylko jedna (dział informatyczny więc nawet w takich okolicznościach ktoś musiał być w firmie), choć początkowo szef chciał, żeby w pracy byli wszyscy, co kompletnie nie miało sensu, mieli być dla zasady, jednak jak sie wszyscy razem zebrali i mówili jednym głosem okazało się, że można bardzo wiele wywalczyć…

        • Zgadzam się z porównaniem do obozu koncentracyjnego. No proszę, informatycy potrafili się zebrać i postawić, i super!

        • Tak, nie wszyscy byli w tym zespole tak samo asertywni ale mieli do siebie zaufanie j zawsze mowili jednym glosem. Dlatego nawet gdy jeden z nich sie bal, trzynal strone reszty. Dzieki temu kolektywnemu dzialaniu, nie przez pryzmat leku, bardzo wiele zyskali…

        • Właśnie, o to chodzi żeby się zjednoczyć i mieć wspólny front 🙂

        • Zgadza się:)

        • „Miej wyjebane, a będzie ci dane” – to moje życiowe motto. Szkoda, że tak prostacko brzmi, nie można się więc nim za bardzo chwalić, ale idealnie oddaje przemianę, jaką przeszłam w ciągu ostatnich kilku lat. Kiedyś przejmowałam się ciągle i wszystkim i to było psychicznie wykańczające. Teraz już wiem, że większość rzeczy nie jest tego warta.

        • Tak, takie przejmowanie sie jest psychicznie bardzo obciazajace a najgorsze jest to, ze to i tak niczego nie zmienia, a czasem wrecz wyhamowuje nasze dzialania bo pojawia sie lęk…

          Najeazniejsze, ze Ty wiesz, ze naprawde wiekszosc rzeczy jakie dzieja sie w naszym zyciu, nie jest warta przejmowania sie…

      • Wtedy to było ważne, dziś jest głupie. Do pewnych decyzji, trzeba dojrzeć, mieć pewne doświadczenia. Wy je macie za soba, dlatego możecie podjąć dzisiaj takie decyzje. Nie ma czefo żałować, najwazniejsze, ze dzieki temu, dzisiaj jestescie w tym punkcie w ktorym jestescie 🙂

    • Często uważamy pracę za najważniejszy element naszego życia, podczas gdy to zaledwie jedna trzecia naszego dnia (w zdrowym ujęciu, bo nie mam na myśli ludzi, którzy pracują 16 godzin, a taka ilość pracy rylko pokazuje, jak mocno przewartościowującą pracę). Skupiamy się tak bardzo nad tym, co jest zwiAzane z oraca, że zapominamy o tym, co jest dla nas, tak po ludzku, zwyczajnie ważne…A potem potrzebujemy lat, często specjalisty u swojego boku, żeby odkryć na nowo kim jesteśmy…

      • Zgadzam się, ale też ciężko skupić się na tym co ważne i pamiętać o tym, kiedy pracuje się po 16h na dobę, a mi niejednokrotnie zdarzało się i więcej (i nie jest to przechwalanie się, tylko smutna prawda). Dlatego poczułam że muszę się z tego wypisać i była to najlepsza decyzja w moim życiu. Niestety czasami trzeba podjąć drastyczne kroki, bo… nie ma półśrodków.

        • Zgadza się, wspaniale, ze podjęłąś taka decyzje:)
          Czasami to jest tez tak, ze musimy siegnąć dna, żeby dojść do wniosku, ze to nie jest to czego chcemy czyli w rym orzyoadku oracować ponad swoje siły, w weekendy, dni wolne od pracy i „wakacje”…

        • Zgadzam się! Ja gdyby nie pewien projekt przez który tego dna sięgnęłam, do dziś być może bym tam pracowała i moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej 🙂

        • I to pokazuje, ze nie ma tego złego. Po czasie tragiczne wydarzenia, bywa ze okazują sie byc tymi zbawiennymi:)

  • Niesamowite, też mam w grafiku taki wpis i widzę, że nie jestem jedyna 🙂 Pod wszystkim, o czym napisałaś podpisuję się obiema rękami. Wydaje mi się, że zjawisko wiecznej zajętości jest bardzo typowe dla naszego kraju. Może to dodatkowo wynika jeszcze z tej pogonii i dobijaniem do zachodnich standardów.. Nie wiem sama, a często sobie to pytanie zadaję. Dla mnie pozytywnym szokiem była postawa ludzi w Stanach. Tam (gdzie ja akurat bywam, bo wiadomo że to duży kraj;) ) ludzie nie wstydzą się mieć wolnego w ciągu dnia, umawiać się na lancze, bieganie, jogę i po prostu nie udawać, że są wiecznie zarobieni. Nawet patrząc na sformułowania językowe, to już widać nasze kompleksy. Na pytanie, co robi amerykańska mama niepracująca zawodowo i będąca z dzieckiem, odpowie, że jest „full-time mom”. A u nas, że „siedzi (kto w ogóle wymyslił to określenie!!) w domu z dzieckiem”. Tam jest z tego dumna i ma luz, a u nas już coś jest nie tak z taką postawą. A ja takim wiecznie zajętym, przekornie mówię, że „ja cały czas mam czas”. I wtedy to dopiero jest konsternacja;)

    • Coś w tym jest z tą chęcią dobicia do zachodnich standardów… Z jednej strony to zrozumiałe, a z drugiej trochę przykre… A przynajmniej dla mnie, bo wyznaję w życiu trochę inne wartości i „pogoń za jakimiś standardami” jako sposób na życie zupełnie do mnie nie przemawia.

