Ja plus bieganie to typowe “love-hate relationship”… Z jednej strony lubię to i daje mi to satysfakcję, z drugiej strony demotywują mnie szybko odczuwalne spadki kondycji np. po chorobie, kontuzji lub innej przerwie od regularnego biegania. No i to ściganie się z samą sobą… Początkowo było fajnie – obserwowałam efekty, nakręcały mnie one pozytywnie… Ale szybko odezwało się moje kolano i czar prysł.
Pierwszy raz z pojęciem slow joggingu spotkałam się podczas wywiadu z Mateuszem do ZdrowoManii:
Wtedy w mojej głowie zakiełkowała myśl, że powinnam tego spróbować. Potem któregoś sierpniowego poranka weszłam na YouTube i tam jako pierwszy wyświetlił mi się ten film:
Obejrzałam, ubrałam się i poszłam sprawdzić to wszystko na własnej skórze. I cóż… Nie będę rozpisywać się o założeniach slow joggingu, bo o tym wszystkim opowiada Mateusz… Tak w dużym skrócie – biegniemy bardzo powoli, w tempie podobnym do zwykłego chodu, stawiamy małe kroczki, ruch stopy zaczynamy od śródstopia, czyli tak jakby od przedniej części stopy…
- To naprawdę jest wyjście poza swoją strefę komfortu. Bieganie tą techniką nie jest zbyt popularne, przez co może nieco przyciągać spojrzenia. Mnie początkowo to strasznie krępowało, ale szybko uświadomiłam sobie, że nawet jeśli ktoś coś tam sobie o mnie pomyśli, to absolutnie nie powinnam się tym przejmować.
- To nie jest takie proste. Praca nad techniką zajęła mi wiele czasu, do tej pory przyłapuję się na tym, że biegnę za szybko lub nie utrzymuję tego pionowego wektora ruchu, o którym na filmie wspomina Mateusz. Przez to męczę się chyba trochę bardziej niż powinnam… Ale i tak bez większego trudu jestem w stanie przetruchtać te pół godziny treningu.
- I to właśnie jest wspaniałe! Po tych 30 minutach jestem zmęczona, ale nie padnięta. Przy zwykłym bieganiu czasami trudno mi było wyczuć ten moment, kiedy robiłam coś już ponad możliwości mojego organizmu. Miałam kiedyś chyba ze dwie takie sytuacje, że po powrocie do domu padłam na dywan i nie byłam w stanie wstać przez kilka godzin. Było mi niedobrze, każda próba podniesienia się kończyła się zawrotami głowy i mdłościami. Czy muszę dodawać, że po czymś takim długo nie miałam ochoty na kolejny trening? I znowu wracał problem błędnego koła – wracałam do biegania po dłuższym czasie i wtedy znowu miałam gorszą kondycję. Było to demotywujące.
- Slow jogging to dla mnie czysta przyjemność. Truchtam, potem przez chwilę relaksuję się w przyjemnym miejscu, a na końcu zazwyczaj jeszcze mam siłę i ochotę aby wstąpić na siłownię plenerową. A wiecie co jest najfajniejsze? Brak zegarka. Dawno już zrezygnowałam z korzystania z Endomondo podczas biegania, bo nie chciałam koncentrować się na wynikach, tylko na przyjemności płynącej z ruchu. Teraz idę o krok dalej – staram się truchtać w tym samym tempie i podczas 2-3 pierwszych biegów ze stoperem zorientowałam się już w którym miejscu kończę półgodzinny trening. Dzięki temu uwolniłam się od stosowania stopera, liczenia czasu… To jest bardziej zgodne z moją filozofią – ruszam się dla zdrowia i przyjemności, nie dla efektów i bicia rekordów. Nie twierdzę, że bicie rekordów jest złe – daje to dużo satysfakcji i potrafi świetnie motywować. Ale to nie dla mnie, po prostu.
Jeśli nie jesteście przekonani do zwykłego biegania, spróbujcie slow joggingu. Może spodoba Wam się tak jak mnie :). Jedno tylko mnie niepokoi – gość jednego z odcinków ZM-ki powiedział mi, że slow jogging obciąża stawy bardziej niż zwykłe bieganie… To opinia sprzeczna z tą, jaką głoszą promotorzy tej aktywności. Ja w takich sytuacjach słucham swojego organizmu, a ten póki co nie wysyła mi żadnych niepokojących sygnałów. Biegam więc w rytmie slow, podziwiam piękne okoliczności przyrody dookoła mnie i czuję się świetnie :).
Kto próbował (jak wrażenia?) a kto zamierza spróbować?