Poniedziałek freelancera – tworzenie i sprzedaż własnego produktu

Zdradzę Wam dzisiaj kulisy powstawania mojego pierwszego produktu. Lepiej będzie jeśli skupię się na informacjach praktycznych, a nie towarzyszących temu procesowi emocjach… Bowiem w pracy nad Dziennikiem Obserwacji Organizmu popełniłam jeden podstawowy błąd – nie skorzystałam z doświadczenia tych, którzy proces tworzenia własnego produktu mają za sobą. Chyba nie chciałam psuć sobie zabawy ;). Bywa, że tęsknię za czasami pracy w agencji i wyzwaniami, które ze sobą niosła. Tworzenie produktu można porównać do wdrażania projektu marketingowego, schemat myślenia i działania jest podobny. Być może dlatego tak chciałam się w tym sprawdzić i muszę przyznać, że sprawiało mi to wielką satysfakcję. Przynajmniej do momentu, w którym natrafiłam na poważne przeszkody… Wtedy zaczął się stres i pojawiła się chęć rzucenia wszystkiego w cholerę. 

IMG_9194

Etap I – tworzenie produktu

Mój produkt jest naprawdę prosty. To zwykły plik PDF, stworzony w 100% za pomocą bezpłatnego programu graficznego jakim jest Canva. Tworzyłam go na własne potrzeby, a dopiero potem pojawiła się chęć podzielenia się tym ze światem. Dlatego zanim powstała ostateczna wersja dziennika, kilkukrotnie zmieniałam jej formę. A kiedy powstały już formularze, dopisałam do nich coś w rodzaju poradnika jak korzystać z tego narzędzia. Etap tworzenia, testowania i ulepszania produktu trwał około 2 miesiące i był to najprzyjemniejszy czas. Schody zaczęły się później. 

Etap II – wprowadzanie produktu do sprzedaży

Początkowo planowałam sprzedawać dziennik wyłącznie przez bloga. Uznałam jednak, że zasługuje on na lepszą oprawę i własną stronę internetową. Tę wstępnie chciałam stworzyć przy pomocy ontrapages, ale ostatecznie chyba napotkałam tam jakieś przeszkody (niestety wyparłam z pamięci co to było) i uznałam, że jednak najprofesjonalniej będzie wykupić własną domenę i postawić landing page na wordpressie. Serwer oczywiście posiadałam, ten blogowy. Nie stresowałam się też szablonem, bo nietrudno teraz o bezpłatne i ładne landing pages na WP. Postawiłam na Latte. Template ten okazał się tak przyjazny, że stronę stworzyłam sama w 1 dzień. Z tym że później oczywiście 15 razy ją zmieniałam i dopieszczałam, konieczne było też zrobienie zdjęcia, które uchyla rąbka tajemnicy i wyświetla się w tle. Do tego momentu wszystko szło w miarę sprawnie i napawało mnie optymizmem. Problem zaczął się, kiedy chciałam podpiąć wtyczkę sprzedaży.  Tutaj skończyły się moje umiejętności i wkroczyłam na pole, po którym nie powinnam stąpać samodzielnie… Ale chyba nie ma sensu abym opisywała Wam jak walczyłam z tym problemem, bo zdaję sobie sprawę, ze większą wartość stanowić będą konkretne wskazówki. Więc może po kolei, jakie kroki należy wykonać wprowadzając produkt do sprzedaży:

  1. Wybór platformy sprzedażowej. Tak jak powiedziałam – początkowo zamierzałam to robić wyłącznie przez bloga, ale ostatecznie postanowiłam stworzyć osobną stronę produktową na zupełnie niezależnej domenie. Przy większej ilości produktów warto rozważyć postawienie jakiegoś sklepu internetowego. W tej kwestii nie pomogę, bo ja zdecydowałam się na skorzystanie z wtyczki sprzedażowej.
  2. Budowa strony produktowej – wybór szablonu, instalacja i dostosowanie go, napisanie tekstów, zrobienie ewentualnych zdjęć itp. 
  3. Wybór wtyczki sprzedażowej do WordPressa. Tutaj podziękowania należą się Wojtkowi z PraKreacji, który na tym etapie wspierał mnie technicznie. Od razu polecił mi wtyczkę Easy Digital Downloads, ale ja niepotrzebnie zaczęłam kombinować i testować też inne (Jigoshop i Tradematik). Te testowane po drodze wtyczki mało nie doprowadziły mnie do nerwicy… Historia zatoczyła koło i z podkulonym ogonem powróciłam do poleconej przez Wojtka Easy Digital Downloads. Odrzuciłam ją, bo wydawało mi się, że nie obsługuje innych metod płatności niż Paypal, ale (tu znowu wielkie podziękowania dla Wojtka) ostatecznie okazało się, że można połączyć ją też z płatnością przez Transferuj. Wystarczy użyć do tego kolejnej wtyczki do WP, a mianowicie “Transferuj Gateway Easy Digital Download”. To tak naprawdę najważniejszy etap, metody płatności mają olbrzymi wpływ na to, czy ludzie będą kupować dany produkt. Paypal umożliwia płatność przez ten system i przy użyciu karty do płatności w internecie, ale nie wszystkim odpowiada ta metoda… Dlatego powinno się umożliwić klientom również zakup przy pomocy szybkiego przelewu (u mnie zdecydowana większość z Was wybrała właśnie tę drugą opcję płatności). 
  4. Konfiguracja metod płatności. Jeśli nie macie konta na Paypalu to warto je założyć. Ja konto już miałam, ale na potrzeby sprzedaży dziennika przerobiłam je na firmowe. Drugim systemem, w którym warto się zarejestrować jest tpay.pl, to właśnie on umożliwia zautomatyzowane płatności przelewem. Jako że w obu tych systemach konieczne jest połączenie ich z kontem bankowym, cały proces rejestracji jest nieco upierdliwy… Ale też nie przesadzajmy – da się przez niego w miarę szybko i sprawnie przejść, a uniknąć tego przecież się nie da :). 
  5. Ustalenie ceny. Tutaj popisałam się taką inteligencją, że aż wstyd pisać ;). Od początku brałam pod uwagę, że od ustalonej ceny będę musiała zapłacić podatek dochodowy, ale początkowo na śmierć zapomniałam o 23% podatku VAT! Do tego 18% podatku dochodowego plus prowizje serwisów obsługujących płatności… I łatwo policzyć, że z ustalonej ceny do mojej kieszeni trafia niewiele ponad połowa tej wstępnie ustalonej wartości. To pierwszy moment w moim życiu, kiedy znielubiłam podatek VAT ;). 
  6. Obgadanie tematu z księgowością. Jak wiadomo, każdy dochód trzeba jakoś udokumentować, więc trzeba ustalić z księgowością w jakiej formie będzie się dostarczać potwierdzenia zakupu. U mnie tutaj pojawiły się kolejne schody, bo dla mojej księgowości taki biznes internetowy jest dość abstrakcyjnym zjawiskiem. Od razu nastraszono mnie, że grozi mi konieczność zakupu kasy fiskalnej i że powinnam pilnować, aby nie przekroczyć progu, kiedy stanie się to konieczne. I znowu – krótka rozmowa z Wojtkiem uświadomiła mi, że moja księgowość nie do końca ogarnia ten temat… Tutaj nie będę się rozpisywać – polecę Wam tylko wpis Wojtka, w którym jest mowa o tym, jak można uniknąć problemu z kasą fiskalną. 
  7. Po uruchomieniu sprzedaży zaczyna się walka z problemami technicznymi. Zdarza się, że ktoś nie pobrał pliku, zgubił maila z linkiem do niego, albo coś innego nie zadziałało… Mam poustawiane różne limity zabezpieczające plik przed kradzieżą i w niektórych przypadkach okazują się one problemem, bo np. ktoś nie zdążył pobrać pliku, albo wyczerpał limit pobrań. Cały czas jestem więc pod mailem i służę pomocą. 

Etap III – marketing

Moi odbiorcy są w internecie, więc to tutaj powinnam skoncentrować swoje działania… Możliwości jest wiele – kampanie Google, reklamy na Facebooku, Instagramie itp. To moja działka, wiec teoretycznie na tym polu powinnam czuć się jak ryba w wodzie. Ale tu muszę się Wam przyznać, że tak naprawdę, to ja nie znoszę takiego typowego marketingu. Uważam też, że w przypadku takiego produktu jak mój, jest on mało skuteczny. Co z resztą potwierdził mały eksperyment z reklamą na Facebooku i Instagramie… To nie jest produkt, który zainteresuje szerokie grono przypadkowych osób, nawet jeśli deklarują one zainteresowanie zdrowym stylem życia. To produkt dla Was – czytelników mojego bloga, którzy widzą stojącą za tym produktem historię i dla których ja mogę być potwierdzeniem jego sensu, a zarazem motywacją do korzystania z niego. Reklamę na FB i IG uruchomiłam w ostatnim dniu trwania promocji i zgodnie z moimi przypuszczeniami sprawdziła się ona bardziej jako przypominajka dla osób, które wcześniej miały już styczność z dziennikiem.