      • Zgadza się…widać to nawet w polskich filmach, gdzie pokazuje się ludzi pracujących w korpo, którzy nie maja na nic czasu, bo to wstyd, a poza tym grezba na mieszkanie, pokazowe auto i markowe ciuchy zarobić, bo to przecież one nas definiują jako człowieka…jak Cię na nie stać jesteś człowiekiem wartościowym, jak Cie na nie nie stać jesteś człowiekiem bezwartościowym, właśnie nieudacznikiem, tak jak wspomniałaś…bo gdyby było inaczej, to byłoby Cię stać…i kółko sie zamyka…

    • Świetnie, że wspomniałaś o różnicach na poziomie lingwistyki. To rzeczywiście ma ogromne znaczenie, ponieważ sam język wpływa na nasze myśli i wywołuje określone emocje. Patrząc na podany przez Ciebie przykład w Polsce to emocje wstydu, w USA to emocje dumy…

      Nie mówiąc już o tym, że istnieje coś takiego jak gloryfikacja stanowisk…Bysie pielęgniarką czy nauczycielką to w PL takie bycie nikim, a w UK bycie śmieciarzem czyni człowieka dumnym, bo on wie, że to dzięki niemu w dzielnicy czy mieście jest czysto, bo on dba o kawałek środowiska w ktorym żyje, wykonując tę pracę…Zupełnie inne podejście…

  • imbiska

    Podpisuję się pod każdym słowem! Wkurza mnie też podejście ludzi do osób niepracujących zawodowo. Np. kiedy byłam przez jakiś czas bezrobotna, w czasie spotkań ze znajomymi ciągle słyszałam „a ty to masz dużo czasu”, „ale ci się musi nudzić”. Otóż nie – nie nudziłam się ani przez chwilę – szukałam pracy, chodziłam na rozmowy, zajmowałam się domem, chodziłam na siłownię, na długie spacery z psami, miałam czas na kulinarne eksperymenty, w międzyczasie zrobiłam kurs zawodowy, odwiedziłam pierdyliard lekarzy i porządnie zadbałam o swoje zdrowie. A mimo to miałam wrażenie, że jestem traktowana jak człowiek drugiej kategorii, bo nie mam pracy.

    • Wiem, co czułaś, bo aktualnie mam takie wrażenie. Tyle, że jestem na studiach, na ostatnim semestrze, gdzie nie mam za dużo zajęć. Mam wrażenie, że skoro nie pracuję to już nic nie robię. Jak to nic? Sprzątam, gotuję, chodzę dwa razy w tygodniu na angielski, uczestniczę w różnych dodatkowych wykładach, zapisałam się na siłownie (dzisiaj mam pierwszy trening), ogarnęłam mieszkanie po remoncie. Chodzę na rozmowy, wysyłam CV. Jestem studentką. Napracować się jeszcze zdążę 😀 pozdrawiam!

    • Tak, przecież bezrobotni i matki siedzące w domu, to mają czasu po kokardy i nie wiedzą co z tym czasem zrobić;)

      Nie martw się, każdemu, kto stoi obok łatwo jest nas oceniać, bo nie jest w naszej skórze.

  • Mirosław Stefanek

    Zgadzam się w 100%. Choć ja uważam, że młodzi ludzie powinni pracować, a nawet „zapieprzać” no limits, Po to, by zarobić na jakie takie życie. Ale po 40-tce powinno się zwolnić i zacząć po prostu ŻYĆ.

    • Nie do końca się zgodzę z tą 40tką, bo nie każdemu jest dane do niej dożyć. Uważam, że ŻYĆ trzeba cały czas, bo życie jest cholernie kruche i szkoda byłoby je zmarnować na zarzynanie się w pracy. Istnieje złoty środek pomiędzy lenistwem a zarzynaniem się, warto zacząć go szukać jak najwcześniej 🙂

      • Mirosław Stefanek

        Ta mityczna 40-tka, minie szybciej niż się spodziewasz. Wierz mi, bo wiem co piszę 🙂 Oczywiście każdy wybiera swoją drogą życia. Jednak upierałbym się przy moim modelu. Pozdrawiam.

    • Ja myślę, że myśl o tym, że należy zapieprzać do momentu osiągnięcia „jako takiego życia” jest trochę niebezpieczna. Bo kto nam powie, że to już, że już jest jako takie? Chyba nie będzie takiego momentu. Co jeśli w wieku 40 lat uznamy, że to jeszcze nie jest ten czas? Potem będzie 50 lat i 60. A potem będziemy się zastanawiać czemu nie zadbaliśmy o swoje prawdziwe priorytety jak mieliśmy 30, czemu nie budowaliśmy wtedy relacji, etc.

      • Mirosław Stefanek

        W którymś momencie musisz sobie powiedzieć stop. Może to być na zasadzie: wybudowałem dom, zasadziłem las i wychowałem dzieci. Nie jest łatwo, ale naprawdę można, wierz mi.

        • No ja

        • Jeżeli Cię tylko stać na to, masz jakoś zapewnioną przyszłość, to powodzenia życzę i faktycznie nie ma na co czekać 🙂

        • Powstrzymam się od skomentowania Twojej sugestii co do mojej sytuacji finansowej, a napiszę tylko, że dbałość o własną przyszłość nie oznacza, że o swoim szczęściu można myśleć wyłącznie w czasie przyszłym.

        • Źle mnie zrozumiałaś, Twoja sytuacja finansowa mnie nie obchodzi i nic nie zamierzam nikomu sugerować. Dyskutujemy o jakimś modelu postępowania. Ty masz swoją wizję, a ja swoją. I zgodzę się, że o swoim szczęściu nie powinno się myśleć tylko w czasie przyszłym. Ale czy chcemy czy nie, ta przyszłość nadejdzie. A jaka ona będzie, zależy od naszego tu i teraz.

        • Zgadza się, tym bardziej, że przyszłość budujemy dzisiaj:)

      • nieobiektywniej

        Też mam taką obawę, że można wpaść w pułapkę przesuwającej się granicy, że coś, co było celem wcześniej, nagle staje się mniej ważne w momencie osiągnięcia i chce się więcej lub czegoś zupełnie innego. Oraz że po drodze może nam umknąć tyle ważnych spraw, że gdy się obudzimy, będziemy żałować, że je przegapiliśmy. Bo nagle nie będzie już przyjaciół, dla których ciągle nie było czasu, część rodziny po prostu poumiera i nie odwiedzimy już cioci, z którą spotkania ciągle odkładaliśmy, na dzieci będzie już za późno albo przegapimy pierwsze kroki, słowa. Słowem, może okazać się, że na tym szczycie góry jesteśmy cholernie samotni. O zdrowiu nie wspominając, bo zawsze nadmierny wysiłek się odbija.

        Choć trochę rozumiem, chyba Mirosławowi chodzi o to, żeby dojśc do jakiejś pozycji dającej satysfakcję, stabilizację, póki ma się na to siły, a potem wolniej płynąć na fali wcześniej zbudowanego życia. Zwróciłam też uwagę na płeć – nie chcę popadać w stereotypy, ale to to chyba bardziej naturalne i typowe dla facetów, żeby właśnie wyznaczać cele, dochodzić do nich, dojśc do czegoś, mieć pozycję. Faceci odbierają siebie przez pryzmat tego, co zdobyli, kobiety bardziej chyba stawiają na kontakty z ludźmi, czyli rodziną i znajomymi, z racji huśtawek hormonalnych raz czują się mocniej, raz słabiej, patrzą bardziej wgłąb siebie, w emocje. To facet może mieć pomysł, żeby zostawić rodzinę w kraju, a sam wyjechać na lata całe do pracy, żeby ją utrzymywać, nie wyobrażam sobie kobiety robiącej coś takiego. Podobnie jak większością himalaistów są mężczyźni, którzy pół roku mogą spędzić na drugiej półkuli realizując pasje i zostawiają relacje z ludźmi na ‚po zadaniu’. Może trochę generalizuję, ale taka jest moja obserwacja.

        Mówimy o różnych priorytetach, więc rację mają właściwie wszyscy, którzy się tu wypowiadają. Dla kobiety celem samym w sobie są relacje z ludźmi, a ich nie da się ‚zaliczyć’ jednorazowo. Dla mężczyzny cel musi być konkretniejszy: stanowisko, dom, drzewo 😉 Moim zdaniem to naturalne i zdrowe, o ile nie zahacza o przesadę.

    • Gosia Odachowska

      A to dopiero wymyśliłeś… Naprawdę myślisz że jak będziesz tak harował przez 20 lat to nagle w dzień 40. urodzin powiesz sobie „stop” i zaczniesz żyć wolniej, uważniej? Wątpię. Po pierwsze przez te wszystkie lata „zapieprzania no limits” zaniedbasz nieodwracalnie zdrowie, relacje z bliskimi. A po drugie przez 20 lat harówki raczej będziesz przyzwyczajony do życia luksusowego (wakacje, samochody itd). Po 40stce po prostu będziesz miał ochotę na lepszy samochód, dalsze podróże…

      • Mirosław Stefanek

        Koleżanko sympatyczna. Ja wiem o czym piszę, ale Ty chyba nie bardzo. Poczekam te 20 lat, aż trochę się o świecie nauczysz i zrozumiesz, że ludzie są różni i różne są ich wybory.

        • Gosia Odachowska

          „koleżanko sympatyczna” …

          skąd ten opryskliwy ton?

  • Na pewno nie jesteś dziwadłem, masz tylko inne priorytety i jeśli dają Ci one szczęście, to wspaniale, wygrałaś :). Domek na wsi to na pewno świetna sprawa 🙂

  • Anna R

    Zgadzam sie z Toba w 100%. Osobiscie lubie byc zajeta, ale robieniem rzeczy przyjemnych: spacerami, wycieczkami, zajeciami jogi, wypadami na i za miasto… Wlasnie z braku czasu na rzeczy przyjemne (czy raczej niezbedne, joga jest dla mnie niezbedna a przez glupie godziny pracy i lokalizacje nie moglam jej miec tyle ile chcialam) poprosilam pracodawce o zmiane godzin pracy i od dwoch miesiecy koncze o 14 co jest fantastyczne porownujac do 17:30 sprzed zmiany.
    A moj plan na reszte zycia jest taki zeby pracowac jak najmniej bo zycie jest za krotkie, zeby jego wiekszosc spedzac w pracy. W tym celu powoli buduje pasywne zrodla dochodu i mam nadzieje, ze uda mi sie mlodo ” przejsc na emeryture” 🙂 Pozdrawiam i zycze spokojnego weekendu!

  • Ostatnie miesiące były dla mnie okresem ciągłej zajętości, nie miałam czasu na nic, wszelkie spotkania odkładałam po kilka razy, w pewnym momencie zrezygnowałam z większości zajęć, bo nie miałam na nie czasu. Nic nie mogłam zaplanować, kiedy ktoś prosił mnie o spotkanie, stwierdzałam, że możemy spotkać się za miesiąc, wtedy powinnam mieć chwilę, a potem i tak przekładałam… Zaczęłam uwielbiać codzienne kilkugodzinne dojazdy, których wszyscy tak nie lubią, bo wtedy miałam względny spokój. Mogłam zapomnieć o wolnych wieczorach, weekendach, urlop? mogę pomarzyć. A to wszystko zasługa „wspaniałej” pracy.
    Na szczęście szybko zorientowałam się, że tak życie nie może wyglądać, może i w ten sposób szybko odniosę sukces, tylko jakim kosztem? Co z tego, że w oczach innych będę miała super pracę, jak nie będę miała czasu na życie? Nie chcę się za kilka lat zorientować, że zmarnowałam młodość, że poza pracą nie mam nic i zostać kolejnym niezadowolonym z życia człowiekiem.

    Rezygnacja z tej pracy była oczywistym rozwiązaniem, wiele osób ciągle tego nie rozumie, ale jak to, dlaczego odchodzisz? źle Ci tu było? no jest ciężko, ale się opłaci. Za bardzo lubię swoje życie żeby z niego rezygnować :). Minęły dwa miesiące od czasu kiedy oficjalnie powiedziałam, że „dalej sie tak nie bawię”, najlepsze dwa miesiące w moim życiu.

    • Gratuluję decyzji 🙂 na pewno była trudna, ale jak widać po aktualnym Twoim samopoczuciu – jednocześnie okazała się być bardzo dobrą.