Więc jak wypromować i sprzedać taki produkt? Po pierwsze nic na siłę. Chcę aby za jego zakupem szły konkretne działania, dlatego nie zależy mi na wciskaniu go przypadkowym osobom, które nie są w stanie poświęcić swojemu organizmowi i zdrowiu tyle uwagi. Po drugie sama powinnam być najlepszą reklamą swojego produktu. I wierzę, że inne zadowolone z niego osoby będą polecać go dalej… 

Mnie to wszystko składa się w jedną, spójną całość. I jak się okazało – może to mieć swoją nazwę, a jest nią “lifestyle marketing”. Tak swoje działania marketingowe podczas jakiegoś wykładu nazwał Alex Ikonn. I kiedy go posłuchałam, poczułam się jakby ktoś zapalił światło. To jest dokładnie to, o co mi chodzi! Mój produkt powstał z moich prywatnych potrzeb. Jest też mocno powiązany ze zdrowym stylem życia, wokół którego kręci się cała moja działalność w internecie. Zupełnie naturalne jest, że będę dzielić się z Wami moimi obserwacjami, więc okazje do wzmianek o dzienniku będą pojawiać się same. Być może przyniesie to słabsze efekty sprzedażowe niż bombardowanie tym tematem wszystkich zakątków internetu, ale z taką formą promocji ja będę się czuła w 100% komfortowo i to jest dla mnie najważniejsze. 

Jeśli chodzi o efekty dotychczasowej sprzedaży, to bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły, bo uważam DOO za produkt niszowy i moim celem sprzedażowym było chociaż 100 sztuk ;). Po podniesieniu ceny do tych docelowych 27 zł sprzedaż drastycznie spadła, czego w sumie się spodziewałam. Doszłam jednak do wniosku, że bardziej niż na zarobku zależy mi na tym, aby idea i system obserwacji organizmu szedł dalej w świat, więc będę od czasu do czasu robić akcje promocyjne, podczas których dziennik będzie można kupić trochę taniej. Tym bardziej, że jeśli weźmiemy pod uwagę te nieszczęsne podatki, to mój zysk podczas sprzedaży w normalnej cenie jest naprawdę niewiele wyższy. Najbliższą akcję promocyjną szykuję na moje urodziny za kilka dni, więc jeśli ktoś nie chce jej przegapić, radzę śledzić mnie na FB 🙂

I jeszcze dwa słowa na temat dziennika papierowego… Na razie sporą barierą powstrzymującą mnie przed jego wykonaniem jest wysokość inwestycji. Wyniki ankiety przedstawiają się następująco:

wyniki ankiety

I tu się waham co zrobić, bo przy wydrukowaniu 200 sztuk cena nie będzie zbyt atrakcyjna, natomiast 300 sztuk to już duuuża inwestycja, dużo większa niż dotychczasowy zysk z dziennika. Dlatego sprawa nie jest jeszcze przesądzona, zobaczę jak sytuacja będzie wyglądać na początku września. Tak jak wspomniałam – póki co nie traktuję tego jak biznesu, bo pod względem finansowym jestem skoncentrowana na ciągnięciu za ogon innych sroczek 😉 (wymagających ode mnie dużo uwagi).  

Uff, mam nadzieję, że tematyka tego posta zainteresuje choć kilka osób, bo jest jeszcze bardziej niszowa niż sam dziennik :D. Ale chciałam podzielić się swoim doświadczeniem, może dla kogoś okaże się ono pomocne. 


Kategorie: Freelance

W dużym skrócie - freelancerka, pasjonatka zdrowego i uważnego stylu życia, miłośniczka Warszawy, psów i kuchni roślinnej. LifeManagerka.pl to blog lifestylowy, którego tematem przewodnim jest szeroko pojęte, umiejętne zarządzanie swoim własnym życiem. Począwszy od odpowiedniego odżywiania i regularnej aktywności fizycznej, poprzez rozwój osobisty, a skończywszy na licznych detalach, które czynią nasze życie lepszym, prostszym i szczęśliwszym.