  • Dziękuję za ten post! Mam ostatnio trochę luzu i kompletnie sobie z tym nie radzę. Jak dzieci były mniejsze, zawsze było sporo do zrobienia, a teraz nie chcą być odbierane za szybko z placówek, bo grupa rówieśnicza… Gdybym mogła wsadzić nos w zlecenia, pewnie by mi to nie doskwierało, a ja właśnie czuję się jak nierób, nieudacznik, który jak szybko czegoś nie znajdzie to puści firmę z torbami (no trudno – najwyżej!), boję się chyba samotności i muszę ją oswoić, zapomniałam jak to jest 🙂

  • nazwawlasna

    w końcu ktoś, kto myśli tak samo jak ja :))))

  • Ja również uważam, że warto mieć czas dla siebie, czas na poczytanie książki, spędzenie czasu z najbliższymi. Nie lubię, kiedy ktoś uważa, że większa ilość wolnego czasu oznacza brak zajmowania się przydatnymi, konkretnymi zadaniami, że to nawet lenistwo. Ja nawet mając dużo pracy, zawsze znajdę czas na przyjemności, które lubię, bo po prostu mam ustalone pewne priorytety i z nich nie zrezygnuję.

    świetny wpis 🙂

    • To jest pytanie co dla kogo jest „przydatne” i „ważne” :)Czyli tak jak napisała Agnieszka, kwestia priorytetów.
      Jeśli dla kogos najważniejsza jest oraca, to nic dziwnego, ze nie ma czasu dla siebie, dla rodziny, dla przyjaciół…warto jednak pamietać, że człowiek to człowiek i kiedy nie z nim interakcji, bedzie oddalać wiec osoba, która nie ma czasu dla swoich bliskich, niedługo moze ich nie mieć…

  • Jak mam za dużo wolnego czasu to czuję się z tym niekomfortowo. To znaczy, wiem, że mogłabym jednak część poświęcić własnemu rozwojowi. I wtedy biorę więcej obowiązków na siebie. Tyle tylko, że jeżeli jest ich zbyt dużo, a ja już któryś dzień z rzędu nie mam 30 minut dla siebie, tak dla relaksu, to czuję się z tym bardzo źle. I zwalniam. Przesuwam terminy jeżeli mogę, rezygnuję z czegoś, by ten czas dla siebie mieć. Bo to jest ważne w życiu. Pomaga zachować równowagę, głównie psychiczną. A to dla mnie ważniejsze niż ciągłe bieganie. 😉 Cieszę się, że i Ty tak uważasz. Doceniasz swój wolny czas i samą siebie. 🙂

  • To jest WIELKI problem !I łatwo się tym zachłysnąć, szczególnie jesli pracujemy nad sobą, chcemy wiele osiągnąć, poprawiać nieustannie jakość życia, dążyć do nowych celów i podchodzić do zycia … holistycznie (tak właśnie, taki paradoks!chcąc spełnić się na każdym polu), bo czasem trzeba, no po prostu trzeba odpuścić- i mierzyć siły na zamiary oraz na to byśmy nie przegapili prawdziwego zycia kosztem odhaczania kolejnych punktów z listy „to do”…Doszłam do wniosku, że w moim życiu, każdego dnia nie jestem w stanie spełniać się na wszystkich polach, które dają mi szczeście, bo zwyczajnie brakuje mi doby,,,, sztuką jest spojrzeć na siebie z dłuższej perspektywy czasu i nie spieszyć się aż tak bardzo, no i nie planować w życiu WSZYSTKIEGO!

  • A ja odliczam tygodnie do dwumiesięcznych wakacji w Polsce! Dwa miesiace lenistwa z rodziną:))) I nie, nie jestem studentem:)

  • mia

    Ja własnie tak mam, że nie mam na nic czasu. Studiuję cięzki kierunek, musze uczyć sie do sesji, do tego dorywczo praca bo brakuje mi pieniędzy, ponadto moja rodzina wiecznie cos chce, a to dziadka gdzies zawieźć, a to rodzicom coś załtwić, czasem jestem zajęta do 2 w nocy, wstaję o 6, jestem wściekła i mam ochotę się zabić, chodzę zła jak osa, zasypiam na stojąco, moja praca jest niewydajna, nie pamiętam kiedy byłam na spacerze ostatnio, pewnie ze 3 miesiące temu!!! Wiem, że tu były niekorzystne komentarze o takich osobach i nic dziwnego, bo takie osoby jak ja sa wiecznie niewyspane, wsciekłe i sfrustrowane. I napewno nie jestem szczęsliwa sama ze sobą, ale chodzi o to, że nie mam pomysłu jak się z tego wyplątać. Najgorsze, że nie mieszkam z moim facetem, a czasem widuję sie z nim co tydzień, mimo, że mieszkamy w tym samym mieście!!! Generalnie powiem wam dziewczyny, że nie ogarniam życia i nie wiem jak to zmienić, może jak skończę wreszcie studia to sie uda!

  • A ja jakiś czas temu obiecałam sobie, że przestanę mówić na głos, że nie mam czasu. Bo to nieprawda. mam całe 24 h na dobę 😀 Ode mnie zależy jak je rozdysponuję. To niemówienie różnie mi idzie 😉 ale przynajmniej zauważam, gdy to robię. I wcale nie lubię nie mieć czasu i nie uważam tego za powód do domu. Raczej jest to oznaka tego, że nie jestem mistrzem zarządzania czasem 😉
    Twój post mocno zgrał się z moimi przemyśleniami. Miałam blogowy kryzys, bo dotarło do mnie, że swoim blogiem nie zwojuje świata, mimo niedosypiania i poświęcania mu każdej wolnej chwili. A skoro tego nie zrobię to czas najwyższy odpocząć i nie mieć poczucia winy tylko dlatego, że nie wyrobiłam się z postami. Ameryki nie odkryłam, ale wyciągnięte wnioski pozwoliły mi się w końcu zrelaksować 🙂
    A w ten weekend planuję mieć bardzo dużo wolnego czasu 😀

    • Z blogiem czasami warto trochę odpuścić, nic na siłę… Tylko przypadkiem z niego nie rezygnuj 😉 może swoją pisaniną nie zwojujemy świata, ale pozytywnie wpływamy na życie pojedynczych osób, a to już bardzo wiele, nie każdy ma taką możliwość :).

      • Absolutnie nie przyszło mi do głowy, żeby rezygnować z prowadzenia bloga 😉 Ale postanowiłam podchodzić do niego mniej obowiązkowo, jeśli rozumiesz co mam na myśli. Postawiłam sobie wobec siebie wysokie wymagania, nie biorąc pod uwagę realnych możliwości i tego, że nie chcę prowadzić bloga kosztem swojego dobrego samopoczucia 🙂
        A to co napisałaś w tym poście, tylko umocniło moje przemyślenia 🙂 Dzięki!

  • Ja widzę u siebie, że jest mi głupio, że nic nie robię. Znaczy nic – uznałam, że chcę napisać w spokoju magisterkę, a dopiero potem iść do pracy. Oczywistym jest, że nie piszę tej magisterki po 12h dziennie, ba, nawet nie codziennie do tego siadam, ale robię inne rzeczy, np zajmuje się domem, i rzadko kiedy się perfidnie lenie. A i tak często słyszę jaka to jestem leniwa i że wzięłabym się wreszcie do uczciwej roboty. Szczerze mówiąc, jak widzę znajomych, którzy nie mają czasu na nic, bo a to zlecenie, a to etat, a to oba naraz to wiem jedno – bardzo nie chcę tak żyć :<

  • Sama lubię być zajęta, mieć poczucie, że danego dnia coś zrobiłam (chyba miałam w życiu za dużo dni, które zmarnowałam) ale nie wyobrażam sobie poświęcać życia tylko i wyłącznie na pracę zawodową. Sama obecnie studiuję dość angażujący kierunek jednak odkąd zaczęłam się angażować w inne rzeczy niż tylko studia czuję, że żyję, moja kondycja psychiczna jest o wiele lepsza a poza tym po prostu więcej mi się chce.

  • Goszcz

    Badania mówią, że Polacy pracują najwięcej w całej Europie, pewnie właśnie przez tą „gloryfikację zajętości”. Wydaje mi się, że jednak innych krajach jest większa kultura odpoczynku, więcej wolnych dni czy np. sklepy są zamknięte w niedzielę. O tu badania: https://www.wprost.pl/502470/Grecy-i-Polacy-pracuja-najwiecej-w-Europie-W-Polsce-srednio-425-h-tygodniowo

    • Zgadza się, sama kultura pracy jest inna, czas na obiad, na długie przerwy, poza tym wiele świąt, np. we Francji czas lunchu jest niemal święty, w środku dnia ludzie eobią sobie przerwę na basen, bieganie nie jest to nic dziwnego, nie pracuje się w niedziele, ma się ponad 30 dni urlopu…

      W Nimeczech podobnie, tempo pracy jest zupełnie inne, a często w pracy całe działy czy zespoły mają jedna długą przerwę w tym samym czasie, żeby porozmwiać o weekendzie, planach na wakacje, lepiej sie poznać. Przecież warto znać kogoś z kim się pracuje bardziej, niź tylko z imienia i stanowiska…

      Poza tym, faktycznie w Europie jest tak, jak rozmwiam z ludźmi z innych krajów, ze oceniają Polaków jako bardzo pracowitych ludzi. Czesto nie chca ich w swoich zespołach obawiając sie tego, ze ów Polak rozpieści szefa i ten bedzie wymagał od wszystkich pracy takiego rodzaju…

  • Urodziłam trzecia córę mam już 6-letnie bliźniaczki i naprawdę od porodu czyli od miesiąca jadę na dopasie i grubasie nie odróżniam dnia od nocy i marze o slow lajfie:)

    • To trochę inny rodzaj zajętości, na pewno ma swój urok 🙂 no i gratuluję oczywiście!

      • zdecydowanie polecam każdemu kto jest zajęty tylko sobą, uczy pokory i daje mega radość i sens życia:) pozdrawiam !

        • O tak, dzieci bardzo ucza pokory i dają sporo radości, jednak ich posiadanie jako lekarstwo na egoizm i zajętość to nie jest trafne rozwiazanie 😉

        • Egoista na takie rozwiązanie nawet nie wpadnie:) a posiadanie dzieci dla czegoś poza samym pragnieniem ich posiadania i dania życia nowemu człowiekowi jest pomyłką. Skutkiem ubocznym bycia dzieciatym poza wieloma znanymi aspektami jest rozwój osobowy, wyzbycie się nadmiaru ego i umiejętność rezygnowania z siebie dla kogoś, to forma „umierania” dla, takiego pięknego i sensownego dawania siebie w pełni jeśli człowiek traktuje serio rodzicielstwo.

        • Zgadza sie:)

  • To jest taka dziwna zajętość – bo przecież spacery, życie towarzyskie, gotowanie czy pilates to też zajęcia. Ale tak jakby liczyło się tylko to, co przynosi zysk finansowy. Jakby inne zyski nie było zyskami.

    Bez sensu, nie piszę się na to 😉

  • Zgadzam się zupełnie i nasuwają mi się trzy kwestie: 1) wolnym czasem też trzeba umieć dobrze gospodarować, żeby faktycznie służył relaksowi lub wprowadzeniu do naszego życia ważnych dla nas wartości. 2) Jak bardzo trudno bez poczucia winy odmawiać innym, którzy chętnie nasz czas by dobrze zagospodarowali. 🙂 Argument „przecież masz czas” zawsze mnie rozwala – bo czy to od razu oznacza, że chcę go przeznaczyć na kolejne wiszące nade mną zadania? Mam tu przede wszystkim na myśli (współ)pracę na rzecz bliższych i dalszych znajomych, związaną z przedmiotem naszej działalności zawodowej. 3) Są momenty, kiedy mimo starań, tego czasu nie ma za wiele albo wcale poza jedzeniem i spaniem, zwłaszcza jeśli pracujemy w zawodzie, w którym jest sezonowość i sami sobie jesteśmy szefem, pracownikiem, sprzątaczką, etc. JAK WTEDY SPADA MOTYWACJA! Taki odpoczynek jest po prostu OBOWIĄZKIEM, jeśli chcemy utrzymać dobre samopoczucie i nie wypalić się zawodowo. To po prostu święty obowiązek każdego freelancera, który nie kończy pracy po 17.

  • A tak się jeszcze zastanawiam… czy mówiąc „nie mam czasu” nie wiążemy tego bezpośrednio ze sprawami zawodowymi? Bo jeśli jesteśmy zajęci czytaniem książki lub leniwą przechadzką po lesie i ktoś do nas dzwoni z propozycją, nie odpowiadamy „nie mam czasu” ale wymigujemy się inaczej. Czemu nie możemy więc nie mieć czasu, bo właśnie czytamy i leżymy na hamaku? Nie ma na to społecznego przyzwolenia? Tylko głośno się zastanawiam…

    • Rzeczywiście tak jest i rzeczywiście jest to zastanawiające. Przyznaję, że zdarza mi się nie odebrać telefonu lub powiedzieć komuś, że nie mam czasu nawet wtedy, kiedy ktoś mi przeszkodzi w czytaniu książki czy oglądaniu czegoś, co spokojnie mogę zapauzować. Ale nie mówię wtedy rozmówcy dlaczego nie mam tego czasu, bo mam obawy, że mogłoby mu się zrobić przykro, że ważniejsza od niego jest książka czy film.

    • nieobiektywniej

      Dobra uwaga. Głupio mi czasem powiedzieć, że nie chcę w danym momencie z kimś rozmawiać, bo oglądam ciekawy film albo jestem na spacerze. Lepszym, jakby poważniejszym argumentem jest praca albo jakieś naukowe zajęcie. Może wciąż mamy w sobie dziecko, które oczekuje reprymendy za nieodrabianie lekcji a zajmowanie się bzdurami?

      • Za bardzo przejmujemy sie tym co pomyślą inni i co wypada. A czuc sie Tobie dobrze wypada czy nie wypada? Wypada, kiedy inni to akceptują, a kiedy nie to to jest naganne? Czesto mysli,y wlasnie w ten sposob…

  • Dziękuję za ten post. Co prawda nie pracuję, bo kończę studia, ale często słyszę od koleżanek, że na nic nie mają czasu, niektóre nawet z dumą mówią, że jeszcze tego dnia nic nie jadły, o zgrozo! Serio? Brak posiłku to raczej nie jest dla nas nic fajnego i dobrego. Jestem taką osobą, która nie potrafi życia poświęcić całkowicie np. dla studiów. I tak, powinnam pisać pracę licencjacką, ale nie kosztem czasu z własnym facetem, który jest dla mnie ważny i bezcenny. Nie będę zarywać nocki, bo muszę się uczyć do kolokwium, kiedy po 22 oczy mi się same zamykają. Jeszcze rok temu pracowałam dorywczo, zazwyczaj weekendy, bo to była praca kelnerki, głównie na weselach. Chyba jako jedna z nielicznych potrafiłam powiedzieć, że chcę mieć wolny weekend.

    Czasami czuję się jak dziwadło, bo mam w zasadzie czas na wszystko. Dziś dobrze jest robić kilka rzeczy naraz, mieć dwie prace, prowadzić własny biznes itp. wtedy mówimy „ooo, patrz, ten to ma młyn, a udaje się mu wszystko pogodzić, super!”. A ja nawet kalendarza nie mam. Lubię ten stan i mam nadzieję, że nawet kiedy będę już pracować, to znajdę równowagę pomiędzy pracą, a swoim życiem, które powinno być najważniejsze. Mamy je tylko jedno, więc warto skorzystać ze wszystkich jego uroków, a nie ciągle za czymś pędzić, bo kiedyś dostaniemy zadyszki i na wiele spraw może być za późno.

    • To, że czujesz się jak dziwadło jest właśnie efektem tej wszechobecnej gloryfikacji zajętości. Mam nadzieję, że teraz przestaniesz się tak czuć 🙂

  • Dziękuję 🙂

  • Dokładnie! Też nie rozumiem, czym się tu chwalić – gdy nie wyrabiam z pracą to raczej gorzej, niż lepiej świadczy o mnie jako pracowniku. Dobrze, że powoli ten trend się zmienia w stronę ‚slow’. 😉

    • Bardzo powoli ale to juz światełko w tunelu.

      Atak sie człowiek nie wyrabia, to to nie jest sygnał braku organizacji tylko wiesz, siły, ze ma tyle a jeszcze nie padł na twarz i nadal próbuje (tak było w jednej z korporacji, w ktorej pracowałam). I ten pogląd szerzyli pracownicy, nie szefostwo…

  • nieobiektywniej

    Racja racja racja!

    Często słyszę, wypowiedziane z dumą: ‚nie mam na nic czasu, jestem zajęta’ oraz z pogardą: ‚no, na to trzeba mieć czas’ albo ‚no, Ty to chyba masz dużo wolnego czasu’ jakby był to zarzut o egoizm, o ‚za dobrze Ci jest’.

    Masz dobre podejście, trzeba dbać o siebie, o zdrowie, równowagę między pracą a życiem prywatnym.

    Bardzo dobry wpis 🙂

    • O taaak, uwielbiam to pogardliwe „no na to to trzeba mieć czas”. Kiedyś faktycznie czułam się gorsza słysząc takie słowa. Teraz jestem szczęśliwa, że ja ten czas posiadam 😉

  • Ja z dumą mówię, że w piątek nie mam zajęć i mogę wyjść z mężem na rower, napisać posta czy pojechać na zakupy. Czasem widzę miny znajomych, które ewidentnie mówią: „Jesteś leniwa”. A ja się uśmiecham, bo wolę mieć mniej zajęć i kasy, ale więcej czasu dla siebie i męża.

  • Zgadzam się z Tobą absolutnie. Przez całe życie dbałam o to żeby mieć czas dla siebie, bo to po prostu dla mnie ważne. Nie brałam na siebie za dużo na studiach i w pracy studenckiej, nie dlatego że jestem leniwa, tylko dlatego że chodziłam na kurs językowy czy uprawiałam sport. Takie samo będę miała podejście gdy wrócę niedługo do Polski na stałe. Ktoś powie, że życie zweryfikuje moje plany, zacznę pracę, to będę musiała zostawać dłużej, żeby pokazać szefowi… Przez takie podejście jesteśmy potem w pracy wykorzystywani. Im więcej osób będzie pokazywało, że poza pracą ma swoje życie i że człowiek pracuje o wiele lepiej gdy ma czas dla siebie, dla rodziny i dla swoich pasji, to może coś się wreszcie zmieni na lepsze.
    Marzy mi się takie podejście do życia i pracy jak w Danii: http://www.stylist.co.uk/life/living-danishly-how-and-why-to-leave-work-on-time-every-single-day-job-careers-work-life-balance-happiness
    Póki co daleko nam do tego, ale małymi krokami może coś się zmieni. Ja będę dalej dbać o mój wolny czas 🙂

  • Z tą zajętością ludzie czasami naginają sprawę. Gdy zostawiłam swoją pracę na etacie i pracuję teraz z domu zauważyłam, że mam więcej czasu i jestem mniej zmęczona. Potrafię przez mniejszy okres czasu zrobić więcej.
    W biurach traci się tyle czasu, prowadząc np. nieustające rozmowy o pierdołach, czyli np. o mężach i dzieciach. A pracę zostawia się na ostatnią chwilę. Później wszyscy opowiadają jacy to zmęczeni i zarobieni są, że po godzinach muszą siedzieć.

    • O tak! Dlatego tak lubię pracę w domu – czysta koncentracja, zero marnowania czasu na duperele. No i czasami w pracy udaje się, że się pracuje, bo nie ma co robić, a swoje odsiedzieć trzeba… To marnowanie życia.

  • Czuję się jakbyś czytała mi w myślach 😉 Dla mnie również najważniejszą wartością w życiu jest równowaga, czas spędzony z bliskimi, niespieszne spacery czy po prostu siedzenie w przytulnym pokoju i rozmyślanie – z lekkim współczuciem i troską patrzę na znajomych w moim wieku, którzy nie mają na nic czasu i z pozoru są szczęśliwi, ale gdy zacznę z nimi rozmawiać na poważniejsze tematy to okazuje się jednak, że nie są zadowoleni z takiego obrotu spraw, ale czują presję społeczeństwa aby być zajętym więc tak właśnie robią… Ja na szczęście uodporniłam się na ten dziwny trend i choć czasem w głowie świta mi myśl, że mogłam spędzić np. jakiś czas bardziej produktywnie to za chwilę przypominam sobie, że po kilku dniach takiej „produktywności” jestem wykończona psychicznie i fizycznie, a zachowując w życiu balans przynajmniej jestem szczęśliwa i żyję w zgodzie ze sobą 🙂

  • Monika

    Niestety gloryfikacja zajętości jest dzisiaj bardzo popularna. Dlatego czasami głupio jest mi się przyznać do tego, że np. praktycznie codziennie wstaję o 9, a nie o 6 czy 7, że w weekendy rzadko kiedy sprzątam, bo wolę sobie poczytać książkę, obejrzeć film z mężem czy gdzieś wyjechać, albo że oprócz wolnych weekendów mam jeszcze w tygodniu 2 dni kiedy mam kilka godzin, które mogę przeznaczyć dla siebie. Kiedyś nie potrafiłam odpoczywać, bo jeżeli nie szłam do pracy, to w domu zawsze znalazło się coś do zrobienia. Dzisiaj też coś by się znalazło, ale czasami wolę przeczytać książkę, czy zrobić coś z mężem niż znowu coś sprzątać. Dzięki temu jestem szczęśliwa i wypoczęta i za jakiś czas nie będę wspominać mojego życia jako pasma pracy i sprzątania.

  • Bardzo mądry tekst. Niech żyje wolność. I piękna pogoda 🙂

  • jak zwykle wszystko zależy… wydaje mi się, że ten neurotyzm i bycie wiecznie zajętym i zestresowanym jest tym, jak nas wychowano. ja sama walczę ze stresem, przepracowaniem, prokrastynacją… ciężko być przedstawicielem pokolenia Y wychowanego przez Xy 😉

    • Nikt nie mówił, ze bedzie łatwo, a z drugiej strony tylko od Ciebie zalezy, jak kreujesz swoje zycie…

      • To nie prawda. Typowy slogan pani psycholog 😉

        • Co nie jest prawda?

          Wiele zalezy od tego czy jest zewnatrz czy wewnatrzsterowna. Jesli jestes zewnatrzsterowna to uwazasz, ze inni kreują Twoje zycie, jesli jestes wewnatrzsterowna wiesz, ze najwiecej zalezy od Ciebie.

          To kwestia subiektywnych przekonan, polecam jeden z odcinkow ZdrowoManii na ten temat.

          Poza subiektymi przekonania jest jeszcze prawda obiektywna. Stwierdzenie, ze od nas zalezy masze zgcie jest oklepane ho obecnie sie go naduzywa. Czy Ci sie to jernak podoba czy nie, czy akceptujesz to stwierdzenie czy nie, tak wlasnie jest. Nikt nie wykona pracy jaka masz do wykonania za Ciebie. A nawet jesli w jakims stopniu to sie stanie niebotrzymasz
          Niematerialnych korzysci jakie z takiego dzialania wynikaja.

          Mozesz sie podzielic innymi typowymi sloganami pani psycholog? Rozumiem, ze masz duze doswiadczenie.

  • Ostatnio właśnie często zastanawiam się co to znaczy: sukces. Chy a sama o tym napiszę 🙂 Kurcze, czy życie warto marnować właśnie na taki ciągły bieg? stres? natłok spra? MOIM ZDNIEM NIE, ale sama ostatnio w tym tonę i muszę to zmienić, bo i tak mamy danego dnia ograniczone możliwości, więc czemu by trochę nie wyluzować…

  • Dobrze umęty temat i pod kątem zawartości i tytułu, bo faktycznie tak jest. Ma to bardzo silny związek z przekonaniami i stereotypami-człowiek sukcesu, to człowiek zapracowany, nie mający czasu na to by wyjść do toalety, nie mający czasu dla rodziny i na wakacje wyjeżdżający ze służbowym telefonem i komputerem, bo jest tak ważny w firmie…

    A jest dokładnie tak jak naoisałaś…dla każdego sukces jest czymś innym. Dla jednej kobiety to będzie gromada dzieci dla innej byzcia w zarządzie spółki…czy w którymkolwiek z Rych pojęć tkwi błąd? Jakaś nieprawidłowość? Tak! Tylko wtedy, kiedy dajemy sobie wmówić, że sukcesem dla nas jest coś, co jest wbrew nam samym..

  • Świetnie, że żyjesz tak jak tego chcesz, według tego co jest w zgodzie z Tobą. Nigdy nie czuj się z tego powodu jak dziwadło. W tym nie ma nic dziwnego, w tym tkwi Twoja wyjątkowość:) Każdy z nas jest inny, każdy ma inne potrzeby, nie ma sensu porównywać się do tego, kto siedzi obok nas:) Tylko Ty możesz przeżyć swoje życie, warto zacząć już teraz:)

  • patrycja

    Hm… mam mieszane uczucia po tym, co napisałaś. Lubię Cię czytać, poruszasz fajne tematy i bardzo często się z Tobą zgadzam. Ba, nawet ostatnio z chłopakiem i znajomymi wybraliśmy się do Parku Trampolin okolicznego, bo obejrzałam odcinek, gdzie testowałaś i aż się zachciało!;) Niemniej w tym temacie gdzieś mnie zasmuciłaś;)
    Uważam, że mam fajne życie: mam pracę, którą uwielbiam (chociaż czasem jak w każdej, mam ochotę zostać w domu i nie iść do biura, ale trzeba), po pracy dorabiam pisząc teksty (czasem zajmuje to za dużo czasu po pracy i nie ma na nic innego już siły), mam chłopaka, którego kocham (ale widujemy się w weekendy i to nie zawsze całe, a i wówczas też pracujemy trochę), mam gdzie mieszkać, co jeść itd. 🙂 Ale nie mam czasu dla siebie tyle, ile miałam przed rozpoczęciem pracy w biurze i posiadaniem faceta;D Kiedyś miałam uczelnię, pracę dodatkową i tonę czasu dla siebie i innych. Kurde, tęsknie teraz za tym, bo przychodzenie o 17 z pracy, obiad, spacer z psem… czyli koło 20 mam czas dla siebie. A tak naprawdę wówczas już padam. Oglądam serial dla chilloutu, by mieć te 25 minut dla siebie, napisze zlecenia i godzina 22 człowieka nie ma – śpi. I nawet jakbym chciała przeorganizować swoje życie, by pracować z domu, na własny rachunek to trochę nie ma jak, bo pomagam utrzymać się rodzicom od kilku miesięcy (tata stracił pracę i ma zastępczą póki co, jednak połowa mniejsza wypłaty niż kiedyś). I w tym momencie człowieka trafia przysłowiowy szlak: zarabiasz nie duże pieniądze, bo jesteś na początku kariery (daj Boże), oddajesz 3/4, nie masz wolnego tyle ile byś chciała, a jak już masz wolne, to nawet nie możesz spędzić go jak marzysz/chcesz – bo brak Ci kasy:D Błędne koło. Dlatego czytanie o slow życiu wprowadza trochę szczyptę irytacji – bo jestem przykładem, że nie zawsze jest wybór, nie zawsze jest możliwość. Owszem, ona u mnie jest przejściowa. Za jakiś czas, gdy tata znajdzie pracę (a walczę o to mocno też) będę miała możliwość finansową zmiany części życia. Są ludzie, którzy twierdzą, że przez całe życie nie mają wyboru i muszą harować jak woły (przepraszam za wyrażenie) i tu zgodzę się, że jest to słabe podejście i bardzo krzywdzące. Bo są takie momenty w życiu, kiedy mamy sporo możliwości – jeśli je dostrzeżemy,lecz i są momenty, gdy slow życie i wszystko inne odkładasz – bo musisz i nie ma od tego wyboru.
    P.

    • Ale ja Cię doskonale rozumiem i uważam, że w tym co opisujesz nie ma nic złego. Jest bardzo wiele osób, które nie mają wyboru i ich życie musi być wypełnione po brzegi, bo kredyt, bo rodzina, bo rozwój własnej firmy… Wszystko to jest ok, pod warunkiem, że jest przejściowe, albo jeśli sprawia komuś przyjemność, to znaczy jeśli ktoś czuje się bardzo OK z takim stylem życia i w ogóle nie czuje potrzeby aby w środku dnia iść do parku poobserwować gołębie.
      Jest jednak też grupa ludzi (która zresztą odezwała się w komentarzach), która ma styl życia podobny do mojego i przez niektórych jest traktowana jako człowiek gorszej kategorii, bo ma czas na różne rzeczy, na które „przeciętny człowiek” go nie ma. W tym poście nie chodzi o to, że zabiegani ludzie są źli i nieszczęśliwi, tylko raczej że ci preferujący i prowadzący życie w trybie slow nie są wcale leniwi i pozbawieni ambicji, tylko mają inne priorytety. I że to jest OK, bo naprawdę niektórzy tego nie rozumieją.

  • Iwona Dobies

    To wcale nie jest banalne! Wręcz przeciwnie. W dzisiejszych czasach, gdzie ważne jest „mieć” nie „być” trzeba o tych sprawach mówić głośno:) pozdrawiam:)

  • Zgadzam się z tym co napisałaś. Praca i obowiązki są ważne, jednak równie ważna jest równowaga między pracą a życiem osobistym i czasem dla siebie.

  • Jakież to prawdziwe… Wstyd się często przyznać, że ma się czas. A nawet jak się go nie ma, to że człowiek marzy o nicnierobieniu przez chwile. „Bo to takie mało rozwojowe”.
    A ileż można gonić?